O świętości życia
(2012-03-25 19:41:15) |
komentarze (0)Uczestniczyłem ostatnio na różnych interentowych łamach w kilku dyskusjach na temat aborcji. Jako racjonalista prezentuję do kwestii legalności aborcji podejście pragmatyczne. W skrócie: całkowity zakaz aborcji ciągnie za sobą wiele zła, dlatego aborcja powinna być dostępna. Aby skrócić cały wywód przejdę od razu do meritum tego sporu, czyli określenia, czy zarodek można nazwać człowiekiem. To jest tak naprawdę fundamentalne pytanie, które stoi za sporem o aborcję, in-vitro, komórki macierzyste itd. Środowiska tak zwane pro-life zakładają, że człowieczeństwo zaczyna się w momencie poczęcia, stąd też każda operacja prowadząca do utraty płodu jest przez nich uważana za zamordowanie człowieka.
Stanowisko pro-life, jak to na ogół bywa w przypadku ruchów religijnych, prezentuje do tematu podejście binarne: tak/nie, wszystko co ponadto od złego pochodzi. I ma to sens, ponieważ jeśli raz założymy, że zarodek jest człowiekiem a jego utrata w wyniku zabiegów medycznych jest morderstwem, to wtedy wszystko jedno, czy intencją stojącą za zabiegiem było ratowanie zdrowia kobiety, poczęcie pozaustrojowe, ratowanie jakości życia ofiary gwałtu, czy substytut antykoncepcji po wpadce - morderstwo pozostaje morderstwem niezależnie od intencji. Stanowisko to jest spójne i proste. Kłopot w tym, że w świetle aktualnej wiedzy na temat rozwoju prenatalnego trudno zgodzić się z definicją zarodka jako człowieka, a jego utraty jako morderstwa (lub śmierci w nieszczęśliwym wypadku).
Żeby przybliżyć nieco temat zajrzyjmy do statystyki. Według niej od 30 do 80 procent zapłodnień nie prowadzi do porodu, ale kończy się samoczynnym poronieniem. Często nawet bez wiedzy kobiety. Gdyby faktycznie uznać zarodek za człowieka oznaczałoby to śmierć połowy wszystkich poczętych dzieci. Jednak w przypadku spóźniających się miesiączek, które niejednokrotnie kończą się poronieniem nie mówimy od tragicznym zgonie człowieka ani o wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Jest wtedy oczywiste, że czymkolwiek/kimkolwiek ów zarodek nie był nie zasługuje na pogrzeb i żałobę. Zresztą co należałoby pochować? Podpaskę? Jak dotąd chyba nie ma wątpliwości, że embrion, który ulega samoczynnemu poronieniu nie może być uznany za byt tożsamy z człowiekiem. Porównywanie zaś jego utraty to morderstwa, nieumyślnego spowodowania śmierci, czy wypadku ze skutkiem śmiertelnym jest sporym nadużyciem.
Wystarczy jednak aby utrata tego embrionu nie nastąpiła samoczynnie, ale pod wpływem działania człowieka i dla "obrońców życia" staje się on już pełnoprawnym człowiekiem, a prowadzące do jego utraty działania medyczne morderstwem. Co więc sprawia, że ten sam zarodek w zależności od kontekstu raz jest tylko jednym z tysięcy zarodków wydalonych fizjologicznie, a raz pełnoprawnym człowiekiem? Są to przecież te same tkanki, na tym samym etapie rozwoju prenatalnego, a jeśli ktoś w to wierzy to obdarzone są taką samą duszą. Czyżby więc "świętość" życia pojawiała się wyłącznie w momencie jego utraty w wyniku zewnętrznych działań? Jak dotąd ruch pro-life nie poświęca owym wydalonym embrionom najmniejszej uwagi, a przecież nie różnią się one w zasadzie niczym od embrionów utraconych w wyniku aborcji, czy in-vitro, które to uważane są niemal za męczenników i otaczane kultem.
Tylko po co o tym piszę? Przecież wiele ruchów religijnych ma swoje osobliwe pomysły na temat medycyny czy seksualności - nic nadzwyczajnego. Piszę o tym dlatego, że reprezentowany w Polsce przez kościół katolicki ruch pro-life stawia sobie za cel ustanowienie dla całego społeczeństwa prawa opartego na nauce religijnej. Świadkowie Jehowy na przykład nie pozwalają na przetaczanie krwi i wolą patrzeć na śmierć własnego dziecka niż ratować je transfuzją. Oczywiście uważam ich za zachowanie za zło, jednak ponieważ to szaleństwo ograniczają do własnego grona i nie przejawiają woli narzucenia go całemu społeczeństwu uznaję ich z mojego punktu widzienia za nieszkodliwych. W przypadku katolicyzmu jest jednak inaczej - oni niestety swoją interpretację dobra, zła i człowieczeństwa pragną narzucić każdemu - również mnie, a to rodzi mój bunt. Rzućmy okiem na kilka jaskrawych przypadków gdzie katolicka definicja pojęcia życia prowadzi do zła. Wprawdzie pisałem ostatnio na podobny temat, ale myślę, że przeczytanie paru słów na ten temat po raz drugi na pewno nikomu nie zaszkodzi.
Pierwszy przykład: zapłodnienie in-vitro. Jest to metoda, która pozwala na zajście w ciążę parom, które nie mogą tego osiągnąć tradycyjnymi metodami. Kontrowersja zasadza się w skrócie na fakcie iż w procesie "hodowania" zarodka nadającego się do zagnieżdżenia w macicy powstaje kilka nadmiarowych zarodków, które są odrzucane i utylizowane. Posługując się terminologią medyczną bilans operacji przedstawia się następująco: ciąża (a więc nowe życie) za cenę kilku zutylizowanych zarodków. Nie jest to wielka cena zważywszy na fakt iż podczas wieloletnich nieksutecznych "tradycyjnych" prób zajścia w ciążę kolejne zarodki zostają wydalone samoczynnie. Bilans wypada więc jak najbardziej korzystnie: pojawia się nowe życie. Posługując się jednak terminologią religijną cena jaka jest płacona za pojawienie się nowego życia jest znacznie wyższa. Nie mówi się wtedy o utylizacji płodów, ale o mordowaniu nienarodzonych ludzi. Fakt iż tacy sami nienarodzeni ludzie wydalani są co miesiąc w podpaskę w wyniku bezskutecznych prób poczęcia metodami naturalnymi działaczy pro-life nie martwi. Jeśli mają takie poglądy, jeśli to jest dla nich dobre - ich sprawa. Ja uważam, że dobre jest pojawienie się kolejnego życia. Cena za to w postaci kilku utraconych zarodków jest pomijalnie mała w zestawieniu z ich liczbą jaka ginie samoczynnie. Problem polega na tym, że kościół katolicki dąży do odgórnego ustalenia prawa religijnego dla całego społeczeństwa, nie zadowalając się szerzeniem nauki wyłącznie wśród swoich wyznawców. Przecież gdyby prawo zezwalało na zapłodnienie in-vitro katolicy nie byliby w żaden sposób zmuszeni do korzystania z niego. To jednak dla nich za mało - oni pragną zbawienia dla wszystkich, niezależnie od poglądów religijnych i takie prowadzące do zbawienia prawo będą się nam starali narzucić.
Druga sprawa: aborcja. Rzućmy okiem na przykładowy przypadek pamiętając o tym jak na rzekomą świętość życia embrionu zapatruje się sam proces rozwoju prenatalnego. Oto mamy kobietę we wczesnej ciąży, lekarze diagnozują, że w wyniku porodu straci wzrok. Nauka katolicka nakazuje jej rodzić i oślepnąć. Utrata wzroku (czy jakiekolwiek inne trwałe kalectwo) kobiety wydaje się być dla katolików mniejszym złem niż zamordowanie nienarodzonego człowieka. I nie ma tutaj znaczenia czy kobietą jest na przykład zgwałcona 13-latka - zrujnowanie jej życia aby za wszelką cenę ratować embrion jest standardem, który kościół wprowadza w Polsce. Czy tak wygląda definiowane po katolicku dobro? Ja za takie dobro dziękuję. Nie wyobrażam sobie zniszczenia perspektyw życia na przykład swojej córce gdyby została postawiona w takiej sytuacji. Tak na boku warto jeszcze wspomnieć o innym katolickim rozwiązaniu dla dziewcząt zagrożonych gwałtem: lepsza od utraty "czystości" wydaje się katolikom śmierć, co można wywnioskować patrząc na kult Karoliny Kózkówny. Mam nadzieję, że tego pomysłu właściwego ich wierze nie będą chcieli wdrażać jako regulacji dla całego społeczeństwa. Bo nie uważam, żeby bycie zabitym było w jakikolwiek sposób lepsze od bycia zgwałconym. No ale kult męczeństwa i lekkość w narzucaniu go innym w religii katlickiej to temat na osobny wpis. "Miłości bożej dźwigać pęta to nasza chluba, to nasz los", "Błogosławiony kto się boi Pana" itd.
Aha - i nie zapominajmy, że nawet gdy aborcja jest legalna katoliczki w żaden sposób nie są do niej zmuszane! Jeśli taka ich wola mogą tracić wzrok, nawet umierać za ratowanie embrionu. Nie róbcie tylko z tego standardu dla całego świata.
Wracając do meritum. Członkowie ruchu pro-life mają tendencje do używania wyjątkowo naiwnych "argumentów" atakujących ruch pro-choice. Na przykład: "a jakbyś się czuł gdyby to Ciebie wyskrobano?". Hmm... tak samo jak połowa ludzkości "wymordowana" w samoczynnych poronieniach. Nic bym nie czuł bo by mnie nie było. I nikt by tego nie zauważył. I nic złego by się z tym nie wiązało. Drugi "mądry" tekst to "zwolennicy aborcji już się urodzili". No bardzo odkrywcze, doprawdy. Każdy deklarujący cokolwiek się przecież urodził. Jak można potraktować poważnie taki "zarzut"?
Na koniec rzućmy okiem na ostatni przykład, gdzie katolicko pojmowane "dobro" prowadzi do śmierci. Konkretnie skupmu się na rodzielaniu bliźniąt syjamskich. Nie chcę wchodzić teraz w szczegóły z konkretnymi przykładami - było ich kilka, dociekliwi znajdą przypadki w Googlu. W każdym razie: zdarza się od czasu do czasu, że przychodzą na świat bliźnięta dzielące krytyczne dla funkcjonowania organizmu organy. Wspólnie nie są w stanie przeżyć, jednak medycyna dostarcza połowicznego rozwiązania: można rozdzielić bliźnięta, aby przeżyć mogło chociaż jedno z nich. I tutaj kościół również zaleca aby nie podejmować działania i pozwolić by zmarło oboje bliźniąt. Mimo iż jedno z nich można by uratować kosztem życia drugiego - nota bene i tak skazanego na śmierć w przypadku braku akcji. Kościół uczy swoich wyznawców pasywności i tchórzostwa - nie pozwala samym zainteresowanym podejmowania decyzji, które dotyczą ich życia - zwłąszcza jeśli są one moralnie trudne. O ile dotyczy to samych katolików - ich sprawa - skoro patrzenie na śmierć ich dziecka sprawia, że są bliżej zbawienia. Jednak próby narzucania całemu społeczeństwu prawa wyznaniowego, które w dodatku służy niszczeniu życia, budzi mój sprzeciw.
Podsumowując: jestem racjonalistą i wszelkie religijne "sposoby na życie" są mi obce. Wobec wszystkich religii mam takie samo lekceważące podejście dopóki swoje dziwactwa kultywują we własnym gronie. I tylko fakt, że owo katolickie prawo jest mi narzucane jako prawo państwowe rodzi mój bunt i reakcję. Muzułmańskie zwyczaje dotyczące diety, odzieży i wycinania łechtaczek, hinduski kult krów, czy właściwe świadkom Jehowy zakazy transfuzji uważam za dziwactwo w takim samym stopniu co katolicki kult "życia", czy "czystości". Mam nadzieję, że nie doczekam czasów, gdy gorliwi wyznawcy tych wierzeń zapragną owe dziwactwa przenieść ze swoich świętych ksiąg do cywilnych aktów prawnych.
* * *
Pożytki z niewolnictwa
(2012-03-25 11:19:07) |
komentarze (0)Czytam sobie właśnie "Gdyby cała Afryka..." Kapuścińskiego i tak zacząłem się zastanawiać nad fenomenem kolonializmu i niewolnictwa. Moralna ocena całego zjawiska wyzysku, upokorzenia i przedmiotowego traktowania człowieka jest oczywiście jednoznaczna: negatywna gdyby ktoś miał wątpliwości. Zacząłem się jednak zastanawiać, czy pomimo całej swojej obrzydliwości kolonializm i niewolnictwo nie przyniosły ludności afrykańskiej również jakichś pozytywnych skutków. No i wygląda mi na to, że jakieś tam przyniosły.
Wyobraźmy sobie, że biali podczas eksploracji Afryki zadowalają się poznaniem jedyni geografii kontynentu i nawiązaniem kontaktów dyplomatycznych z jego mieszkańcami. Żadnej inwazji, żadnej ingerencji w afrykańską kulturę - pełen szacunek dla jej niezależności. Załóżmy, że mija 400 lat takiej izolacji i zastanówmy się jak może wyglądać wyimaginowana sytuacja czarnych. W jaki sposób będzie się ona różnić od tej, którą znamy teraz - obciążonej niewolnictwem i kolonializmem.
Pierwsze co mi przychodzi na myśl to fakt, że gdyby nie niewolnictwo Obama nigdy nie zostałby prezydentem. Świat nie poznałby również tysięcy czarnych artystów i sportowców. Bo umówmy się, że Tiger Woods, Michael Jordan, czy Jimi Hendrix mieliby raczej słabe szanse na podbicie światowej wyobraźni gdyby ich przodkowie nie zostali wyrwani z Afryki. Gdyby pozostali na miejscu, nawet przy zachowaniu własnego talentu, nie istniałyby okoliczności sprzyjające jego rozwojowi i wypłynięciu na szersze, światowe wody.
Można się zastanowić, czy gdyby nie kolonializm mielibyśmy w Afryce miasta, drogi, przemysł, jakiekolwiek struktury państwowe rozwinięte w podobnej skali co dziś? Oczywiście w porównaniu z Zachodem szału nie ma, jednak porównujemy z Afryką jaka by istniała gdyby biali się tam nigdy głębiej nie zapuścili. Moim zdaniem kolonizatorzy zbudowali zręby nowoczesnych państw, a przede wszystkim zaprezentowali miejscowym jak to działa w krajach rozwiniętych, co jest nadal wykorzystywane już po uzyskaniu przez afrykańskie kraje niepodległości.
Można aktualnie narzekać, że sytuacja czarnych w porównaniu z białymi nie przedstawia się nawet w świecie Zachodu jakoś bardzo różowo. Na przykłąd nadal zdarzają się przejawy rasizmu. Jednak to dzięki niewolnictwu i kolonializmowi czarnoskórzy mają teraz komfort narzekania na rasizm pracując w tych samych warunkach co biali, za te same pieniądze, korzystając z tej samej opieki zdrowotnej i socjalnej oraz innych dobrodziejstw cywilizacji Zachodu. W żadnym wypadku nie pochwalam rasizmu - żeby było jasne. Z mojego doświadczenia kolor skóry nie ma znaczenia we wspólnej pracy, czy relacji poza pracą. Stwierdzam tylko, że pomimo że rasim jest zły i jest problemem, jest to jednak w dzisiejszej skali problem mniejszy niż problemy na jakie czarna społeczność byłaby narażona gdyby kolonializm nigdy nie miał miejsca. Kwestią dyskusyjną jest czy lepsze dla czarnoskórego od cierpienia szczątkowego rasizmu w krajach Zachodu jest brak rasizmu w afrykańskiej wiosce, bez dostępu to dorobku światowego cywilizacyjnego.
Oczywiście można powiedzieć, że owe korzyści dla czarnej społeczności to jedynie efekt uboczny działaności białych kolonizatorów. Poprawienie sytuacji bytowej Murzynów nie leżało w ich interesie. Wszystko jedno jednak jakie były intencje - efekty dla afrykanów są jednak takie, że finalnie żyje im się wprawdzie gorzej niż na Zachodzie, jednak lepiej niż gdyby kolonizacji i niewolnictwo nigdy nie miały miejsca.
* * *
O mądrych ludziach
(2012-02-05 20:44:45) |
komentarze (0)Na początek słów kilka w nawiązaniu do poprzedniego wpisu. Otóż ku zaskoczeniu autora a także bohatera opowieści zyskał on sporą popularność, manifestowaną w nie zawsze oczekiwany sposób. Najbardziej osobliwą formą był mail gratulacyjny, którego otrzymałem od szefa Firmy. Podobno od czasu odejścia Andrzeja i paru innych osób Firma ma problemy z zatrudnianiem kolejnych pracowników. Rzekomo kandydaci wstępnie akceptują ofertę, jednak kiedy przychodzi do podpisania umowy wycofują się stwierdzając, że w takiej firmie jak została opisana na moim blogu pracować nie chcą. Wygląda na to, że w jakiś sposób dociera do nich ta publikacja, a ktoś życzliwy wyjaśnia, że opisana przez Andrzeja firma to tak naprawdę Firma do której aplikują. Szef Firmy wyposażony w tę wiedzę jako sposób na poprawę rekrutacji zaproponował mi usunięcie wpisu. Podziękowałem za troskę i wyjaśniwszy, że nie można posądzać niewinnej anegdoty z anonimowego źródła o tak destrukcyjny wpływ na sytuację kadrową wspomniałem, że lepszym sposobem na poradzenie sobie z problemem powinna być raczej poprawa środowiska pracy. Myślę, że nie zawadziłoby Firmie spróbować.
Drugie zdarzenie, które sprawiło, że poczułem się niemal jak znany literat miało miejsce w samolocie relacji Monachium - Wrocław. Nie spodziewając się niczego szczególnego obserwowałem z podziwem czarno-biały (z racji śniegu) świat z wysokości 7000m. Zostałem nagle zaczepiony przez pasażera z siedzenia za mną: "Cześć, nie wiem czy mnie kojarzysz, pracowałem z Andrzejem w Firmie. To Ty napisałeś tę notkę na blogu? Fajna." Było mi miło, aczkolwiek o autograf ów znajomy Andrzeja nie poprosił. Sygnał, że kariera literacka stoi przede mną otworem został jednak wysłany :)
No ale może tyle o Firmie i pisaniu na jej temat. Dotarło do mnie bowiem ostatnio, iż ilekroć (dokładnie dwa razy) pisałem o jakimś zakładze pracy były to raczej wpisy niepochlebne. Poprzedni taki wpis dotyczył mojego odejścia z Microsoftu i można go znaleźć tam gdzie kończy się chaos. Tymczasem moje doświadczenia na rynku pracy są w przeważającej większości bardzo pozytywne. Odkąd zacząłem pracę w każdym zakładzie udawało mi się poznać kogoś mądrego, od którego mogłem się uczyć. Moim zdaniem jedyny skuteczny sposób, aby się rozwijać zawodowo to praca z mądrzejszymi od siebie.
I tak patrząc chronologicznie już przy zaciskaniu kabli w Magmie (2001) miałem szczęście uczyć się profesjonalizmu i pracowitości od Maćka. Potem w Fingo (pracując dla Ciao) poznałem kolejne osoby, od których uczyłem się rzemiosła - nie tylko na technicznym poziomie. Robert, czy Andrzej (nie ten od Firmy) mieli znakomite podejście do ludzi i nigdy nie widziałem ich wkurwionych. W Siemensie również poznałem wiele osób, z którymi nadal utrzymuję kontakt, od których uczyłem się jak być dobrym współpracownikiem, kolegą, basistą. Technicznie Siemens nie rozpieścił, ale z racji dobrego towarzystwa można było udoskonalić sporo miękkich umiejętności.
Powrót do Ciao i praca tam oraz przez kolejne niemal trzy lata była, jeśli mogę tak powiedzieć, szczytowym okresem mojej "kariery". Wszystko się zgadzało. Przebywałem w towarzystwie mądrych ludzi, od których sporo się uczyłem, wzajemnie inspirowaliśmy się do rozwoju, i rozwijaliśmy przy tym firmę na wielu aspektach do poziomu nie znanego jej wcześniej. Aby oddać skalę zmian, których byłem udziałem proponuję szybki rzut oka na przyrost zatrudnienia: kiedy zaczynałem w 2003 byłem piątą osobą pracującą w Polsce dla Ciao, z czego trzecią dla części portalowej. Kiedy w 2005 wróciłem do Ciao z Siemensa część portalowa zostałą osobną jednostką i byłem tam wtedy czwartym pracownikiem. Podczas następnych trzech lat zespół rozrósł się do ponad 60 osób. Musieliśmy dwa razy zmieniać biuro na większe, by ostatecznie wylądować na najwyższym piętrze biurowca w centrum miasta (Globis). Bycie częścią takiej przygody, połączonej z własną tranformacją podobnej skali: od szeregowego klepacza do speca od automatyzacji testów i szefa QA w całej międzynarodowej firmie uważam za kluczowy czynnik dla mojego obecnego ukształtowania jako profesjonalisty.
W Ciao, (oraz potem w Swoopo, gdzie pracowałem z tymi samymi ludźmi na tych samych zasadach) zawsze otoczony byłem osobami, od których mogłem się uczyć. Każdy miał jakąś super-moc: skalowalność, regexpy pr0, adminowanie, pisanie ładnego kodu i tworzenie dla niego architektury, komunikacja, zarządzanie zespołem, koordynacja ataków i obrona BSów w Counter-Strike'u, etc. etc. Pracował tam naprawdę zgrany, samonapędzający się kolektyw. Tworzyliśmy w Swoopo produkt, który był bardzo dobrze poukładany technicznie i tworzenie nowego kodu było przyjemne. Środowisko pracy dla programistów i testerów też było na poziomie, którego nie widziałem nigdy wcześniej ani później. Wszyscy kumali jak działa agile development i jak można optymalizować proces odpowiednimi narzędziami. Porównując inne znane mi firmy byliśmy co najmniej 10 lat do przodu. Niestety niedoskonały model biznesowy został w tyle nie tylko za pionem technicznym, ale również za konkurencją, co zakończyło się upadkiem firmy.
Kiedy to nastąpiło przeczuwałem, że trudno będzie odtworzyć ten klimat u kolejnych pracodawców: zawiesiliśmy poprzeczkę bardzo wysoko. Doświadczenia od kolejnych pracodawców zdają się to jak dotąd potwierdzać. Mając jednak doświadczenie ze Swoopo mam świadomość jak dobrze może i motywująco może być zorganizowana praca w środowisku programistycznym, a to daje mobilizację do pracy z nadzieją, że pewnego dnia zbliżymy się do tego "ideału". A nawet jeśli nie uda się tego dokonać u aktualnego pracodawcy zawsze jest nadzieja, że będziemy mogli jeszcze kiedyś pracować razem. Mając tego świadomość łatwiej jest zebrać się rano do biura.
Jeśli mogę na koniec trochę pomentorzyć to doradzę czytelnikom, by szanowali mądrzejszych od siebie i starali się nimi otaczać. Bycie najmądrzejszym w swoim środowisku daje satysfakcję przez bardzo krótki czas, ale w dłuższej perspektywie jest raczej sygnałem, że stoimy w miejscu.
* * *
To zależy na rikłajermentach
(2012-01-15 11:21:54) |
komentarze (0)Oto historia kilkumiesięcznej przygody jaka spotkała mojego dalekiego znajomego w polskim oddziale zagranicznej firmy ulokowanym gdzieś na Podlasiu. Właściwie to całkiem możliwe, że przygoda spotkała kogoś całkiem innego i w całkiem innej firmie - szczegóły nie są istotnie. Nie chcemy przecież, żeby ktokolwiek z owej firmy poczuł się urażony. Całkiem możliwe, że bohaterowie tej opowieści jeszcze nadal tam pracują. Na potrzeby tej opowieści główny bohater będzie miał na imię Andrzej, a firma nazywać się będzie po prostu Firmą.
Tytułem wprowadzenia: Andrzej dołączył do firmy podpisując umowę o pracę na czas określony w wymiarze 6 miesięcy. Jak się potem okazało po upływie tego okresu nie wykazał woli przedłużenia współpracy szczęśliwie znajdując nowego pracodawcę. Podczas swego epizodu w Firmie zajmował się (w miarę możliwości) jakością powstającego systemu do monitorowania stanu zdrowia pacjentów na zlecenie odpowiednika NFZ z jakiegoś egzotycznego kraju.
Dość istotne dla tej notki jest przedstawienie polskiego oddziału firmy w nieco szerszym kontekście historycznym. Powstanie oddziału w Polsce badacze datują na okolice 1999 roku. Atmosfera pracy została w dużej mierze ukształtowana przez osoby, które pracują tam nieprzerwanie od otwarcia i skutecznie zamykają siebie i Firmę na zewnętrzne bodźce. Dla Andrzeja rozpoczęcie tam pracy było więc jak wycieczka w czasie do skansenu myśli informatycznej z póżnych lat 90-tych, konserwowanego pieczołowicie przez ów zespół kustoszy z pierwszego zaciągu.
Pracując w Firmie ponad 10 lat, a często nie znając żadnych innych pracodawców (zaczęli zaraz po studiach i tak już trwają) kustosze wypracowali nawet nowy dialekt, będący osobliwą mieszanką języków polskiego i angielskiego z bełkotem korporacyjnym. Oto kilka przykładowych fraz:
- zriwułować rikłajermenty: zrecenzować wymagania
- inwestygacja: badanie, sprawdzanie
- zaparkuj to: zajmij się tym później
- zdropować rikłajermenta: odrzucić, usunąć wymaganie
- zadanie A zależy na wykonaniu zadania B: A zależy od B (kalka z "depends on")
- zadanie A jest na Kasi: zadanie A jest przypisane do Kasi, jest u Kasi
- synkapowac: wymienić/uzupełnić między sobą informacje na dany temat
- szediul, szediulować, zaszediulować: harmonogram i wariacje na jego temat
- zadanie B jest zgejtowane na Zbyszku: zadanie B jest blokowane przez Zbyszka
- impaktować: wpływać
- permiszyny: uprawnienia
Andrzej z polszczyną radził sobie niekiepsko (w poprzedniej pracy został mistrzem biura w quizie zorganizowanym na stronach wydającego słowniki PWN), toteż jego uszy były wystawione każdego dnia na morderczą próbę. Źle to znosił.
Teoretycznie owi kustosze, lub też to się mawia w innej, pokrewnej naturą firmie K2 "przetrwalniki" byli w mniejszości, jednak z racji zasiedzenia piastowali już kierownicze stanowiska różnych szczebli, przez co ich wpływ na organizację pracy dla zaciężnych wyrobników (jak Andrzej) był przemożny. Preferowany przez całą kadrę zarządzającą sposób działania można opisać jako zorientowany na robienie Dobrego Wrażenia. I tak każdy kierownik dbał o to, żeby efekty pracy na podległbym mu odcinku frontu dobrze wyglądały przed jego bezpośrednim przełożonym. Ponieważ z racji braku jakichkolwiek narzędzi mogących obiektywnie prezentować jak efekty prezentują się faktycznie jedynym sposobem ich w jaki przełożeni byli o nich informowani były sprawozdania składane przez podwładnych. Stąd tendencje do malowania trawników na zielono i zamiatania problemów pod dywan z zamiarem uporania się z nimi później. A że w malowaniu trawników przetrwalniki doszli już do jakiej-takiej wprawy nie przejawiali jakiejkolwiek inicjatywy w kierunku uczynienia procesu bardziej przejrzystym.
Opowiadając o przetrwalnikach warto pochylić się szczególnie nad trzema postaciami, które Andrzejowi najbardziej zapadły w pamięć podczas trwania projektu. Głównym (dez)organiztorem pracy był Wielki Architekt I Motywator. Autor pięknie wyglądających diagramów w Visio, które prezentowały architekturę mającego powstać systemu. Diagramy z pewnością robiły na przełożonych Wielkiego Dobre Wrażenie. Niestety nie zrobiły dobrego wrażenia na programistach i testerach, którzy mieli się potem z tą architekturą ścierać. W skrócie: zaprojektowany system składał się z trzech odrębnych aplikacji, z których każda miała własną bazę danych. Owe trzy aplikacje przechowywały w swoich bazach mniej-więcej te same dane. Ktoś mógłby pomyśleć o korzystaniu z jednej bazy, ale to by było myślenie niezgodne z wizją Wielkiego Architekta. Wizja ta bowiem zakładała, że dane będą pomiędzy tymi bazami sychchronizowane przez osobne mini-aplikacje. Synchronizacja odbywała się bez zapewnienia transakcyjności, tak więc w przypadku na przykład braku prądu, przepełnienia się miejsca na dysku czy jakiegokolwiek zdarzenia losowego dane pomiędzy aplikacjami pozostawały niespójne. A nie były to wpisy na blogu nastolatki, tylko dane kliniczne opisujące stan zdrowia pacjenta oraz informacje wykorzystywane przy kwalifikowaniu do hospitalizacji. Taka to wizja... Aha - dane słownikowe nie były synchronizowane wcale, więc każda w nich zmiana wiązała się ze zmianami kodu źródłowego trzech aplikacji, rekompilacją i wypuszczeniem kolejnej wersji.
A wypuszczanie kolejnych wersji to też materiał na skecz. Trwało to 3-5 dni. Pod koniec projektu udało się skrócić do dwóch. Z mojego doświadczenia w Ciao cały proces publikacji nowego wydania trwał ok. 15 minut łącznie z przygotowaniem dokumentacji. No ale tam nie mieliśmy Wielkich Architektów tylko bystrych i leniwich inżynierów, którzy wszystkie możliwe nudne powtarzalne zadania powierzali automatycznym narzędziom.
Nie wnikając głębiej w szczegóły: kultura technicza w projekcie była na poziomie studentów czwartego roku. Ale oprócz osobliwej wiedzy na temat technikaliów Wielki Architekt posiadał również niezwykły talent do budowania i motywowania zespołu. I tak do działu testów został przyjęty gość nie kumający absolutnie NIC, w dodatku mający problemy z komunikacją z innymi. Spełniał jednak ten podstawowy warunek, że mógł zacząć pracę od razu. Resztę problemów załatwi się później. Krótkoterminowy efekt Dobrego Wrażenia został osiągnięty, bo przecież zespół się rozrasta - było się czym pochwalić. Niestety przyjęty w ten sposób kolega został równie szybko zwolniony, ponieważ nie tylko sam się nie rozwinął, ale również spowalniał innych. Ten sam model "jest cienki, ale może zacząć zaraz, hmm... jest za cienki i więcej roboty dodaje innym niż sam wnosi, więc mu podziękujemy" został powtórzony również w przypadku innej osoby. Przyjętej przez Wielkiego Arhitekta wbrew opinni programisty-eksperta, tylko dlatego, że mogła szybko zacząć. Podczas trwania projektu oprócz tych dwóch pojawił się jeszcze inny kontraktor, który zrezygnował po jednym dniu, a także odeszło z własnej woli z pracy czterech innych sfrustrowanych inżynierów pracujących na etacie.
Pisząc o zdolnościach motywacyjnych Wielkiego Architekta nie sposób pominąć jego bon-motów. I tak zagadnięty w sprawie jednego z kontraktorów (pracownicy zewnętrznych firm świadczący usługę, w fimie postrzegami nieco jako ludzie drugiej kategorii), który uskarżał się na brak wprowadzenia w zagadnienia, nad którymi miał pracować, a których jeszcze nie rozumie odrzekł: "On nie ma rozumieć! On ma zapierdalać!". Najwyraźniej ów kontraktor źle go zrozumiał, bo zamiast zapierdalać spierdolił gdzieś w siną dal. "Pracował" może dwa dni.
Bardziej spektakularny bon-mot jednak został wypowiedziany podczas omawiania jakiejś rozmowy kwalifikacyjnej z kandydatem do innego projektu. Wówczas to opisując zasady panujące na takiej rozmowie Wielki Architekt przyznał, że to jest tak, że "on oszukuje, ja oszukuję - wygrywa lepszy". Kwestia wypowiedziana na forum ok. 10 osób, że czego 8 przy rekrutacji dało się oszukać na rozmowie z nim właśnie. I poziom frustracji wzrasta.
Wielki Architekt słynął również ze zwyczaju ustalania priorytetów dla zespołu zgodnie z zasadą robienia Dobrego Wrażenia na przełożonych. A więc mając w kolejce do naprawienia pięć błędów związanych z wyświetlaniem (a to kolor nie taki, a to ikonka źle wyrównana) oraz jeden krytyczny, który sprawia, że część aplikacji w ogóle nie działa pierwsze do roboty idą sprawy wyświetlania. Logika kryjąca się za tym jest taka, że lepiej pokazać szefowi, że poprawiło się pięć błędów niż jeden. A to, że ten jeden blokuje testy to trudno - tego na pierwszy rzut oka szef nie dojrzy. Podobnie przy generowaniu statystyk dla szefa: jeśli liczba nierozwiązanych błędów o wysokim priorytecie mogła by kogoś z góry zmartwić to należy zmniejszać priorytety - wtedy problem (przynajmniej czasowo) znika.
Obok Wielkiego Architekta drugim organizatorem pracy (tak zakładam, bo ciągle uaktualniał harmonogram w MS Project) w projekcie był Konserwator Zabytków. Przyjaciel Excela, wróg automatyzacji, 12 lat stażu - pierwsza praca. Modelowy przykład korporacyjnego wzorca BWM: bierny, mierny ale wierny. Podczas, któregoś ze spotkań z szefami z zagranicznej centrali, kiedy niemożliwość dotrzymania terminów była nieunikniona i trzeba było to ogłosić na forum Konserwator stwierdził, że idzie ciężko, bo to najbardziej złożony projekt, jaki kiedykolwiek powstał w Firmie. Słyszący te słowa szeregowcy oniemieli. Dla ludzi, którzy widzieli trochę świata poza Firmą system wydawał się raczej prosty, tylko osobliwe podejście do projektowania i zarządzania czyniły pracę nad nim tak bolesną. Tak więc projektem na poziomie operacyjnym kierował gość, który przez 12 lat w Firmie nie zrobił żadnego dużego systemu, a i pojęcie o zarządzaniu wymaganiami, błędami czy ryzykiem miał również żadne. Wystarczyło robić Dobre Wrażenie przez 12 lat. Kiedy rozpoczęły się prace w projekcie nie było żadnych narzędzi wspomagających wspomniane zarządzanie wymaganiami, czy błędami. Trudno w to uwierzyć, ale przez cały czas działania Firmy w Polsce nie dopracowała się ona jakichkolwiek procesów opisujących kto jest za co odpowiedzialny. Nota bene - nie przeszkadza to firmie w utrzymywaniu w mocy certyfikatu ISO-9001, co potwierdza moją opinię na temat znikomej wartości procesu certyfikacji.
No ale wracając do Konserwatora Zabytków. Wykonuje on codziennie mega nudną i nikomu niepotrzebną robotę, która w nowocześniejszych organizacjach jest załatwiona przez automatyczne narzędzia. Zwracanie uwagi, że coś można inaczej, że są lepsze sposoby na zarządzanie błędami niż przesyłanie do 10 osób pliku excela z listą błędów i synchronizowanie potem ręcznie zmian dopisywanych przez wsyzstkich adresatów nie przynosi efektu. Konserwator tylko irytuje się, że zawsze tak było, jest i będzie i niepotrzebnie się wyrobnicy czepiają. Nie jest też w stanie zrozumieć, że to co jest dla niego totalną niemożliwością (np. automatyzacja instalacji komponentów na serwerze) w innych firmach jest powszechne. I zamiast trwać 2 dni zrobi się samo przez kilka godzin. Przez n lat gość codziennie ręcznie uaktualnia arkusze excela dla różnych kierowników i aktualizuje wyssanymi z palca estymacjami (które i tak muszą się sumować do z góry narzuconych wartości) diagram Gantta w MS Projekcie. A jak skończy pracę w excelu i roześle efekty do szefów wtedy ma z nimi wideokonferencje, na których opowiada o tym co im właśnie wysłał. W innych organizacjach wszystkie te dane dostępne są online w czasie rzeczywistym i kierownictwo do wszystkiego może się samodzielnie doklikać. Jednak taka wizja związana z utratą prestiżu (a może nawet i pracy) prawdopodobnie przeraża Konserwatora Zabytów i kierowników Firmy. Dlatego będą oni dzielnie stać na straży swojej działki w owym skansenie IT.
Konserwator (pozostali bohaterowie zresztą też) miał jeszcze jedną dość osobliwą cechę jeśli chodzi o robienie Dobrego Wrażenia. Oczekiwał bowiem od podwładnych ostrej pracy po godzinach, łącznie z weekendami i świętami. Oczywiście nie miał fizycznej możliwości zmusić nikogo do takiej pracy, jednak niewielu było w stanie zaprotestować, a jeśli już to robili to spotykało się to potem z pewnego rodzaju czepialstwem ze strony Konserwatora. W sumie przypierdalanie będzie lepszym słowem. Najdziwniejsze było to, że gonienie ludzi do pracy w weeendy nie wydawało się przetrwalnikom ani odrobinę niestosowne - tak było, jest i będzie. Kiedy ludzie przychodzili niby oczywiście dziękujemy, ale w przypadku odmowy robili wielkie oczy nie spodziewając się całkiem, że ktoś może mieć na weekend inny plan. Bardzo ich zaskoczył fakt, iż jeden ze współpracowników z zagranicznej firmy kooperującej dostał urlop w "krytycznym" dla projektu okresie i że jego przełożeni mu tego urlopu nie anulowali. Więc niby prawo do urlopów jest, ale korzystanie z niego jest postrzegane jak zjawisko z pogranicza dywersji i sabotażu.
Ostatnim z bohaterów stanowiących o niezwykłości pracy w Firmie jest Wielki Bajkopisarz. Można mu zapisać na plus, że usiłuje się szkolić i nie zamyka się wewnątrz Firmy - robił MBA zdaje się. Na minus jednak wielkie tendencje do ściemniania. I to wszystkim bez wyboru, z klientem i współwykonawcami na czele. Mistrz korporacyjnego ping-ponga, który robienie Dobrego Wrażenia rozszerzył nawet na buty ze stukającymi obcasami, mycie i czesanie włosów oraz golenie się, co nie było regułą w przypadku pozostałych. Dodatkowo na minus wpadanie w panikę, kiedy do listy "do wiadomości" w emailu krytykującym efekty pracy Firmy pojawia się nazwisko Wielkiego Managera. Sam fakt, że Firma robi słaby produkt nikogo z przetrwalników w panikę nie wpędza - wiele da się zamaskować Dobrym Wrażeniem.
Zdarzało się też Bajkopisarzowi marnować czas innych dyskutując problemy dotyczące dwóch osób na spotkaniu z dziesięcioma, a próby zwrócenia uwagi kwitować krótkim "spierdalaj". Duży nacisk przy robieniu Dobrego Wrażenia kładł na chwalenie się, o której to położył się spać (w sensie, że taki zapracowany). Jeśli wynik był przed północą to w zasadzie nie był wart wspominania.
Nie chce mi się już przywoływać więcej zasłyszanych od Andrzeja anegdotek. Ciekawe dla mnie jest to, że te scenki żywcem wyjęte z Dilberta naprawdę miały miejsce. To się dzieje! Takie buractwo rzeczywiście istnieje! Szok i niedowierzanie!
Trochę się rozpisałem, a o puentę jakoś trudno. Może tak: zanim wystartujecie na rozmowę kwalifikacyjną do firmy, gdzie ktoś Was może chcieć oszukać porozmawiajcie ze znajomymi - może znacie swojego Andrzeja, który przed taką Firmą Was ustrzeże.
* * *
Dogmatyzm vs Pragmatyzm
(2012-01-14 22:59:43) |
komentarze (0)Czyli zorientowanie na ideę kontra zorientowanie na efekty. Uprzedzam z góry, że biorę się za temat, który ewidentnie jest ponad moje siły, a i forma blogowej notki z pewnością nie wystarczy na jego wyczerpanie. Zdaję sobie jednak z tego sprawę i za cel stawiam sobie jedynie zasygnalizowanie zjawiska i skłonienie Czytelników do otwarcia głowy i dalszych poszukiwań u bardziej kompetentnych autorów.
Tyle wstępu. Ostatnimi czasy ilekroć zastanawiam się nad własną oceną niektórych zjawisk społecznych, politycznych, gospodarczych itp. za każdym razem dochodzę do wniosku, że ocenę tą warunkują efekty wybranego zjawiska. Nie stojąca za nim idea, tylko efekty. To czyni mnie pragmatykiem. Myślę, że na tym etapie, bez odwoływania się do konkretnych przykładów to co napisałem nie jest jakoś powalająco odkrywcze. Dlatego postaram się teraz rozwinąć moje rozumienie pragmatyzmu przez przeciwstawienie go mojemu zrozumieniu idealizmu.
Pierwszym przychodzącym mi na myśl przykładem, gdzie przyziemny pragmatyzm pokazał swoją wyższość nad wzniosłą ideą jest prohibicja w Stanach Zjednoczonych. Bo cóż złego w idei ratowania ludzkiego zdrowia i życia przez odebranie ludziom dostępu do szkodliwego alkoholu? Idea jest jak najbardziej wzniosła. Problem z nią jednak polega na tym, że spowodowała skutki znacznie gorsze niż te, przed którymi miała chronić: rozwinęła się przestępczość zorganizowana a ludzie, którzy potrzebowali alkoholu i tak go znaleźli, ale gorszej jakości i za wyższą cenę.
Teraz rozpatrzmy przykład trudniejszy: powstania narodowe (z warszawskim na czele). Idea bez wątpienia szczytna, skutki bez wątpienia słabe. Gdyby ktoś miał wątpliwości niech porówna Warszawę (ruina z heroicznym powstaniem w tle) do Budapesztu (śliczna metropolia z tchórzliwą kolaboracją w tle). Między innymi wskutek powstań mamy teraz pozbawione elit społeczeństwo o niskiej kulturze. Ktoś mógłby zapytać czy Polska istniałaby jeszcze gdyby nie powstania? Może ta ofiara była niezbędna? Zamiast odpowiadać na to pytanie polecam zapoznanie się z historią Czech i Finlandii, które nie istniały na mapach znacznie dłużej niż Polska, nie uprawiały powstań a teraz istnieją i mają się całkiem dobrze. Polecam również bliżej przyjrzeć się wymiernym skutkom powstania warszawskiego, choćby zaglądając do Wikipedii.
Kolejną piękną ideą, wartą bliższemu przyjrzeniu jest "świętość życia". Ochrona życia za wszelką cenę brzmi ze wszech miar szlachetnie. Są jednak takie sytuacje, kiedy lepsze skutki dla społeczeńśtwa daje poświęcenie życia niż jego ochrona. Z przykładów prostszych: za ochroną naszego życia w ruchu samochodowym stoi prawo: kodeks drogowy narzucający ograniczenia prędkości. Tworzenie takiego prawa w założeniu ma wywierać wpływ na nasze bezpieczeństwo. Na przykład jeśli przy ograniczeniu prędkości do 60km/h w wypadkach zginie 100 osób, a przy ograniczeniu do 50km/h jedynie 90 to można powiedzieć, że taki przepis ratuje życie 10 osób. Idąc dalej tym tokiem myślenia dojdziemy do tego, że przy ograniczeniu do 20km/h uratujemy życie 90 osób, jednak nikt nie podejmie się wprowadzenia takiego rozwiązania. Po prostu płynny i szybki ruch na drogach będzie ważniejszy od życia niewinnych ludzi. Brzmi to wprawdzie nieco niepokojąco, ale chyba nikt z nas nie ma wątpliwości, że większe ryzyko śmierci jest akceptowalną ceną za jazdę z prędkością 50km/h zamiast 20km/h.
Inną sytuacją, która sprawia, że ludzkie życie przestaje być nadrzędną wartością są wojny, gdzie w obronie własnej kultury i cywilizacji ryzykuje się ludzkim życiem. Sprawa w miarę oczywista, nie będę się rozpisywał. Podsumowując: zgadzamy się, że życie nie jest wartością nadrzędną i akceptujemy kompromisu w zakresie jego ochrony.
Dość osobliwe podejście do świętości życia prezentują różne wspólnoty religijne. Rozpatrzmy sprawę bliźniąt syjamskich, które z racji współdzielonych organów są skazane na śmierć. Chyba, że lekarze je rozdzielą - wtedy umrze jedno z nich, natomiast drugie będzie żyło normalnie, długo i szczęśliwie. Z pragmatycznego punktu widzenia jedno życie i jedna śmierć to lepiej niż dwie śmierci. Jednak z punktu widzenia religijnych dogmatów (rzekomo afirmujących świętość życia) lepsza w takim przypadku będzie śmierć obojga.
Podobnie osobliwe jest podejście kościoła do kwestii zapłodnień in-vitro. Dopóki para nie może mieć dziecka bo zygota nie jest w stanie się zagnieździć i opuszcza ciało kobiety z miesięcznym krwawieniem sytuacja jest z puntu widzenia religii dobra. Mimo że nie ma życia, a zygoty są wydalone w podpaskę. Kiedy jednak dojdzie do zapłodnienia pozaustrojowego i zarodek uda się zagnieździć w macicy sytuacja jest dla kościoła zła, ponieważ aby tego dokonać poświęcono życie kilku innych zarodków. Z pragmatycznego punktu widzenia jedno życie + kilka "zmarnowanych" zarodków jest jednak stanem lepszym niż brak życia i "zmarnowane" zygoty w podpasce.
Innym przykładem rozbieżności pomiędzy pragmatyzmem a kościelnym dogmatyzmem jest sprawa przerwania patologicznej ciąży. W przypadku, gdy płód jest trwale uszkodzony, nie przeżyje minuty poza organizmem matki a sam poród może spowodować śmierć tejże, kościelny dogmatyzm nie pozwoli na usunięcie płodu. Znów z kościelnych rachunków wyjdzie, że 2 x śmierć jest lepszą opcją niż 1 x śmieć + 1 x życie. Pragmatycznie podejście każe ratować przynajmniej matkę, skoro dziecka się już uratować nie da.
Kolejnym aspektem pragmatycznej oceny wybranego zjawiska jest jego kontekst. W skrócie: to co wydaje się nam naganne w jednych okolicznościach może się okazać godne pochwały, lub co najmniej usprawiedliwione w innych. Dlatego z bardzo dużą dozą rezerwy podchodzę do tych wszystkich, którzy z perspektywy 70 lat pokoju oceniają krytycznie ludzi podejmujących decyzje w realiach wojny lub stalinizmu. Czy większy pożytek mamy z bohaterskiej śmierci Baczyńskiego, która przerwała jego znakomicie zapowiadającą się karierę, czy może z długiego i owocnego życia Miłosza, któremu zdarzyło się skurwić nieco w czasach stalinowskich? Czy owo skurwienie, z dzisiejszej perspektywy naganne nie zasługuje na usprawiedliwienie z racji ówczesnego kontekstu? Moim skromnym pragmatycznym zdaniem, wbrew zdaniu pułkownika Becka, honor nie jest wartością nadrzędną.
I tak można długo sypać przykładami. Ludzka natura jest już taka, że lubimy proste rozwiązania dla skomplikowanych problemów. Proste rozwiązania, wielkie idee, dają nam złudne poczucie spokoju. Takie działania, oparte na mocnej podbudowie dogmatycznej, dają nam niebezpieczne poczucie moralnej wyższości i odrywają nas od rzeczywistości, którą rzekomo mają naprawiać. Środek staje się celem. Tymczasem jak mówi przysłowie "dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane". Inna mądrość mówi, że "poznacie ich po owocach ich czynów". Próbując rozwiązywać problemy starajmy się weryfikować jakie są skutki naszych działań. Dobrze też jest przy okazji nie tworzyć nowych problemów.
W ramach podsumowania powtórzę słowa ze wstępu: tematyka tej notki dalece wykracza poza dopuszczalną dla bloga formę. Wpis ten ma być raczej dla czytelników zachętą do podważania ogólnie przyjętych rozwiązań, przyglądaniu się praktyce stojącej za teorią oraz impulsem do przemyśleń i poszukiwań u bardziej renomowanych autorów.
* * *
Czerwony będzie burak
(2011-11-21 21:41:53) |
komentarze (0)Jak już napisałem, a lotnicy wiedzą i bez mojego pisania, bieżący rok jest najbardziej tragiczny dla lotnictwa ogólnego od wielu lat. Mowa o liczbie ofiar ginących w wypadkach "awionetek". Ten cudzysłów oznacza, że tylko mass media używają tego słowa - chyba każdy znany mi pilot mówi na mały samolot nie inaczej niż "mały samolot". No ale do rzeczy, o czym chcę tu pisać... Otóż czytając fora lotnicze dość często napotykam na swego rodzaju pochwałę "męczeństwa" owych ginących lotników (i pasażerów chyba przy okazji też, chociaż rzadko się o nich wspomina).
I wszystko jedno, czy to pilot bez uprawnień wlatuje w warunki pogodowe, w których nie ma prawa sobie poradzić, czy może inny kręci fikołki nad polem kolegi i wpada w korkociąg, czy jakikolwiek inny as przestworzy pozbawia życia siebie i pasażerów w równie "błyskotliwych" okolicznościach. Zawsze możemy być pewni, że rzesza forumowych komentatorów będzie cytować "marsz lotników" słowami:
A jeśli z nas
Ktoś legnie wśród szaleńczych jazd,
Czerwieńszy będzie kwadrat, nasz lotniczy znak.
Znów pełny gaz,
Bo cóż, że spadła któraś z gwiazd,
Gdy cała wnet eskadra pomknie na szlak.
Ewentualnie ktoś w zadumie zacytuje tytuł książki "Los jest myśliwym"...
Hmm... coż... Nie mając doświadczenia w Aeroklubie PRL, który w heroicznycm duchu szkolił potencjalnych pilotów myśliwców nie jestem w stanie zrozumieć jak można takim męczeńskim patosem komentować wypadek wynikający z bezmyślności. Naczelny Przeglądu Lotniczego pisał kiedyś, że dla niego granica ułańskiej fantazji pojawia się razem z pasażerami na pokładzie. Ja nawet solowych wygłupów zakończoncyh wkręceniem się w ziemię nie jestem w stanie zrozumieć i porównać do "gwiazdy spadającej wśród szaleńczych jazd". Głupota to głupota. "Los jest myśliwym"? Cóż za nonsens. Czy kiedy zawodnik ginie uprawiając rosyjską ruletkę powiemy, że "los jest myśliwym"? Nie, powiemy, że strzelec jest debilem. Bez żadnej patetycznej ideologii o w stylu "uwielbiał strzelać, poświęcił życie dla swojej pasji". Tak samo oceniam lotników "kozaków" - może na poświęcają życie swojej pasji, nie stoi to jednak w sprzeczności z byciem debilem. I takiej mało romantycznej oceny głupich wypadków lotniczych będę się trzymał.
* * *
Pierwszy lotny sezon
(2011-11-21 21:03:00) |
komentarze (0)Kilka tygodni temu, kiedy pogoda przestała sprzyjać lataniu zakończyłem swój pierwszy samodzielny lotny sezon. Wylatałem w sumie ponad 40 godzin, więc nie mam prawa być niezadowolonym. Jakby nie było taki mniej więcej roczny nalot przypada lotnikom służącym w polskiej armii. Polatałem na obce lotniska, przewiozłem paru krewnych i znajomych, odbyłem wycieczkę nad morze - sporo się nauczyłem. Zdjęcia i filmiki z tego latania można znaleźć na facebooku, więc nie będę się na ten temat rozpisywał. W skrócie: latanie jest bardzo fajne i na pewno będę chciał się nadal w to bawić.
Dla młodych piltów (takich jak ja) ciekawsze w lataniu jednak od tego co jest fajne powinno być to co jest mniej fajne i o co można sobie nabić guza. Bieżący rok jest tragiczny dla pilotów lotnictwa ogólnego (chyba każdy słyszał o spadających "awionetkach"), więc im więcej przestróg tym lepiej. Z tego miejsca postaram się przybliżyć kilka mniej lub bardziej ryzykownych scenek jakie mogą nas w takim lataniu spotkać na przykładzie doświadczeń własnych oraz takich, o których słyszałem z pierwszej ręki. Ponieważ nie chciałbym żadnej konkretnej osoby narazić na ostracyzm w środowisku, w którym jednak cały czas mocno trzyma się etos myśliwskego pilota herosa, kozaka co to na drzwiach od stodoły itd. bohaterami moich wynurzeń będą anonimowi lotnicy A i B. No więc do dzieła, oto scenek kilka.
Lotnicy A i B lecą na dłuższą trasę z międzylądowaniem. Na lotnisku EPXX zmieniają się miejscami. Podczas uruchamiania, żeby włączyć interkom pilot B (nielecący) włącza najpierw radio żeby przekazać jakieś tam info dowódcy. Potem dowódca uruchamia resztę instalacji, silnik i startujemy. Na EPXX nikogo nie ma, ale meldunki są składane przez radio jak należy. Brak odzewu nikogo nie dziwi. Na granicy ATZ zmiana częstotliwości na FIS, tu jednak nadal nic w radiu nie słychać. Okazało się, że pilot B uruchamiając radio tylko je włączył, nie ustawiając należytego poziomu głośności. Po podkręceniu głośności FIS był już słyszalny. Niebezpieczeństwo tej scenki polega na tym, że w ATZcie mógł być jakiś ruch, możliwe, że właśnie coś siadało kiedy załoga zajmowała pas. Możliwe, że pojawił się ruch kolizyjny podczas odchodzenia z kręgu na trasę. Załoga nie miała żadnego pojęcia o sytuacji ruchowej. Ba, załoga nawet nie wiedziała, że nie wie, ponieważ radio było włączone i ustawione na właściwą częstotliwość. Cisza oznaczała więc tyle, że nikt nie lata. Morał: niech co-pilot ani pasażer nie miesza przy radiu i uruchomienie wszystkich urządzeń niech przeprowadza wyłącznie dowódca.
Scenka kolejna. Lotnik A doskonali lądowania, czyli lata po kręgu. Zawsze dotychczas gdy startował z konwojera (aka touch and go) zgłaszał na prostej lądowanie, po czym od razu startował. Tak to sobie zakodował podczas szkolenia. Tymczasem start z konwojera wymaga zgłoszenia takiego zamiaru na prostej. Pewnego razu oprócz lotnika A wokół lotniska kręciły się szybowce. A na prostej zgłosił lądowanie, usiadł po czym wbił gaz i zaczyna ponowny rozbieg. Start został wstrzymany komendą kierownika lotów przez radio. Okazało się, że nie zdążyła opaść lina od wyciągarki. Morał dla pilota: zgłaszać zamiar startów z konwojera - utrwalać sobie ten nawyk nawet gdy nic innego nie lata. Instruktorzy podczas szkolenia też powinni zwracać na to uwagę. Morał dla kierownika lotów: jeśli pilot lata krąg za kręgiem z konwojera i nie zgłasza tego na prostej (zgłasza samo lądowanie) to warto zwrócić mu na to uwagę zanim wleci w linę i zapytać czy planuje startować bez zatrzymania.
Ten sam lotnik niedługo po zdarzeniu z poprzedniego akapitu leci na obce lotnisko z zamiarem wykonania lądowania i startu z konwojera. Zgłasza więc przez radio wejście w krąg, dostaje kolejność i na prostej zgłasza chęć konwojera. Nie ma odzewu, więc zgłasza ponownie. Gdy samolot jest tuż przed wyrównaniem odzywa się kierownik: "możesz lądować". Pilot więc ląduje i po chwili zaczyna kolejny rozbieg. Tuż przed podniesieniem kółka kierownik lotów woła: "ale o konwojerze nie było mowy". I co teraz? Lotnik nadal rozpędza samolot i tłumaczy, że konwojera zgłaszał. "Nie zgłaszałeś", "Zgłaszałem dwa razy". Wtedy odezwał się jakiś szybownik z kwadratu: "Zenek, daj spokój, on faktycznie zgłaszał konwojera". Start nie został przerwany, wygląda na to, że nie było zagrożenia a kierownik lotów chciał tylko zwrócić uwagę na konieczność składania meldunku o planowanym starcie z konwojera, chociaż sam tego meldunku dwa razy nie usłyszał. Morał dla pilota: szczerze mówiąc nie wiem, wydaje mi się, że wszystko zrobił dobrze... może powinien iść na drugą rundę skoro nikt się nie odezwał niemal do wysokości wyrównania? Wtedy jest już mało czasu na korespondencję i wyjaśnianie co i jak. Morał dla kierownika lotów: jak już samolot jest na kręgu to wypada należycie prowadzić korespondencję: słuchać i odpowiadać na meldunki.
Inna scenka z latania po kręgu z korespondencją w roli głównej. Cessna trenuje lądowania, wilga holuje szybowce. Cessna na trawersie znaków zgłasza z wiatrem, dostaje kolejność jeden. Po niedługim czasie Wilga wyczepia szybowiec i też dostaje kolejność jeden - do tego samego pasa. Pilot cessny skonfundowany pyta pilota wilgi o pozycję. "W czwartym", "Ja też w czwartym". Po czym pilot cessny zdecydował się na holding po stronie osi przeciwnej do podchodzącej wilgi, co też przez radio zakomunikował. Szczęśliwie z racji swojej doskonałości po wyczepieniu szybowca wilga idzie do ziemi o wiele bardziej stromo od cessny, więc te czwarte zakręty nie wypadały w tym samym miejscu. Jednak oba samoloty dostały tę samą kolejność do tego samego pasa. Pilot wilgi nawet nie zarejestrował, że coś innego jest na podejściu, pilot cessny na szczęście tak. Za co został nawet przez radio pochwalony przez kierownika. Morał głównie dla kierownika: orientować się kto gdzie się aktualnie na kręgu znajduje.
Tym razem bez kręgu - scenka z przelotu. Lotnicy A i B lecą na długą wycieczkę. Praktycznie cały dzień latania, 3.5h na głowę. Lotnik A leciał pierwszy segment i usiadł bardzo ładnie na trawiastym lotnisku. Później leciał segment trzeci i usiadł dość przyzwoicie z lekkim bocznym wiatrem na betonie. Segment czwarty również leciał lotnik A. Znów beton, wiatr tylno-boczny (70 stopni z boku, 20 stopni z tyłu) jakieś 4m/s, wylatane już 3.5h tego dnia, więc pojawia się zmęczenie. No i lądowanie kończy się kangurkiem i kicaniem samolotu w bok pasa. Niby nic szczególnego - zepsute lądowanie, aczkolwiek nadal wpadające do kategorii doskonałych: załoga nie doznała obrażeń i statek powietrzny nadaje się do ponownego użycia. Morał dla pilota: ćwiczyć lądowania z bocznym wiatrem, oraz lądowania na betonie. Trawa bardzo wiele wybacza i na betonowym pasie trzeba zdecydowanie większej precyzji.
Tym razem lotnicy A i B lecą na lotnisko trawiaste znanae z krótkiego (jak na ich doświadczenie) pasa. Lotnik A, aby przyziemić tuż za progiem planuje niskie podejście. Tak też robi. Problem polega na tym, że na tym podejściu jest gęsta zabudowa i drzewostan, a podejście jest na tyle niskie, że odbywa się naprawdę kilka metrów nad dachami, z mocną pomocą silnika. W razie jakichkolwiek problemów ze spadkiem mocy nie ma absolutnie żadnego marginesu bezpieczeństwa. Morał dla pilota: ćwiczyć strome podejścia z krótkim dobiegiem. Oraz wyobraźnię.
Kolejne dwie scenki dotyczą pana instruktora, szkolącego dorywczo tu i ówdzie. Ostatni raz widziałem go gdy lotem koszącym żegnał się z lotniskiem, na którym właśnie gościł na konferencji z zakresu bezpieczeństwa lotów. Głównym przesłaniem konferencji było, żeby nie kosić bezsensownie bo za dużo ludzi sobie w ten sposób ostatnio zrobiło krzywdę.
Scenka pierwsza: pan instruktor leci w roli bezpiecznika (a może nawet instruktora) z uczniem na trasę. Na lotnisku docelowym robią przerwę celem zjedzenia obiadu. Do którego go pan instruktor zamiast zwyczajowego kompotu owocowego zamawia kompot z żyta w ilości 100ml. Po spożyciu wracają na lotnisko macierzyste. Komentarz chyba zbędny.
Scenka druga: pan instruktor umawia się z uczniami na loty na sobotni poranek, 7:00. Pech chciał, że w piątkowy wieczór pan instruktor został zaproszony na bankiet i wrodzony brak asertywności nie pozwolił mu odmówić. Nie stanowiło to jednak dla niego powodu do odwołania lotów z uczniami. O 7:00 uczniowie zostali poproszeni o przygotowanie samolotu i pozostawienie pana instruktora w spokoju celem uzupełnienia niedoboru snu. Po doprowadzeniu samolotu do stanu lotnego pan instruktor postanowił jednak zamiast latania z uczniami zabrać na szybki przelocik koleżankę zapoznaną na wspomnianym bankiecie. Jak postanowił tak uczynił. Na pytanie jednego z uczniów jak ten lot zostanie rozpisany, ponieważ on nie ma ochoty płacić za takie ekscesy usłyszał, że "jakoś się to rozpisze - będzie dobrze". Zapewne stąd się bierze potem niezwykle wysoki czas pracy silnika na ziemi... wicie próba, wicie podgrzać trzeba bo olej zimny, rozumicie... Drugi uczeń nie wyrażający dotychczas głośno wątpliwości zapakował się z panem instruktorem do samolotu i udał się w powietrze na ćwiczenie sytuacji niebezpiecznych. Jakby lot w towarzystwie pana we wczorajszej odzieży pachnącego wypoconą gorzałą i papierosowym dymem nie był już wystarczająco niebezpieczny - bez przeciągnięć i spirali. Uczeń nie wytrzymał 30 minut - lądował po 18 z obawy przed porzyganiem się. Nie wiadomo dokładnie czy z powodu zaburzeń błędnika, czy z powodów estetycznych i ogólnego dyskomfortu. Drugi uczeń wylatał swoje 30 minut, ale wystartował bez klap. Przejął się tym, bo wydawało mu się, że pan instruktor przeoczyłby tego dnia dowolny inny błąd - nie tylko te w sumie nic nie znaczące wtedy klapy.
Z aktualnej perspektywy i mając jakieś tam doświadczenie rozpętałbym teraz piekło gdybym zobaczył w akcji takiego instruktora. Tamtejsi uczniowie jednak byli mniej konfliktowi i nie chcieli nikomu wchodzi w drogę. A przecież oni ryzykowali najwięcej. Cóż - szczęśliwie nic się nie stało.
No i to na razie tyle historyjek ku przestrodze z mojej strony. Mam nadzieję, że nie będę takich zbyt często doświadczał. Mam również nadzieję, żę pod wpływem tej lektury jakiś młody pilot dwa razy pomyśli zanim zrobi coś, co mogłoby skończyć się kontuzją.