Hej kolęda

Zauważyłem ostatnio, że sąsiedzi mają wymalowane na drzwiach jakieś tajemnicze inicjały. Pomyślałem, że gorszy nie będę, więc i nasze drzwi stosownie przyozdobiłem:


Kolęda 2010



*  *  *

A tak jeszcze kończąc bawarski wątek...

to dodam, że muzeum lotnictwa w Schleissheim jest całkiem ciekawym miejscem do zwiedzenia. Gdybym był złośliwy mógłbym zauważyć, że tamtejsze eksponaty (An-2, SZD-9 Bocian) pracują jeszcze pełną parą w Aeroklubie Wrocławskim ;) No ale to taki dowcip tylko - to porządny sprzęt a wiek nie ma znaczenia póki działa (no i tak jest bardziej freegańsko).

Parki bardzo przyjemne i duże - Englischer Garten jest większy od Hyde Parku nawet, nie wspominając o Parku Południowym. Okolice pałacu Nymphenburgowego również bardzo przyjemne do zwiedzania. W zasadzie jedyne zatłoczone, przez co mniej przyjazne, miejsce to Marienplatz. To taki tamtejszy odpowiednik wrocławskiego Rynku, jednak trzeba przyznać z pewnym nawet zaskoczeniem, mniej spektakularny.

Ale ale, pisząc te słowa przypomniałem sobie, że jest jedno bardziej zatłoczone miejsce. I jest to U-Bahn wiozący kibiców na mecz ligi mistrzów. Co miałem szczęście zbadać osobiście. Refleksje związane z oglądaniem na żywo mam mieszane. Z pozytywów zdecydowanie stadion i infrastruktura wokół niego. Przewiezienie w obie strony 55 tysięcy ludzi w czasie ok. 30 minut jest dla mnie całkiem niezłym wynikiem. Na stadionie nie ma chyba miejsca z którego byłoby źle widać murawę. Jest funkcjonalny i ładny - mam nadzieje, że Estadio de Maślice powstanie na czas i będzie wykonany na podobnym poziomie.

Tyle jeśli chodzi o opakowanie, sama natomiast "zawartość" już trochę mnie zawiodła. Na stadionie w zasadzie nie było dopingu. Było ciszej niż na Oporowskiej na meczu np. z Polonią Bytom. Młyn za bramką coś tam starał się śpiewać, a mimo to bardzo często było słychać kibiców przyjezdnych, siedzących na trybunie naprzeciw mnie (siedziałem nad młynem). Miażdżąca większość kibiców to tak zwane pikniki - przyszli sobie zjeść kiełbaskę i popatrzeć na mecz. Moim zdaniem mecz lepiej widać w telewizji, a na stadionie jednak wypada kibicować, no ale cóż - co kraj to obyczaj. Plus takiej piknikowej atmosfery jest taki, że służb porządkowych jest bardzo niewiele jak na taki tłum, chociaż oczywiście macanki na wejściu obowiązkowe.

No i cóż... to chyba tyle wspominków z dłuższej niż zwykle delegacji. Od nowego roku stara "ciaowa" ekipa zebrała się w dobrych humorach w nowym biurze, co owocuje od czasu do czasu całkiem interesującymi pomysłami rodzącymi się podczas kuchennych dyskusji (Karol nazywa takie spotkania "kitching" - ładne słowo). Niektóre z dyskutowanych idei postaram się w skrócie opisać na tych stronach o ile motywacja pozwoli.



*  *  *

Leberkaes mit Spiegelei

Czyli bawarska specjalność nie będąca golonką ani wurstsalatem, co sprawa, że nawet ją polubiłem. Lub też innymi słowy garść przemyśleń z dłuższej niż zwykle wyprawy do Monachium. Jak już wspomniałem po zmianie pracy zacząłem w Monachium na stanowisku takim samym jak miałem w Ciao, poszerzonym jednak o obowiązki rekrutera do tworzącego się polskiego oddziału. No i w tych dodatkowych obowiązkach poszło mi na tyle dobrze, że od grudnia zacznie w mieście stu mostów 8 osób, a kolejne 2 są już dogadane do startu w następnych miesiącach. Taka to wydajność rekrutacji przez GG, w oparciu o istniejące powiązana społeczne, nazywane przez złośliwych kumoterstwem i nepotyzmem. A wspominam o tym dlatego, że ten fakt oznacza skrócenie mojego pobytu w Monachium do zaledwie dwóch miesięcy, co jest znaczną zmianą w stosunku do roku, o którym była mowa na początku mojej pracy tutaj.

No ale do rzeczy. Sprowadziłem się do Bawarii pod koniec września nie mając w zasadzie przygotowanego gruntu pod zamieszkanie tutaj. Na szczęście nowy pracodawca zgłosił mój przypadek do firmy zajmującej się formalną stroną związaną z rejestracją w Monachium. A to oznacza pozwolenie na pobyt, na pracę, ubezpieczenie zdrowotne, pewnie jakieś dokumenty o których nawet nie mam pojęcia oraz pomoc w znalezieniu mieszkania. Zanim udało się znaleźć mieszkanie miałem szczęście mieszkać u kolegi z poprzedniej pracy, w takiej trochę hipisowskiej komunie. Dom w okolicach Laim/Passing zamieszkiwało w zależności od pory roku, tygodnia i odbywających się imprez od 4 do 15 osób. Co ciekawe mój prawowicie mieszkający tam gospodarz nie miał nawet kluczy do domu, bo przecież i tak jest ciągle otwarty. Zajmowałem tam materac zioma, który jeszcze nie wrócił z wakacji. Z przerwą na jedną noc, kiedy to zostałem przerzucony na podłogę na innym piętrze kiedy do materac przyjechała okupować jego siostra z okazji Oktoberfest. Na szczęście w dniu kiedy właściciel materaca wrócił dostałem klucze do mojego mieszkania.

Warunki może nie były zbyt komfortowe, brakowało czasami ciepłej wody, obecności ogrzewania nie stwierdziłem no i ogólnie widywałem czystsze pomieszczenia, jednak 9 noclegów kosztowało mnie zaledwie jedno piwo i dwie flaszki więc nie mam powodów do narzekania. Zwłaszcza, że nie miałem dotychczas przyjemności mieszkać w akademiku czy mieszkaniu studenckim, więc to mogła być ostatnia szansa na taką przygodę.

W każdym razie tuż przed pierwszym października przeprowadziłem się do mieszkanka na Augustenstrasse, czyli w bardzo fajnej lokalizacji. Zwyczaje rządzące w Monachium wynajmem mieszkań są o wiele bardziej sformalizowane niż we Wrocławiu. Korzyści są takie, że odbierane mieszkanie jest czyste i pozbawione usterek, minusy takie, że agencje pośrednictwa, które o to dbają cenią sobie swoje usługi.

Po wprowadzeniu się do mieszkania pozostawało mi tylko nabycie nieco dóbr pierwszej potrzeby tj. patelni, garnka i czajnika, oraz zorganizowanie dostępu do netu. O ile zakupy poszły w miarę gładko (ciekawostka - tu jest bardzo mało hipermarketów, dużo za to małych sklepów "lokalnych") o tyle dostęp do netu wymaga nieco biurokracji. W Polsce trwało by to jeden dzień, w Monachium 2 tygodnie i podobno to bardzo dobry wynik. Minus był taki, że usługa nie działała jak trzeba i byłem zmuszony moją koślawą niemczyzną wyjaśniać problem przez jakąś infolinię. Fakt, że mi się udało uznaję za swoje największe dotychczas osiągnięcie lingwistyczne. Większe nawet niż kupno kanapki z szynką, serem i warzywami w Paryżu.

Kiedy już jako tako się zadomowiłem i miałem trochę czas na zwrócenie uwagi na samo miasto doszedłem do wniosku, że w przeciwieństwie do Londynu jest bardzo czyste i przyjazne. Komunikacja miejska oparta głównie o kolej i rowery również bez zarzutu. A rowerów jest tutaj mnóstwo. Jeśli Wrocław przoduje w Polsce pod względem liczby rowerów (podobno tak jest) to i tak od Monachium dzieli nas przepaść. Ścieżki rowerowe i parkingi przy każdej stacji U-Bahn sprawiają, że naprawdę bardzo dużo ludzi tu z nich korzysta. Myślę, że to u nas kwestia kolejnego pokolenia, może dwóch. Z miesięcznej perspektywy mogę powiedzieć, że mieszka się tu naprawdę przyjemnie.

No ale żeby nie było zbyt różowo to wysoki poziom usług publicznych ma swoją cenę. Obliczyłem sobie, że przelicznik wysokości pensji tutaj wynosi netto = brutto * 0.56. Znacznie mniej niż w Polsce.

No i tak sobie na razie mieszkam, zwiedzam to i owo i niestety nie wszędzie można się podeprzeć angielszczyzną, co było nieco uciążliwe w Deutsches Museum, gdzie ekspozycja jest bardzo ciekawa dla inżyniera, jednak bariera językowa nie pozwala się do końca nią nacieszyć. Jak coś ciekawego się jeszcze wydarzy to pewnie wspomnę, ale wszedłem już w pewną rutynę, więc coraz mniejsza na to szansa.



*  *  *

Tam gdzie kończy się chaos...

...zaczyna się korporacja. No więc chcąc nie chcąc po tym jak Microsoft kupił Ciao zostałem pracownikiem Microsoftu. Zapowiadało się obiecująco, skończyło się porażką i doprowadzeniem mnie do odejścia i postanowienia, że nie dam tej firmie zarobić już ani złotówki. Ale po kolei. W nowej pracy tzw. wkurw nieco odpuścił i postaram się teraz na spokojnie zniechęcić potencjalnych chętnych do pracy dla M$.

To co uderza rozsądnego człowieka (a za takiego się uważam) w M$ to brak jakiekolwiek logiki w działaniu i zrzucanie każdego niemalże aspektu funkcjonowania organizacji na sformalizowane procedury, oraz w przypadku oczywistego nonsensu jednych procedur obchodzenie ich przy użyciu innych. Przykład z mojego zespołu: szukaliśmy ludzi do pracy bo roboty dużo, a zespół dopiero powstał i jeszcze się nie uformował. Tymczasem M$ w związku z kryzysem światowym zamroził liczbę etatów i przyjmować nie można. Według M$ etaty to wyłącznie koszt, tymczasem wydawać by się mogło, że ludzie tworząc produkt zarabiają dla firmy pieniądze. Moje proste rozumowanie: kompletny team QA => lepsze testy => mniej bugów => mniej bugfixów => więcej czasu na nowe ficzery => więcej zysku, nie jest takie łatwe do zrozumienia w M$. Ostatecznie jednak chyba jakiś cudem skumali, że trzeba kogoś przyjąć jeśli firma ma więcej zarabiać, ale jak to zrobić skoro rozkaz z centrali nie pozwala na etaty? Ano prosto - rozkaz z centrali nic nie mówi o wydatkach na usługi, tak więc bez zatrudniania zleca się usługę ludziom z zewntąrz, tzw. konsultantom. Są wprawdzie drożsi i mają jeszcze kilka wad, ale przynajmniej zgodni z linią polityki. Pierwszy nonsens, nie ostatni. Problem polega na tym, że nie każdy może świadczyć usługi na rzecz M$, tylko zatwierdzeni dostawcy. No i przesłuchiwaliśmy przez tydzień ludków z trzech firm (bo na to nam pozwolono) a potem kiedy wybraliśmy 5 osób zmieniono zdanie pozwalając nam zatrudniać z jednej, zatwierdzonej firmy. Lepsi kandydaci akurat pochodzili z innych firm, no ale trudno - who cares?

Jeśli chodzi o paranoję wokół zatwierdzonych dostawców to jeszcze jedna zabawna historyjka się przydarzyła - na szczęście ja już nie pracowałem. Otóż wrocławski oddział żeby wszystko było zgodnie z linią korporacyjną od 1. lipca (pełne przejęcie i zniknięcie Ciao) zaczął podlegać pod polską centralę w Warszawie. Ta z kolei miała zaledwie 10 miesięcy na zorganizowanie pracy dla wrocławskiego oddziału, co przy tempie podejmowania decyzji (co w M$ znaczy odbijanie piłeczki i uchylanie się od brania odpowiedzialności) okazało się być czasem zbyt krótkim. I tak wrocławski oddział znalazł się bez certyfikowanych dostawców kawy, herbaty, mleka cukru i innych dóbr biurowych. I przez ok. 2 miesiące ludzie w aktach heroizmu fundowali sobie nawzajem herbatę czekając na wskazanie przez centralę firmy godnej dostarczania do M$. I tu ciekawa historyjka... pierwszy zatwierdzony został dostawca wody (te duże baniaki z dystrybutorem) więc żeby pozostać w zgodzie z procedurami dostawca wody został poproszony by w drodze wyjątku sprzedać też trochę kawy, herbaty itp. Dla normalnych ludzi paranoja, dla korporacji normalka.

Maksymalnie jednak zniechęcił mnie do pracy w M$ proces mapowania stanowisk jakie mieliśmy w Ciao na stanowiska w ścieżkach kariery M$, oraz okazana nam przy tym pogarda. Teoretycznie podstawą do mapowania była ocena zakresu odpowiedzialności i kompetencji na stanowiskach, praktyka pokazała jednak, że jedynym kryterium były aktualne zarobki. Już wyjaśniam o co chodzi. M$ generalnie płaci zapewne lepiej niż płaciło Ciao. A ponieważ kryzys, headcount freeze itp. więc zapewne postanowiono, że wydatki na wynagrodzenia mają pozostać na niezmienionym poziomie. A że w M$ wynagrodzenia są ściśle związane ze stanowiskiem w hierarchii, a kwoty miały pozostać niezmienione więc jedynym czynnikiem do manipulacji aby pozostać w zgodzie z widełkami były stanowiska. I tak kolega który był głównym webdesignerem z 7 latami stażu w Ciao został zdegradowany do stanowiska szeregowego software developera, co jest (według opisu w ścieżce kariery) stanowiskiem na które trafia się prosto po studiach. Ja zaliczyłem podobnie jaskrawy przypadek i z kierownika jakości zostałem szeregowym testerem.

Co jeszcze ciekawe - nikt w M$ nie chciał nam udostępnić opisu stanowisk i ścieżek kariery dopóki nie podpiszemy umów. Nie chcieli, żebyśmy wiedzieli jak nisko zostajemy zdegradowani. Większość programistów dostała w M$ stanowisko niższe niż najniższe w ścieżce - zostali developer associate - to coś co się daje praktykantom podczas studiów. Jedna osoba, nasz główny architekt, dostała stanowisko senior developera, co zgodnie z opisami stanowisk oznacza, że może przeprowadzać code review. Jedna na ~40 programistów. Z jednej strony oczywisty nonsens i niedopasowanie skostniałych M$owych ścieżek kariery do realiów aplikacji internetowych, z drugiej konsekwencja mapowania przeprowadzanego przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o tworzeniu oprogramowania.

I tu dochodzimy do tezy postawionej przez jednego z kolegów, że M$ jest firmą rządzoną przez HR. I po zastanowieniu muszę przyznać mu sporo racji. Niestety poziom szeroko pojętej "kumatości" tego HR jest niestety nie za wysoki. Przykład ze szkolenia dla nowo przyjętych pracowników: ja: "Czy M$ ma w Polsce jeszcze jakiś oddział programistyczny?" pani z HR: "tak, 10 osób w Budapeszcie". Amerykanka, co zrobić. Inny niezły tekst rzucono na szkoleniu dla managerów, kiedy to usiłowałem zasygnalizować prowadzącemu, że takie niesprawiedliwe mapowanie i brak jasnych reguł zabije motywację i może spowodować odejścia. Gość rzekł: "you're lucky to still have your jobs".

Takie właśnie patrzenie z góry na ludzi spoza M$ jest kolejnym zjawiskiem, które doprowadzało mnie tam do furii. Przodował w tym big boss, który odwiedzał nas od czasu do czasu celem prania mózgów. Na przykład coś w ten deseń: "codziennie setki ludzi na całym świecie studiuje informatykę marząc, by pewnego dnia móc dostać szansę pracy w najlepszej firmie softowej na świecie (czyli M$ ma się rozumieć), wy natomiast dostaliście tę szansę". Chyba spodziewał się, że będziemy go całować po stopach (albo nawet wyżej). Zamiast tego patrzyliśmy po sobie z wyrazem twarzy "wtf?". Miałem z nim wątpliwą przyjemność rozmawiać sam na sam celem wyjaśnienia dlaczego tak zostały ustalone stanowiska w moim teamie. Tak więc stwierdził, że cenimy w M$ "IQ people" i zapytał o moje wykształcenie (sic!). Ponieważ prezentuje się ono całkiem nieźle i nie miał się do czego przypierdolić stwierdził, że zostałem szeregowym testerem bo mamy bugi na produkcji. Oczywista bzdura, bo ludzie którzy przydzielali te stanowiska nie widzieli pewnie w życiu naszego sajtu, no ale widząc, że taka jest z nim gadka nie prostowałem nawet, że w tajemniczych okolicznościach moje stanowisko zostało dzień wcześniej awansowane o 4 poziomy, bo jeszcze by się głupio poczuł broniąc decyzji o moim pierwotnym zaszeregowaniu. Zresztą ten sam gość na wątpliwości koleżanki na temat ról pełnionych przez ludzi w M$ i u nas stwierdził, że nie mamy prawa porównywać się z ludźmi pracującymi w M$. Wtedy podjąłem nieodwołalną decyzję o odejściu.

Trochę wcześniej natomiast, kiedy jeszcze mówiono nam, że możemy zadawać pytania i wszystko zostanie wyjaśnione pozwoliłem sobie na wysłanie ok. 5 maili z prośbami o wyjaśnienia dla różnych podejrzanych decyzji. Ponieważ swoje wątpliwości podpierałem dokumetami wewnętrzymi M$ (tymi do których nie chcieli nam dać dostępu) nie mogli mnie spławić jakimiś standardowymi tekstami. I w ten sposób nie odpowiedzieli na żaden z tych maili, ale żeby mnie uspokoić podnieśli moje stanowisko znacznie. Aczkolwiek nie o to chodziło. Chciałem po prostu zrozumieć logikę jaka stała tymi decyzjami. Ale im dłużej tam pracowałem tym bardziej widziałem, że tam nie ma logiki. Są procedury, a te które służyły do wygenerowania dla nas umów najwyraźniej są tajne.

Same umowy które do nas przyszły z centrali w Warszawie to też materiał na skecz. Copy+Paste z umów dla sprzedawców. Łącznie z premią od wyników sprzedaży i refundacją rachunków za komórkę do jakieś tam wysokiej kwoty miesięcznie (następny atrybut sprzedawcy). Regulamin pracy również nie uwzględniał realiów wytwarzania oprogramowania. No ale jak wspomniałem mieli tylko 10 miesięcy na przygotowanie się.

Warszawska centrala też zabłysnęła kilka razy przy organizowaniu dla nas delegacji. Zmuszanie nas do wyrabiania sobie prywatnych kart kredytowych amex (co obniża zdolność kredytową) oraz płacenie za ich wyrobienie z własnej kieszeniu (potem były zwroty) to praktyki nie dość, że pozbawione sensu, to jeszcze niemożliwe wydłużające tak prosty proces jak zorganizowanie delegacji. Lokowanie ludzi w hotelach na lotnisku, rzekomo w centrum, oraz późniejsze rozliczenia ciągnące się tygodniami to znak firmowy korporacyjnej kultury w M$.

I tak dalej i tak dalej... Nucąc sobie pod nosem "fuck you I won't do what you tell me" złożyłem wypowiedzenie ostatniego dnia sierpnia, korzystając z tygodniowego okresu wypowiedzenia dla nowo przejętych firm (polski kodeks pracy to jednak fajny papier). No i nie musiałem na robotę czekać długo, bo okazało się, że paru innych sfrustrowanych kolegów z monachijskiego Ciao również odeszło, przechodząc do innej firmy. I szczęśliwym zbiegiem okoliczności potrzebowali w tej firmie kogoś takiego jak ja na stanowisko QA managera. I szczęśliwym zbiegiem okoliczności firma chce otworzyć oddział we Wrocławiu, a ja szczęśliwym zbiegiem okoliczności znam parę osób, które chętnie dołączą do tego oddziału. Tak więc teraz do końca listopada pracuję sobie w Monachium, a od grudnia rusza ok. 10cio osobowy (docelowo 25cio) oddział we Wrocławiu, gdzie też będę pracował.

No i tyle w temacie krótkiej i burzliwej przygody z M$. Pewnie mógłbym jeszcze opowiedzieć nie jedną paranoidalną anegdotę, ale chyba nie ma potrzeby. Mam nadzieję, że osoby czytające te słowa będą miały na uwadze, że M$ nie jest przesadnie przyjaznym miejscem do pracy i pomyślą dwa razy zanim tam aplikują. BTW: szukam kozaka do zespołu QA we Wrocławiu, szczegóły na priv ;)



*  *  *

Paris, Paris

Właśnie skojarzyłem, że chyba nie wspomniałem jeszcze na temat zeszłorocznej wyprawy do Paryża, zorganizowanej w ramach tzw. podróży poślubnej. Ponieważ z racji ponad roku, który upłynął od tej wycieczki nie pamiętam szczegółów podzieję się tym co pamiętam.

Paryż jest bardzo elegancko rozplanowany urbanistycznie - najlepiej z miast jakie było mi dane poznać do tej pory. Harmonia i porządek w rozkładzie ulic, placów, parków, spektakularna architektura - miód. Dodaję, że dotyczy to obszaru wewnątrz Bulwaru Peripherique (czy jak mu tam). Poza tym obszarem byliśmy tylko przez kilka godzin i wygląda bardziej "bronksowato" blokowiska, imigranci, biedota itp. Wtedy zrozumiałem mniej-więcej podłoże zamieszek na tych przedmieściach kilka lat wcześniej. No ale o achitekturze i urbanistyce Paryża lepsi ode mnie specjaliści napisali już wystarczająco dużo, więc nie będę wnikał.

Z miejsc, które odwiedziliśmy chyba najbardziej podobało mi się muzeum lotnictwa w Le Bourget. Na szczęście podobało się tam też Marcie - odkryła w sobie chyba żyłkę kosmonauty. Na szczęście (wbrew stereotypom na temat Francuzów) wszystkie ekspozycje były opisane również po angielsku.

Ciekawym miejscem są też katakumby - ogromne poziemne składowisko ludzkich kości, ofiar przeróżnych epidemii. Ilość zgromadzonych w jednym miejscu szkieletów robi piorunująco-przygnębiające wrażenie. Co ciekawe przy wyjściu ochrona sprawdza, czy aby nikt ze zwiedzających nie zabrał sobie jakiejś czaszki na pamiątkę. Pewnie mają doświadczenie z jakimiś studentami medycyny.

Byliśmy jeszcze w la Defense, takiej nowoczesnej dzielnicy biznesowej. Całkiem spoko, ale zdecydowanie wolę Paryż bardziej "tradycyjny".

No i chyba tyle zapamiętałem jeśli chodzi o zwiedzane przez nas atrakcje tustystyczne. Jeśli chodzi o życie w mieście to jest raczej przyjaźnie, aczkolwiek zgodnie ze stereotypem znajomość angielskiego nie jest gwarancją dogadania się np. w sklepie. Na szczęście frezeologia związana z zakupem kanapek (drogie, ale bardzo dobre) albo kolacji w tureckich knajpach (tanie i bardzo dobre) nie nastręcza przesadnych trudności. Komunikacja miejska jak w większości cywilizowanych miast oparta na metrze bardzo przyjazna i "wydajna". Chciałbym doczekać we Wrocławiu przyjaznej i wydajnej komunikacji, może przy okazji Euro2012.

A właśnie sobie przypomniałem, że jeszcze zwiedzaliśmy sobie Saint Germain by night i naprawdę jest tam klimatycznie. No i jeszcze by night koniecznie Marta każdego wieczoru chciała oglądać rozświetlającą się wieżę Eiffla - fajny widok, nie zaprzeczę :)

No i w zasadzie tyle, na koniec podzielę się jeszcze obserwacją Marty na temat narodu francuskiego. Mianowicie "lubią sobie coś postawić na środku i jeździć wokół tego samochodami". Obserwacja oparta na podstawie obecności dużej ilości rond, gdzie na środku stoi jakiś pomnik/kolumna/cokolwiek. Najlepszym przykładem będzie chyba rondo przy Łuku Triumfalnym.

No i to chyba tyle na temat francuskiej stolicy. Następna notka już będzie o francuskiej prowincji.



*  *  *

Szkolenie lotnicze zawieszone

Jeszcze nie wspominałem, ale ostatnie miesiące upływają mi na użeraniu się z pracodawcą, którego osatecznie zmieniłem. Niestety jednak mój stan psychiczny, brak regularnego snu, wyjazdy, pogoda, dostępność samolotów i instruktorów sprawiły, że moje szkolenie lotnicze w tym roku było mocno "podziurawione". Na przykład godzina latania i dwa tygodnie przerwy. Efekt tego jest taki, że natrzaskawszy ponad 100 kręgów nie potrafię porządnie/powtarzalnie lądować, bo za każdym razem muszę sobie wszystko przypominać - nie było warunków na nabranie automatyzmów. Mam nadzieję, że faktycznie moje słabe wyniki wynikają ze wspomnianych czynników i na wiosnę uda mi się poprawić. W przeciwnym wypadku niestety będzie wyglądało na to, że sport jest poza moim zasięgiem - może być i tak, chociaż wolałbym, żeby tak nie było :]



*  *  *

London calling again

Wybraliśmy się w tym roku (w sierpniu) na tygodniową wycieczkę do Londynu, przypomnieć sobie jak to tam jest fajnie. Ponieważ kryzys, zmiana roboty, remont auta i ogólnie takie tam wybraliśmy opcję mocno oszczędnościową. A to oznaczało kwaterowanie w hostelu ze wpólnymi łazienkami na Hammersmith, na szczęście pokój mieliśmy tylko dla siebie i robali w nim nie było (wbrew temu co pisano o tym hostelu w recenzjach w necie). Celem optymalizacji wydatków na bilety MPK pobyt zaplanowaliśmy na okrągły tydzień, z czego większość spędziliśmy w muzeach.

Na Kensington znajdują się muzea historii naturalnej i nauki, które zajęły nam łącznie 3 dni. Ekspozycja jest bardzo interatktywna i podana w sposób, który uniemożliwia znnudzenie się w tych muzeach. Dodatkowym atutem w stosunku do muzeów w Monachium jest fakt, że więcej ekspozycji jest opisanych po angielsku ;) Podobnie w samych superlatywach możemy się wyrażać o London Transport Museum i National Gallery, gdzie zwiedziliśmy galerię portretu. Nie chcę za bardzo rozwodzić się nad londyńskimi muzeami - jednym słowem bardzo polecam, zwłaszcza, że większość jest za free. A można zobaczyć tam na przykład takie portrety:


Jose Luis Corella - Imagine

Jednyną z tego co pamiętam niemuzealną wycieczką były odwiedziny Hampstead Heath, zainspirowane filmem "Scenes of a Sexual Nature".

A tak pomijając atrakcje turystyczne Londyn tym razem zrobił na nas zupełnie inne wrażenie niż pamiętaliśmy. Zapewne jest to związane z postępującą starością. Po pierwsze tym razem dzikie tłumy turystów i tubylców zaczęły nas denerwować oraz zaczęliśmy zauważać wszechobecny brud (tzn. Marta widziała go więcej niż ja). Mnie dodatkowo do szewskiej pasji zaczęła doprowadzać opresyjna natura tego miasta. Na każdym kroku uzbrojona po zęby policja, ostrzeżenia i groźby z głośników na dworcach i w metrze. A najgorszy z tego jest brak śmietników, ponieważ wygląda na to, że statystyczny londyńczyk używa ich do zostawiania bomb a nie wyrzucania śmieci. To zresztą może tłumaczyć ten brud. Sami zresztą zmuszeni okolicznościami wyrzucalismy ogryzki na trawnik, bo cóż innego było począć?

A wracając do ostrzeżeń i gróźb to dotyczą one standardowo "baggage unattended" który zostanie zabrany i zniszczony przez saperów, obrażania pracowników MPK (kanarów chyba) za to grozi też sprawa karna, jazdy na gapę i stania za blisko pociągów. Ostatnio w Londynie nie "uprasza się o..." tylko nakazuje i grozi konsekwencjami. A mnie, miłośnika frazy "fuck you, I won't do what you tell me" z piosenki Rage Against The Machine drażni to przeokrutnie.

No i tak zwiedziwszy sobie co było do zwiedzenia wyruszyliśmy w ciąg dalszy oszczędnej odysei, na francuską prowincję.



*  *  *

Kręgi

Podstawowym elementem szkolenia lotniczego jest tzw. krąg nadlotniskowy. Składa się on ze startu, wznoszenia, zakrętu na wznoszeniu, lotu poziomego, zakrętu w locie poziomym, zniżania, zakrętu w zniżaniu oraz lądowania. Czyli z większości elementów "normalnego" pilotażu. Nauka latania po kręgu wymaga wyrobienia sobie pewnych automatyzmów, które pozwolą podczas lotu na wykonywanie kolejnych czynności bez przesadnego zastanawiania się. Okazuje się bowiem, że każda sekunda może być cenna, szczególnie po czwartym zakręcie, kiedy trzeba zrobić sporo rzeczy i zbyt późne zdjęcie obrotów może spowodować "przelecenie" lotniska.

Z mojego niewielkiego doświadczenia mogę podać mniej doświadczonym adeptom kilka sztuczek, które mogą oszczędzić trochę czasu podczas nauki. Na temat lądowania nie będę się jeszcze wypowiadał, bo nie umiem póki co lądować i muszę niestety wylatać kilka dodatkowych godzin na naukę i doskonalenie lądowań. Jak się już nauczę to opiszę co zrobić, żeby sobie tych dodatkowych godzin oszczędzić.

No więc kilka wskazówek:
- Warto nauczyć się wszystkich czynności na pamięć. Chodzić w kółko i powtarzać sobie na głos po kolei co się dzieje z samolotem, za jakie dźwignie należy pociągać i co zgłaszać przez radio. Wylatanie ~10 kręgów na sucho, chodząc wokół pokoju sprawi, że trudniej będzie się zająknąć przez radio i mnie czasu spędzimy zastanawiając się, czy klapy to już teraz, czy może kiedyś indziej.
- Uwaga dla początkujących pilotów, bez doświadczenia na szybowcach: samolot nie chce spadać i generalnie jak mu się nie przeszkadza sam będzie chciał lecieć. Warto mu zaufać i nie trzeba cały czas nerwowo zaciskać sterów.
- Koniecznie trzeba zwracać uwagę na prędkość i pamiętać, że prędkościomierz ma pewną bezwładność. Prędkością steruje się gazem oraz wznoszeniem/opadaniem. Głupim błędem, który mi się niestety przydarza w locie poziomym jest zadzieranie maski, kiedy samolot zaczyna opadać. Wprawdzie sprowadzi go to na jakiś czas do poziomu, ale prędkość spadnie. I kilkukrotne takie poprawianie poziomego lotu zadzieraniem maski i można się spodziewać spadku prędkości do prędkości przeciągnięcia i potem będzie już niefajnie. Prawidłowym rozwiązaniem jest dodanie gazu, tak, żeby prędkość pozostawałą taka sama. Wariometr również na zero ma się rozumieć.
- Pilnowanie prędkości przy podejściu do lądowania z kolei polega głównie na tym, żeby nie była ona za duża. Dlatego na prostej polecam najpierw zdjęcie obrotów, a potem wypuszczanie klap (trochę to trwa). Wcześniejsze wypuszczanie klap może spowodować, że zabraknie nam czasu na zdjęcie obrotów przed lotniskiem i po prostu je przelecimy (drugi krąg).

Tyle mi na razie przychodzi do głowy. Nie chcę, żeby ktoś tutaj myślał, że mam ambicję uczyć kogokolwiek latania - bynajmniej - mam pełną świadomość swojej małości. Opisałem raczej błędy, które mi się zdarzało kilkukrotnie popełnić i mam nadzieję, że piloci uczniowie skorzystają z tych informacji i tych samych błędów popełniać już nie będą. Kiedy tylko okiełznam lądowanie również napiszę na czym polegały błędy które robię teraz, aby zaoszczędzić czytelnikom czasu na popełnianie błędó osobićie.



*  *  *

Jak latanie uczy pokory

Dalszy rozwój mojego szkolenia sprawia, że cytat z Janerki jakim zacząłem się posługiwać tytułując notki o nauce latania ("oto jak się lata") uważam w tym kontekście za przesadnie zarozumiały i buńczuczny. Sugeruje on bowiem jakobym uważał, że potrafię już latać. Kolejne jednak próby udowadniają, że mimo iż coraz więcej elementów wychodzi coraz lepiej widzę również, że coraz więcej rzeczy przyjdzie mi jeszcze do opanowania w przyszłości. Powietrze to żywioł, który bywa kapryśny i nie znosi cwaniakowania. Im dłużej się z nim obcuje, tym bardziej można się w tym utwierdzić. Tak więc o ile notki o lataniu jak najbardziej będą się nadaj pojawiać, o tyle sposób ich tytułowania będzie zdecydowanie bardziej pokorny.



*  *  *

Oto jak się lata (pierwsze strefy)

Po locie zapoznawczym przyszła kolej na loty do strefy, mające na celu oswojenie się ze sterami. Polega to z grubsza na tym, że pilot intruktor startuje, ląduje i mówi jak mamy proruszać sterami w poszczególnych manewrach. I tak w strefie ćwiczy się zakręty, wznoszenie, zniżanie, lot w poziomie z utrzymaniem kierunku, oraz ogarnia się podstawowe przyrządy (prędkościomierz, wysokościomierz, wariometr, żyrokompas). Z tego co zapamiętałem z teorii dość trudne wydawało się koordynowanie zakrętu, jednak w praktyce okazało się, że nie jest to takie trudne. Najważniejsze (niekoniecznie najtrudniejsze) jest utrzymywanie prędkości w odpowiednich przedziałach, głównie dbając o to, żeby prędkość nie spadła poniżej minimalnej, szczególnie w zakręcie. Przy podejściu do lądowania dodatkowo trzeba dbać o to, żeby za bardzo samolotu nie rozpędzać. Jeśli ma się doświadczenia z szybowców to większość ze wspomnianych ćwiczeń ma się już opanowane.

Pierwsze takie loty mają to do siebie, że mimo iż trwają po 30 minut czas mija naprawdę na tyle szybko, że w ogóle się tego czasu nie czuje. Ani przez sekundę nie można sobie pozwolić na rozglądanie się i podziwianie widoków - za dużo uwagi skupiają na sobie przyrządy i stery. Warto się do tych ćwiczeń porządnie przyłożyć, bo ich celem jest pokazanie wszystkich (no prawie wszystkich) elementów, które składają się na krąg nadlotniskowy. A krąg to absolutna podstawa, bez której dalej ani rusz.

Na tej stronie:
- Hej kolęda
- A tak jeszcze kończąc bawarski wątek...
- Leberkaes mit Spiegelei
- Tam gdzie kończy się chaos...
- Paris, Paris
- Szkolenie lotnicze zawieszone
- London calling again
- Kręgi
- Jak latanie uczy pokory
- Oto jak się lata (pierwsze strefy)

Archiwum:
2007
    Maj
    Czerwiec
    Sierpień
2008
    Styczeń
    Luty
    Marzec
    Maj
    Czerwiec
    Wrzesień
    Październik
    Grudzień
2009
    Luty
    Marzec
    Kwiecień
    Maj
    Czerwiec
    Październik
2010
    Styczeń

Bartek Wilczek © 2007