serwis-spolecznosciowy.pl

Lektura for i komentarzy w polskim Internecie natchnęła mnie dziś do zaproponowania całkiem nowego spojrzenia na filozofię Web 2.0 - dedykowanego dla statystycznego polskiego internauty. Idea z grubsza taka sama jak w przypadku facebooka czy innej naszej-klasy, jednak szczegóły są już szyte na polską miarę.

I tak lista osób, które dodawalibyśmy do listy kontaktów to nie "znajomi" czy "przyjaciele", ale "wrogowie". Każdy z nas pamięta chyba jakieś antypatie z podstawówki, wazeliniarzy ze studiów, czy inne nie-za-fajne osoby poznane później podczas pracy. Prawdopodobnie te osoby odwzajemniają względem nas antypatyczne uczucia. I wtedy możemy wysłać sobie zaproszenia do listy kontaktów: "Nie lubię cię, uważam, że jesteś pedałem i masz dziadka w wermachcie. Dodaj mnie to listy antypatii.". Oprócz listy predefiniowanych inwektyw dołączanych do zaproszenia użytkownik będzie mógł oczywiście umieścić jakieś własne.

Ciekawie będzie też w takim serwisie wyglądać rywalizacja na liczbę dodanych osób. "Nienawidzę z wzajemnością już 232 osoby" - brzmi dumnie, tak męczeńsko... tak Prawdziwie Polsko.

Dobrym pomysłem wydaje się też integracja z innymi serwisami a'la facebook. Z tym, że oczywiście opis przycisku "I like" nie wchodzi w grę. Tutaj raczej dobrze wyglądałby tekst "nienawidzę", albo "wkurwia mnie to".

Wszelkie posty na wallu i wiadomości na temat aktywności użytkowników przesyłane newsletterem też mogłyby się nieźle zaprezentować. "Drogi użytkowniku, już dwa dni nie logowałeś się do serwisu, a wróg nie śpi. Zostałeś nieważony 42 razy [i tutaj lista kto nazwał użytkownika POpierdolonym POkemonem, kto stwierdził, że jego stara klaszcze u Rubika, a kto zaproponował męską miłość z biernej perspektywy]. Teraz Twoja kolej - zaloguj się i dopierdol szmaciarzom!"

Treść przykładowych postów jakie wrogowie zostawiali by sobie na wallach łatwo sobie wyobrazić - odsyłam do komentarzy na onecie, gazecie, czy innym szmatławcu z okolic salonu24.

Gdyby ktoś nie wyczuł intencji szybkie wyjaśnienie: niniejsza notka jest wyrazem mojego rozgoryczenia poziomem dyskusji w polskim Internecie. Użyte przeze mnie wulgarne określenia są elemetem prześmiewczej stylizacji.



*  *  *

Sposób na dobrobyt

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce pewien niezwykle inspirujący filmik z życia polskiego sejmu. Tytuł "Modlitwa o deszcz", link: http://www.youtube.com/watch?v=fCBt21orGnE. Przez dobrą chwilę zrywałem boki ze śmiechu, potem zacząłem odczuwać strach i wstyd, że taki prosty, przesądny lud rządzi naszym krajem. Ostatecznie kiedy pogodziłem się z takimi sposobami radzenia sobie z problemami na rządowym szczeblu pojawiła się refleksja jak wykorzystać z korzyścią dla Ojczyzny jakieś dodatkowe zabobony. Oto co mi przyszło do głowy...

Po pierwsze celem poprawienia ogólnej szczęśliwości w naszym kraju należałoby zorganizować interwencyjny skup czterolistnej koniczyny. Najlepiej od krajów ościennych - wtedy zyskamy dwa razy poprzez dodatkowe obniżenie poziomu szczęśliwości u sąsiadów. "A jeśli ktoś ma inny pomysł na realizację tej intencji to bardzo prosimy".

Celem usprawnienia pracy naszego kontrywiadu proponuję w okolicach ambasad nieprzychylnych nam krajów rozmieścić sporą ilość wysokich drabin. Chodzi o zmuszenie wrogich agentów do częstego przechodzenia pod drabiną, co daje +20% do pecha i przez to obniża skuteczność ich działania. Efekt można spotęgować wypuszczając w tych samych okolicach czarne koty. "A jeśli..."

Jeśli chodzi o uczestnictwo naszej armii w misjach wojskowych na świecie można ułatwić jej działania przez rozrzucanie wokół obozów własnych i sojuszniczych podków, które zapewniają +25% do szczęścia. Efekt można spotęgować wypuszczając czarne koty w okolicach pozycji atakującego nieprzyjaciela. Te sposoby jeszcze przed nami, aktualnie jeśli chodzi o alternatywne metody walki wprowadzono na stan armii kapelanów. "A jeśli..."

Tak poważnie to gdyby ta cała modlitwa o deszcz w parlamencie nie była przerażająca to byłaby naprawdę śmieszna :]



*  *  *

Tu byliśmy: Open'er 2010

Jak dotąd największym dla mnie wydarzeniem tego roku (no może poza samodzielnym lataniem) jest nasz pierwszy w życiu wyjazd na Open'er Festival do Gdyni. Decyzja zapadła spontanicznie, gdy okazało się, że w jedym miejscu można zobaczyć większość z kapel jakich ostatnio słuchaliśmy. Mowa tu głównie o Yeasayerze, Kasabian, Massive Attack, czy Empire of the Sun. Na wyprawę zabraliśmy się z Bobeiro jego chyżym, aczkolwiek oszczędnym oplem. W wielkim skrócie było to dla mnie kilka dni największego beztroskiego chilloutu jaki pamiętam chyba od czasów licealnych. Totalne oderwanie od realiów domowo-biurowych, które już planujemy powtórzyć za rok.

A było tak...

W drogę zebraliśmy się w dniu rozpoczęcia festiwalu (czwartek) rano, szacując czas potrzebny na dojazd na 7 godzin. Pearl Jam miał grać o 22:00, a Yeasayer o 20:00 więc teoretycznie wydawało się, że nie ma możliwości, żeby się spóźnić. Jednak ruch wahadłowy na drodze do Trzebnicy, korki w Bydgoszczy, na obwodnicy Trójmiasta, oraz poruszanie się w Gdyni bez mapy sprawiły, że do naszego pokoju w suterenie dotarliśmy jakoś ok. 18:00. Nadal wyglądało to bezpiecznie, jednak nie doceniliśmy rozmiarów kolejki, w której musieliśmy odstać swoje celem zamiany biletu z empiku na "kultowe" (ma się rozumieć) opaski na nadgarstki. Trwało to jakąś godzinę, potem kolejna godzina na dojazd darmobusem z Gdyni Głównej do miejsca festiwalu oraz spacer do właściwej sceny. Ostatecznie kiedy o 20:30 dotarliśmy na Yeasayera koncert już trwał. I nie dość, że zaczęli punktualnie o 20:00, to skończyli puktualnie o 21:00, dając nam jedynie 30 minut na udział w imprezie. A jak się okazało było czego żałować - chłopaki dali radę, a to bardzo budujące kiedy młody zespół wydaje dobrą płytę i jeszcze potrafi zagrać dobre koncerty :) Po Yeasayerze mieliśmy godzinę oczekiwania na Pearl Jam, którą z tego co pamiętam poświęciłem głównie na marznięcie. Niestety pakująć ubrania nie zarejestrowałem, że noce nad morzem są o wiele zimniejsze niż we Wrocławiu, stąd też nie zapakowałem żadnych długich spodni ani ciepłej bluzy. Koncert Pearl Jam przetrzymałem ostatkiem sił, ale warto było. Naprawdę porządne granie - było widać, że chłopaki mają wieloletnie obycie sceniczne, była charyzma, był "show" i miło było widzieć, że mimo sporego stażu na scenach zespół cały czas bawi się wspólnym graniem. A "Rockin' in the free world" na koniec pozwoliło mi się naprawdę nieźle rozgrzać :) Niestety temperatury wystarczyło mi akurat na powrót do domu, przez co ominęła nas Groove Armada, a podobno też zagrali niezłą sztukę.

Jak się łatwo domyślić kolejny dzień rozpoczęliśmy od zakupów odzieżowych. Spodnie i tak były mi potrzebne, ale wybierając kurtkę kierowałem się wyłącznie względami budżetowymi, więc padło na fioletowo-czarną kratkę, w której wyglądam jak chodzący kryzys wieku średniego, ale nic to - kosztowała niewiele. Zresztą - to nie była pielgrzymka, gdzie obowiązuje jakiś dress code - na festiwalu odzieżowe łączenie wszystkiego z wszystkim było całkiem mile widziane. No ale o tym jeszcze pewnie wspomnę - teraz o więcej koncertach.

Lao Che - wcześniej kojarzyłem ich z tą samą juwenaliową beczką co T'Love, Pidżama Porno, czy Kult, a ponieważ ten etap w słuchaniu muzyki mam już za sobą nieszczególnie byłem zmotywowany do zapoznania się z Lao Che. A tu proszę - błąd. Zagrali bardzo dobry koncert i okazało się, że brzmienie mają o wiele bardziej wyszukane niż wskazywało moje pierwsze skojarzenie. Jak dla mnie jedno z odkryć imprezy.

Mando Diao - tacy tam gitarowi napierdalacze dla licealistów. Dostali ode mnie szansę przez 3 piosenki - nie wykorzystali.

Grace Jones - kawał dobrego koncertu zagrała. Szkoda, że zaczęła grać z 30 minutowym spóźnieniem - dłużej byśmy posłuchali. Niestety musieliśmy po trzeciej piosence pędzić na Massive Attack. W każdym razie pani Grace Jones ma sporą rzeszę oddanych fanów, a pogłoski, że jest ikoną tęczowej sceny zostały potwierdzone.

Massive Attack - dla mnie bomba - najlepsze brzmienie na festiwalu. W ogóle profesjonalizm pełną gębą. Mój ulubiony koncert z imprezy, nie mam się do czego przyczepić.

Empire of the Sun - nie mam pojęcia skąd się wzięła pozytywna recenzja tego koncertu w festiwalowym "cojestgrane". To była tandetna, plastikowa rewia grana z półplaybacku. Patrząć na to czuliśmy głównie zażenowanie i wytrzymaliśmy może 3 piosenki. Dla mnie zawód numer jeden bo płyta była fajna. "Koncert" niestety stylistycznie pasował bardziej na odpust, czy tam inny festyn wyborczy PSL gdzieś pod Białymstokiem.

Skunk Anansie - mało numerów znam niestety, ale brzmiało bardzo dobrze i energia na scenie była naprawdę niezwykła. Skin ma niesamowitą charyzmę, no i potrafi na dodatek śpiewać, co też ma znaczenie. Bardzo pozytywne zaskoczenie.

Kasabian - na nich i Massive Attack się głównie nastawiałem. I nie zawiedli, robią dobry show, mają kontakt z publiką, i przede wszystkim grają przebojowe kompozycje. Naprawdę jest w tym bardzo dużo muzyki. I ma to znaczenie, szczególnie, że nagłośnienie przez pierwsze dwa kawałki było niestety do dupy :/ Generalnie jednak jak dla mnie koncert numer dwa po Massive Attack.

Hot Chip - na płycie w sumie nieco zalatuje stypą, a koncert bardzo ognisty. Również pozytywne zaskoczenie, naprawdę fajny występ.

Regina Spektor - no a tutaj było spójnie: w studiu stypa, na koncercie stypa. Może przesadzam, ale znam "dziewczynki z fortepianem" które sobie lepiej radzą. BTW: Tori Amos dobrze by się sprawdziła na takim festiwalu.

The Hives - patrz Mando Diao. Aczkolwiek obie kapele są dobre do obserwacji zwariowanych nastolatek podczas tańców godowych.

Wild Beasts - nie znałem nawet nazwy przed festiwalem, a tu proszę - okazali się dla mnie największym odkryciem imprezy. Bardzo dobra zwłaszcza druga płyta, a i koncert zagrany tak, że zmusił mnie, żeby po te płyty sięgnąć. Jest muzyka, jest brzmienie, jest świeżość, i to wszystko w "punkowym" instrumentarium: "dwie gitary, bas i gary". Dodam tylko, że muzyka wybitnie niepunkowa, zachęcam do odwiedzenia youtube'a. Świetna sprawa.

Archive - a tutaj staliśmy przy samej scenie, więc można było patrzeć gitarzystom na gryfy. Niby wszystko fajnie, ale jak dla mnie było za dużo dźwięku, a za mało muzyki. Nie potrafię powiedzieć dokładnie czego, ale "czegoś" tam brakowało.

Pink Freud - jedyny jazzowy skład jaki obejrzeliśmy. Niespodzianką dla mnie było, że na trąbce pogrywa tam Barry z Miloopy. Trochę powiało Robotemobibokiem, co akurat dla mnie jest bardzo pozytywne. Szczególniew obliczu faktu rozpadu Robota :] Nawet sporo ludzi przyszło posłuchać i myślę, że się nie zawiedli.

Oprócz muzyki festiwal to przede wszystkim pole niczym nie skrępowanego lansu młodzieżowego. Ciekawie ogląda się to z dystansu 10-15 lat, ale bez jakiejś tęsknoty - nie kusi mnie by powtórzyć za Kazikiem, że "najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży, to że już więcej do niej nie należę". Muszę jednak przyznać, że zwiariowane nastolatki podczas tańców godowych dotarczają niezwykle cieszących oko widoków. W przeciwieństwie niestety do samców, którzy w spodniach z krokiem na kolanach (jeans, 35 stopni Celsjusza) nie wyglądają równie uroczo jak samice, u których powierzchnia garderoby jest odwrotnie proporcjonalna do temperatury. Ogólnie jeśli chcemy być młodzieżowi i zwariowani (jako samce) należy opuścić spodnie na sam skraj dupy, za to pociągając majty jak najbliżej pach. Najlepiej gdy gumkę od gaci zdobią jakieś napisy, i dobrze, żeby były to jakieś znane marki. Modna młoda dama nosi teraz na włosach jakąś gumkę, która tych włosów nie spina, ale po prostu obejmuje całą głowę. Nie wiem jaką pełni funkcję (może trzyma razem połówki czaszki po trepanacji?), a moja żona nawet nie wie jak się coś takiego nazywa. Dobrze wylansowanych przedstawicieli obu płci łączy jednak zamiłowanie do wielkich ciemnych okularów w grubych plastikowych oprawkach, najlepiej w oczojebnych barwach. Oczywiście najbardziej jazzy (w sumie to nie wiem czy to słowo jest jeszcze jazzy) są RayBany, które z marki dla lotników gadżeciarzy stały się przedmiotem pożądania zwykłych, dobrze wyglądających nielotów. Na szczęście bycie niewylansowanym nie wiąże się z żadnym ostracyzmem ze strony współfestiwalowiczom - niby odetchnęliśmy z ulgą, ale i tak skarpety do sandałów (ponoć standardowy atrybut informatyka) mimo przejmującego chłodu założyłem dopiero jak się ściemniło ;) Obserwując lansiarskie trendy przewiduję za rok (góra dwa) wielki powrót wąsów.

Oprócz samego miasteczka festiwalowego pozwiedzaliśmy sobie nieco Trójmiasto, a więc był dzień dla Gdyni, Gdańska i Sopotu, plażowanie, Moloch, Długa, Błyskawica i taki emerycki obiadowo-kawiarniano-owocowo-koktajlowy clubbing. Byłą wyliczanka muzyczna, teraz będzie wyliczanka knajpiana:

W Gdańsku numer jeden to zdecydowanie Cafe Enigma Surrealistyczne miejsce z naprawdę wyjątkową obsługą. Gdy Bobeiro poprosił kelera o rekomendację jakiegoś koktajlu bardzo szybko usłyszał, że naprawdę niezły jest koktajl X. Na pytanie dlaczego właśnie ten odpowiedź brzmiała "no cóż... jest mojego autorstwa" ;) Kiedy kolejny kelner niósł nasze koktajle okazało się, że mój będzie nieco później ze względu na "taki mały problem w kuchni". Kiedy niosąc mój koktajl był trzy kroki od naszego stolika z ozdobnego plasterka ananasa odpadł listek mięty, co bardzo kelnera speszyło, więc wykonał zwrot o 180 stopni stwierdzając coś w guście "ojej, ja tu coś jeszcze muszę poprawić" - nie chciał mi oddać szklanki dopóki listek mięty nie znajdzie się na miejscu :) Siedzieliśmy kilka minut, gdy pojawiła się pani kelnerka z zapytaniem czy może zabrać jakieś szklanki. Marcin chyba poczuł na sobie presję, bo momentalnie zassał swojego drinka, aż do gromkiego siorbnięcia, oznajmiającego, że szklanka jest już gotowa do powrtotu do kuchni. Pani kelerka zadowolona, że nie było pustego przebiegu, a i Marcin zrobił dobry uczynek :) Tych kilka błahych scenek nagromadzonych w bardzo krótkim czasie sprawiło, że siedzieliśmy tam poskładani ze śmiechu. A ostatnio dowcip pan miętowy kelner urządził przy wydawaniu reszty: kiedy wyliczyłem kwotę tak, żeby reszta wyniosła okrągło 10zł wypłacił mi tę kwotę w dwuzłotówkach :) Naprawdę bardzo zabawne miejsce - super koktajle i zabawna obsługa - polecamy :)

W Sopocie natomiast bardzo przypadła nam do gustu Mandarynka gdzie podają niezłe jadło o napitki, a kiedy Bobeiro zażyczył sobie dziecięcego rozmiaru porcję naleśników dostał ją nawet na dziecięcym talerzyku. Żeby w takich okolicznościach zachować resztki swojego demonicznego wizerunku pierwszego cięcia dokonał przywołując gestem obecność Czarnego Pana. Czy ocalił swą mroczność... oceńcie sami.


Krój naleśnik dla Sztana

W Gdyni odwiedziliśmy dwie lanczowe miejscówki: całkiem przyzwoitą standardową kebabownio-pizzownię o nazwie niezbyt wrywającej się w pamięć, oraz porządną hinduską restaurację, której reklamę Marta wypatrzyła w drodze z Orłowa do centrum Gdyni. Lokal nazywa się jakoś hinduskobrzmiąco, ale można go znaleźć przy ulicy, której nazwa z kolei zdecydowanie wrywa się w pamięć, aczkolwiek pod różnymi postaciami. W zależności do tego kto z nas wymawiał nazwę ulica za patrona miała Mściwoja, Mściwora, albo Mścichuja. Jedzenie w każdym razie przednie - ta sama półka co w knajpach monachijskich czy londyńskich.


Mało było frasunku, więc i trunek tylko jeden przez 4 dni

Jeśli chodzi natomiast o knajpy po drodze to były dwie: dobra Leśne Runo i kiepska "Stara Winiarnia* (chyba taka to była nazwa). W pierwszej podali bardzo przyzwoity placek po węgiersku, a w drugiej zjedliśmy najdroższe w życiu tagiatele z olejem oraz szczątkowymi ilościami mięsa.

Jeszcze na koniec kilka słów o magicznej Gdyni Orłowo - okolicy gdzie mieściła się nasza undergroundowa (suterena) kwatera. Stacja SKM, z której wyruszaliśmy na podbój Trójmiasta dała się zapamiętać jako scenografia kilku surrealistycznych scenek, z której najciekawsze to zdecydowanie obcowanie z reinkarnacją wąsatego Louisa Armstronga, byłego harcerza, który aktualną aparycją przypomiał raczej miłośnika niekoniecznie zacnych trunków. Dodajmy, że ze sporym doświadczeniem. Gość zabawiał grupę festiwalowiczów oczekujących na pociąg wykonaniem "What a wonderful world" nawet z grubsza znając angielski tekst, oraz prowadził osobliwą działalność misjonarską propagując harcerskie dodatki do powszechnie znanych dziesięciu przykazań. Pozwólcie więc, że i ja poniosę w świat owe postulaty: "harcerz pije i pali tak, żeby go nie złapali", oraz "nie będzie w niebie kto harcerki nie przejebie". Amen.

Osobliwy artystyczny mikroklimat peronu SKM skłonił Marcina na wymyślenia rebusu, który macie okazję teraz rozwiązać (obrazek poniżej). Tytułem podpowiedzi: pierwsze: wymioty, drugie: ojciec, razem: amerykański raper.


Paw Dedi

Po drodze na stację rzucił mi się w oczy następujący znaczek wbity w trawnik, tam gdzie na ogół wbija się hasło "szanuj zieleń", "nie deptać trawników", "zakaz wyprowadzania psów", albo "posprzątaj po swoim psie".


Sam pies też może wejść

Czyli, że samemu można wchodzić, albo wpuścić samego psa?

No i cóż, to by było na tyle. W sierpniu jedziemy jeszcze posłuchać w Krakowie Muse, więc pewnie też będzie fajnie. No i po takim udabym festiwalowym debiucie już myślimy nad europejskim rozkładem jazdy w sezonie 2011.



*  *  *

Święty węzeł 2.0

Są śluby kościelne, są cywilne. W teorii mają za zadanie złączenie dwojga ludzi raz na zawsze świętym (bądź nie tak znowu świętym) węzłem małżeńskim. Oba mają jednak to do siebie, że z większym lub mniejszym trudem można się z takich ślubów wyplątać odpowiednio poprowadzonym rozwodem. Jak więc można uczynić rozstanie trudniejszym? Otóż sprawa nie jest beznadziejna - wystarczy wziąć wspólnie jak najdłuższy kredyt hipoteczny, nawet na 40 lat. Formalności i wzajemne zobowiązania finansowe związane z rozdzieleniem później kredytu są na ogół przeszkodą wystarczającą by odstąpić od takiego zamiaru.

Samo wspólnie podpisanie umowy kredytowej niestety, mimo iż ma wyjątkową moc w trzymaniu ludzi razem, nie jest aktem równie spektakularnym co ślub. I tutaj widzę pewien pomysł na extra usługę okołokredytową dla banków. Mianowicie Ślub Kredytowy. Z grubsza chodziłoby o to, żeby chwili podpisania umowy dodać jakąś wyjątkową oprawę. Można by na przykład opracować w formie załącznika do umowy przysięgę o miłości, wierności i wspólnej spłacie kredytu, którą kredytobiorcy mogliby wyrecytować w ślad za pracownikiem banku w jakieś stosownie wybranej sali. Myślę, że za odpowiednio dobranym "bóg zapłać" dałoby się nawet wynająć katedrę lub co najmniej kościół garnizonowy gdyby taka była wola Młodych. Dopuszczenie do samej ceremonii sporych ilości gości jest leży jak najbardziej w interesie banku, stąd też właśnie obiekty o dużej kubaturze i liczbie miejsc siedzących nadawają się do tego najlepiej. Im więcj ludzi usłyszy nazwę banku, który to łączy szczęśliwym węzłem dwoje ludzi tym lepiej jeśli chodzi o budowanie pozytywnych skojarzeń. Hmm... w tym aspekcie jednak wnętrza kościelne nienajlepiej się sprawdzają z racji wszechobecnego przygnębiającego logotypu z ludzikiem przybitym do deski. Są jednak do wynajęcia inne sale pozbawione tego feleru. Zresztą - jeśli pomysł chwyci każdy bank powinien mieć swoją salę dedykowaną do ślubów kredytowych. Najlepiej z zawodowymi muzykami dbającymi o oprawę dźwiękową na etacie.

Jeśli natomiast chodzi o skutek prawny takiego ślubu myślę, że można by rozwiązać sprawę podobnie jak w przypadku konkordatowych ślubów kościelnych, czyli papiery do USC dostarcza bank a sprawa jest dla młodych przeźroczysta. Z racji niebagatelnej mocy w utrzymywaniu trwałości związku rząd powinien szybko zainteresować się promocją ślubów kredytowych, co powinno ułatwić formalności w obiegu dokumentów z USC. Z tego co kojarzę mojego bloga czytają prezesi większości banków, oraz członkowie rządu, liczę więc na szybką reakcję z ich strony :)



*  *  *

Gdyby banki były jak poczta

Mieliśmy ostatni w biurze dość ciekawą scenkę z życia listonosza Poczty Polskiej. Otóż jeden z kolegów po zakupach w internecie wybrał pocztę jako dostawcę. Aby uniknąć czekania z awizo w obowiązkowej kolejce do okienka jako adres dostawy podał miejsce pracy - myślał, że w ten sposób przechytrzy pocztę. Poczta jednak jest zbyt sprytna na takie proste sztuczki. Kiedy listonosz zadzwonił do drzwi biura adresata akurat przez chwilę nie było - wtedy okazało się, że żadna z obecnych osób nie może pokwitować odbioru. Czyli jak łatwo się domyślić zostawił awizo, do zrealizowania na poczcie właściwej dla adresu biura, czyli niekoniecznie najbliższej miejscu zamieszkania kolegi :]

Ta scenka skłoniła nas przy okazji dyskusji kuchennych okołoherbacianych do rozważenia pewnej ciekawej wizji... Wyobraźmy sobie, że obok Poczty, PKP, służby zdrowia itp. w imieniu obrony naszej narodowej suwerenności, polskiej racji stanu, miejsc pracy itd. udało się Prawdziwym Polakom od złodziejskiej inicjatywy prywatnej ocalić również sektor bankowy i telekomunikacyjny. Czyli w skrócie: jest jeden bank PKO, oraz jeden operator telefoniczny: TPSA.

No więc jak by to mogło wyglądać... Nie ma bankomatów ani kart płatniczych, ani dostępu przez Internet. Wypłatę dostajemy w okienku, całość w gotówce, do ręki. Płacąc co miesiąc rachunki bierzemy ze sobą plik druczków (książeczki czynszowe/abonamentowe), plik banknotów i stajemy się w kolejce do okienka w banku, albo na poczcie. Żeby gotówkę (np. pochodzącą z wypłaty) wpłacić na konto również trzeba swoje odstać w kolejce. Podobnie jeśli chodzi o wypłaty. No i oczywiście obowiązkowo wszędzie masa papieru i pisania. Wyobraźmy sobie teraz przebieg transakcji na allegro: wygrywasz aukcję, po czym pędzisz do okienka dokonać przelewu za zakupiony przedmiot. Po trzech dniach sprzedawca idzie do swojego banku sprawdzić czy aby pieniądze już wpłynęły na jego konto. Jeśli nie ma czasu by sprawdzić osobiście może poczekać na miesięczny wyciąg z konta, który dostanie pocztą najdalej w ciągu 8 tygodni. Jeśli stwierdza, że kasa wpłynęła może wybrać się na pocztę celem wysłania przedmiotu. Można jeszcze kreślić wizje jak wyglądałaby obsługa kredytów, lokat, inwestycji itp. jednak myślę, że wspomniane przykłady wystarczą, żeby pokazać o co mi chodzi.

Analogiczne wizje możnaby wysnuć dla branży telekomunikacyjnej. Telefonia komórkowa nie musiałaby powstać, a na linię stacjonarną trzeba czekać latami (moi rodzice czekali jakieś 15 lat). Telekom monopolista zarabia przecież na dotacjach z budżetu, zupełnie jak PKP, więc po co trudzić się mnożąc liczbę abonentów - im ich więcej tym mniej świętego spokoju, a kasa z budżetu taka sama. Tak więc mamy reaktywację budek telefonicznych oraz zwiększenie liczby listów przesyłanych pocztą. Na spotkanie umawiamy się z odpowiednim wyprzedzeniem mając na uwadze, że z chwilą opuszczenia domu jesteśmy już nieosiągalni. Kiedy kolega się spóźnia czekamy ok. 2 godzin, na wypadek gdyby MPK nawaliło, lub innych nieprzewidzianych trudności.

A dlaczego zakładam, że tak by to wyglądało? Dlatego, że jedyny bank/telekom nie miałby żadnej motywacji, żeby wyglądało to inaczej. Konkurencja nie istnieje, tysiące ludzi staną w dowolnej chwili w obronie status quo - zupełnie tak ja teraz ma to miejsce w przypadku wspomnianej poczty, PKP czy służby zdrowia. Po co więc mieliby cokolwiek zmieniać?

Z naszej perspektywy przedstawiony przeze mnie poziom usług brzmi to niedorzecznie i absurdalnie - wiemy przecież, że banki czy telekomy mogą działać w sposób o wiele bardziej przyjazny użytkownikowi. Mając pozytywne doświadczenia z najnowszymi zdobyczami cywilizacji nie zgodzilibyśmy się nigdy na takie scenariusze. W przypadku poczty zgadzamy się na absurdy dokładnie tego samego kalibru, tylko dlatego, że nie dostaliśmy jeszcze szansy, żeby przekonać się, że może być inaczej. Akurat w przypadku ochrony konkurencyjności rynków graniczące z paranoją regulacje prawne UE mogą nam wyjść tylko na zdrowie.



*  *  *

Hej kolęda

Zauważyłem ostatnio, że sąsiedzi mają wymalowane na drzwiach jakieś tajemnicze inicjały. Pomyślałem, że gorszy nie będę, więc i nasze drzwi stosownie przyozdobiłem:


Kolęda 2010



*  *  *

A tak jeszcze kończąc bawarski wątek...

to dodam, że muzeum lotnictwa w Schleissheim jest całkiem ciekawym miejscem do zwiedzenia. Gdybym był złośliwy mógłbym zauważyć, że tamtejsze eksponaty (An-2, SZD-9 Bocian) pracują jeszcze pełną parą w Aeroklubie Wrocławskim ;) No ale to taki dowcip tylko - to porządny sprzęt a wiek nie ma znaczenia póki działa (no i tak jest bardziej freegańsko).

Parki bardzo przyjemne i duże - Englischer Garten jest większy od Hyde Parku nawet, nie wspominając o Parku Południowym. Okolice pałacu Nymphenburgowego również bardzo przyjemne do zwiedzania. W zasadzie jedyne zatłoczone, przez co mniej przyjazne, miejsce to Marienplatz. To taki tamtejszy odpowiednik wrocławskiego Rynku, jednak trzeba przyznać z pewnym nawet zaskoczeniem, mniej spektakularny.

Ale ale, pisząc te słowa przypomniałem sobie, że jest jedno bardziej zatłoczone miejsce. I jest to U-Bahn wiozący kibiców na mecz ligi mistrzów. Co miałem szczęście zbadać osobiście. Refleksje związane z oglądaniem na żywo mam mieszane. Z pozytywów zdecydowanie stadion i infrastruktura wokół niego. Przewiezienie w obie strony 55 tysięcy ludzi w czasie ok. 30 minut jest dla mnie całkiem niezłym wynikiem. Na stadionie nie ma chyba miejsca z którego byłoby źle widać murawę. Jest funkcjonalny i ładny - mam nadzieje, że Estadio de Maślice powstanie na czas i będzie wykonany na podobnym poziomie.

Tyle jeśli chodzi o opakowanie, sama natomiast "zawartość" już trochę mnie zawiodła. Na stadionie w zasadzie nie było dopingu. Było ciszej niż na Oporowskiej na meczu np. z Polonią Bytom. Młyn za bramką coś tam starał się śpiewać, a mimo to bardzo często było słychać kibiców przyjezdnych, siedzących na trybunie naprzeciw mnie (siedziałem nad młynem). Miażdżąca większość kibiców to tak zwane pikniki - przyszli sobie zjeść kiełbaskę i popatrzeć na mecz. Moim zdaniem mecz lepiej widać w telewizji, a na stadionie jednak wypada kibicować, no ale cóż - co kraj to obyczaj. Plus takiej piknikowej atmosfery jest taki, że służb porządkowych jest bardzo niewiele jak na taki tłum, chociaż oczywiście macanki na wejściu obowiązkowe.

No i cóż... to chyba tyle wspominków z dłuższej niż zwykle delegacji. Od nowego roku stara "ciaowa" ekipa zebrała się w dobrych humorach w nowym biurze, co owocuje od czasu do czasu całkiem interesującymi pomysłami rodzącymi się podczas kuchennych dyskusji (Karol nazywa takie spotkania "kitching" - ładne słowo). Niektóre z dyskutowanych idei postaram się w skrócie opisać na tych stronach o ile motywacja pozwoli.



*  *  *

Leberkaes mit Spiegelei

Czyli bawarska specjalność nie będąca golonką ani wurstsalatem, co sprawa, że nawet ją polubiłem. Lub też innymi słowy garść przemyśleń z dłuższej niż zwykle wyprawy do Monachium. Jak już wspomniałem po zmianie pracy zacząłem w Monachium na stanowisku takim samym jak miałem w Ciao, poszerzonym jednak o obowiązki rekrutera do tworzącego się polskiego oddziału. No i w tych dodatkowych obowiązkach poszło mi na tyle dobrze, że od grudnia zacznie w mieście stu mostów 8 osób, a kolejne 2 są już dogadane do startu w następnych miesiącach. Taka to wydajność rekrutacji przez GG, w oparciu o istniejące powiązana społeczne, nazywane przez złośliwych kumoterstwem i nepotyzmem. A wspominam o tym dlatego, że ten fakt oznacza skrócenie mojego pobytu w Monachium do zaledwie dwóch miesięcy, co jest znaczną zmianą w stosunku do roku, o którym była mowa na początku mojej pracy tutaj.

No ale do rzeczy. Sprowadziłem się do Bawarii pod koniec września nie mając w zasadzie przygotowanego gruntu pod zamieszkanie tutaj. Na szczęście nowy pracodawca zgłosił mój przypadek do firmy zajmującej się formalną stroną związaną z rejestracją w Monachium. A to oznacza pozwolenie na pobyt, na pracę, ubezpieczenie zdrowotne, pewnie jakieś dokumenty o których nawet nie mam pojęcia oraz pomoc w znalezieniu mieszkania. Zanim udało się znaleźć mieszkanie miałem szczęście mieszkać u kolegi z poprzedniej pracy, w takiej trochę hipisowskiej komunie. Dom w okolicach Laim/Passing zamieszkiwało w zależności od pory roku, tygodnia i odbywających się imprez od 4 do 15 osób. Co ciekawe mój prawowicie mieszkający tam gospodarz nie miał nawet kluczy do domu, bo przecież i tak jest ciągle otwarty. Zajmowałem tam materac zioma, który jeszcze nie wrócił z wakacji. Z przerwą na jedną noc, kiedy to zostałem przerzucony na podłogę na innym piętrze kiedy do materac przyjechała okupować jego siostra z okazji Oktoberfest. Na szczęście w dniu kiedy właściciel materaca wrócił dostałem klucze do mojego mieszkania.

Warunki może nie były zbyt komfortowe, brakowało czasami ciepłej wody, obecności ogrzewania nie stwierdziłem no i ogólnie widywałem czystsze pomieszczenia, jednak 9 noclegów kosztowało mnie zaledwie jedno piwo i dwie flaszki więc nie mam powodów do narzekania. Zwłaszcza, że nie miałem dotychczas przyjemności mieszkać w akademiku czy mieszkaniu studenckim, więc to mogła być ostatnia szansa na taką przygodę.

W każdym razie tuż przed pierwszym października przeprowadziłem się do mieszkanka na Augustenstrasse, czyli w bardzo fajnej lokalizacji. Zwyczaje rządzące w Monachium wynajmem mieszkań są o wiele bardziej sformalizowane niż we Wrocławiu. Korzyści są takie, że odbierane mieszkanie jest czyste i pozbawione usterek, minusy takie, że agencje pośrednictwa, które o to dbają cenią sobie swoje usługi.

Po wprowadzeniu się do mieszkania pozostawało mi tylko nabycie nieco dóbr pierwszej potrzeby tj. patelni, garnka i czajnika, oraz zorganizowanie dostępu do netu. O ile zakupy poszły w miarę gładko (ciekawostka - tu jest bardzo mało hipermarketów, dużo za to małych sklepów "lokalnych") o tyle dostęp do netu wymaga nieco biurokracji. W Polsce trwało by to jeden dzień, w Monachium 2 tygodnie i podobno to bardzo dobry wynik. Minus był taki, że usługa nie działała jak trzeba i byłem zmuszony moją koślawą niemczyzną wyjaśniać problem przez jakąś infolinię. Fakt, że mi się udało uznaję za swoje największe dotychczas osiągnięcie lingwistyczne. Większe nawet niż kupno kanapki z szynką, serem i warzywami w Paryżu.

Kiedy już jako tako się zadomowiłem i miałem trochę czas na zwrócenie uwagi na samo miasto doszedłem do wniosku, że w przeciwieństwie do Londynu jest bardzo czyste i przyjazne. Komunikacja miejska oparta głównie o kolej i rowery również bez zarzutu. A rowerów jest tutaj mnóstwo. Jeśli Wrocław przoduje w Polsce pod względem liczby rowerów (podobno tak jest) to i tak od Monachium dzieli nas przepaść. Ścieżki rowerowe i parkingi przy każdej stacji U-Bahn sprawiają, że naprawdę bardzo dużo ludzi tu z nich korzysta. Myślę, że to u nas kwestia kolejnego pokolenia, może dwóch. Z miesięcznej perspektywy mogę powiedzieć, że mieszka się tu naprawdę przyjemnie.

No ale żeby nie było zbyt różowo to wysoki poziom usług publicznych ma swoją cenę. Obliczyłem sobie, że przelicznik wysokości pensji tutaj wynosi netto = brutto * 0.56. Znacznie mniej niż w Polsce.

No i tak sobie na razie mieszkam, zwiedzam to i owo i niestety nie wszędzie można się podeprzeć angielszczyzną, co było nieco uciążliwe w Deutsches Museum, gdzie ekspozycja jest bardzo ciekawa dla inżyniera, jednak bariera językowa nie pozwala się do końca nią nacieszyć. Jak coś ciekawego się jeszcze wydarzy to pewnie wspomnę, ale wszedłem już w pewną rutynę, więc coraz mniejsza na to szansa.



*  *  *

Tam gdzie kończy się chaos...

...zaczyna się korporacja. No więc chcąc nie chcąc po tym jak Microsoft kupił Ciao zostałem pracownikiem Microsoftu. Zapowiadało się obiecująco, skończyło się porażką i doprowadzeniem mnie do odejścia i postanowienia, że nie dam tej firmie zarobić już ani złotówki. Ale po kolei. W nowej pracy tzw. wkurw nieco odpuścił i postaram się teraz na spokojnie zniechęcić potencjalnych chętnych do pracy dla M$.

To co uderza rozsądnego człowieka (a za takiego się uważam) w M$ to brak jakiekolwiek logiki w działaniu i zrzucanie każdego niemalże aspektu funkcjonowania organizacji na sformalizowane procedury, oraz w przypadku oczywistego nonsensu jednych procedur obchodzenie ich przy użyciu innych. Przykład z mojego zespołu: szukaliśmy ludzi do pracy bo roboty dużo, a zespół dopiero powstał i jeszcze się nie uformował. Tymczasem M$ w związku z kryzysem światowym zamroził liczbę etatów i przyjmować nie można. Według M$ etaty to wyłącznie koszt, tymczasem wydawać by się mogło, że ludzie tworząc produkt zarabiają dla firmy pieniądze. Moje proste rozumowanie: kompletny team QA => lepsze testy => mniej bugów => mniej bugfixów => więcej czasu na nowe ficzery => więcej zysku, nie jest takie łatwe do zrozumienia w M$. Ostatecznie jednak chyba jakiś cudem skumali, że trzeba kogoś przyjąć jeśli firma ma więcej zarabiać, ale jak to zrobić skoro rozkaz z centrali nie pozwala na etaty? Ano prosto - rozkaz z centrali nic nie mówi o wydatkach na usługi, tak więc bez zatrudniania zleca się usługę ludziom z zewntąrz, tzw. konsultantom. Są wprawdzie drożsi i mają jeszcze kilka wad, ale przynajmniej zgodni z linią polityki. Pierwszy nonsens, nie ostatni. Problem polega na tym, że nie każdy może świadczyć usługi na rzecz M$, tylko zatwierdzeni dostawcy. No i przesłuchiwaliśmy przez tydzień ludków z trzech firm (bo na to nam pozwolono) a potem kiedy wybraliśmy 5 osób zmieniono zdanie pozwalając nam zatrudniać z jednej, zatwierdzonej firmy. Lepsi kandydaci akurat pochodzili z innych firm, no ale trudno - who cares?

Jeśli chodzi o paranoję wokół zatwierdzonych dostawców to jeszcze jedna zabawna historyjka się przydarzyła - na szczęście ja już nie pracowałem. Otóż wrocławski oddział żeby wszystko było zgodnie z linią korporacyjną od 1. lipca (pełne przejęcie i zniknięcie Ciao) zaczął podlegać pod polską centralę w Warszawie. Ta z kolei miała zaledwie 10 miesięcy na zorganizowanie pracy dla wrocławskiego oddziału, co przy tempie podejmowania decyzji (co w M$ znaczy odbijanie piłeczki i uchylanie się od brania odpowiedzialności) okazało się być czasem zbyt krótkim. I tak wrocławski oddział znalazł się bez certyfikowanych dostawców kawy, herbaty, mleka cukru i innych dóbr biurowych. I przez ok. 2 miesiące ludzie w aktach heroizmu fundowali sobie nawzajem herbatę czekając na wskazanie przez centralę firmy godnej dostarczania do M$. I tu ciekawa historyjka... pierwszy zatwierdzony został dostawca wody (te duże baniaki z dystrybutorem) więc żeby pozostać w zgodzie z procedurami dostawca wody został poproszony by w drodze wyjątku sprzedać też trochę kawy, herbaty itp. Dla normalnych ludzi paranoja, dla korporacji normalka.

Maksymalnie jednak zniechęcił mnie do pracy w M$ proces mapowania stanowisk jakie mieliśmy w Ciao na stanowiska w ścieżkach kariery M$, oraz okazana nam przy tym pogarda. Teoretycznie podstawą do mapowania była ocena zakresu odpowiedzialności i kompetencji na stanowiskach, praktyka pokazała jednak, że jedynym kryterium były aktualne zarobki. Już wyjaśniam o co chodzi. M$ generalnie płaci zapewne lepiej niż płaciło Ciao. A ponieważ kryzys, headcount freeze itp. więc zapewne postanowiono, że wydatki na wynagrodzenia mają pozostać na niezmienionym poziomie. A że w M$ wynagrodzenia są ściśle związane ze stanowiskiem w hierarchii, a kwoty miały pozostać niezmienione więc jedynym czynnikiem do manipulacji aby pozostać w zgodzie z widełkami były stanowiska. I tak kolega który był głównym webdesignerem z 7 latami stażu w Ciao został zdegradowany do stanowiska szeregowego software developera, co jest (według opisu w ścieżce kariery) stanowiskiem na które trafia się prosto po studiach. Ja zaliczyłem podobnie jaskrawy przypadek i z kierownika jakości zostałem szeregowym testerem.

Co jeszcze ciekawe - nikt w M$ nie chciał nam udostępnić opisu stanowisk i ścieżek kariery dopóki nie podpiszemy umów. Nie chcieli, żebyśmy wiedzieli jak nisko zostajemy zdegradowani. Większość programistów dostała w M$ stanowisko niższe niż najniższe w ścieżce - zostali developer associate - to coś co się daje praktykantom podczas studiów. Jedna osoba, nasz główny architekt, dostała stanowisko senior developera, co zgodnie z opisami stanowisk oznacza, że może przeprowadzać code review. Jedna na ~40 programistów. Z jednej strony oczywisty nonsens i niedopasowanie skostniałych M$owych ścieżek kariery do realiów aplikacji internetowych, z drugiej konsekwencja mapowania przeprowadzanego przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o tworzeniu oprogramowania.

I tu dochodzimy do tezy postawionej przez jednego z kolegów, że M$ jest firmą rządzoną przez HR. I po zastanowieniu muszę przyznać mu sporo racji. Niestety poziom szeroko pojętej "kumatości" tego HR jest niestety nie za wysoki. Przykład ze szkolenia dla nowo przyjętych pracowników: ja: "Czy M$ ma w Polsce jeszcze jakiś oddział programistyczny?" pani z HR: "tak, 10 osób w Budapeszcie". Amerykanka, co zrobić. Inny niezły tekst rzucono na szkoleniu dla managerów, kiedy to usiłowałem zasygnalizować prowadzącemu, że takie niesprawiedliwe mapowanie i brak jasnych reguł zabije motywację i może spowodować odejścia. Gość rzekł: "you're lucky to still have your jobs".

Takie właśnie patrzenie z góry na ludzi spoza M$ jest kolejnym zjawiskiem, które doprowadzało mnie tam do furii. Przodował w tym big boss, który odwiedzał nas od czasu do czasu celem prania mózgów. Na przykład coś w ten deseń: "codziennie setki ludzi na całym świecie studiuje informatykę marząc, by pewnego dnia móc dostać szansę pracy w najlepszej firmie softowej na świecie (czyli M$ ma się rozumieć), wy natomiast dostaliście tę szansę". Chyba spodziewał się, że będziemy go całować po stopach (albo nawet wyżej). Zamiast tego patrzyliśmy po sobie z wyrazem twarzy "wtf?". Miałem z nim wątpliwą przyjemność rozmawiać sam na sam celem wyjaśnienia dlaczego tak zostały ustalone stanowiska w moim teamie. Tak więc stwierdził, że cenimy w M$ "IQ people" i zapytał o moje wykształcenie (sic!). Ponieważ prezentuje się ono całkiem nieźle i nie miał się do czego przypierdolić stwierdził, że zostałem szeregowym testerem bo mamy bugi na produkcji. Oczywista bzdura, bo ludzie którzy przydzielali te stanowiska nie widzieli pewnie w życiu naszego sajtu, no ale widząc, że taka jest z nim gadka nie prostowałem nawet, że w tajemniczych okolicznościach moje stanowisko zostało dzień wcześniej awansowane o 4 poziomy, bo jeszcze by się głupio poczuł broniąc decyzji o moim pierwotnym zaszeregowaniu. Zresztą ten sam gość na wątpliwości koleżanki na temat ról pełnionych przez ludzi w M$ i u nas stwierdził, że nie mamy prawa porównywać się z ludźmi pracującymi w M$. Wtedy podjąłem nieodwołalną decyzję o odejściu.

Trochę wcześniej natomiast, kiedy jeszcze mówiono nam, że możemy zadawać pytania i wszystko zostanie wyjaśnione pozwoliłem sobie na wysłanie ok. 5 maili z prośbami o wyjaśnienia dla różnych podejrzanych decyzji. Ponieważ swoje wątpliwości podpierałem dokumetami wewnętrzymi M$ (tymi do których nie chcieli nam dać dostępu) nie mogli mnie spławić jakimiś standardowymi tekstami. I w ten sposób nie odpowiedzieli na żaden z tych maili, ale żeby mnie uspokoić podnieśli moje stanowisko znacznie. Aczkolwiek nie o to chodziło. Chciałem po prostu zrozumieć logikę jaka stała tymi decyzjami. Ale im dłużej tam pracowałem tym bardziej widziałem, że tam nie ma logiki. Są procedury, a te które służyły do wygenerowania dla nas umów najwyraźniej są tajne.

Same umowy które do nas przyszły z centrali w Warszawie to też materiał na skecz. Copy+Paste z umów dla sprzedawców. Łącznie z premią od wyników sprzedaży i refundacją rachunków za komórkę do jakieś tam wysokiej kwoty miesięcznie (następny atrybut sprzedawcy). Regulamin pracy również nie uwzględniał realiów wytwarzania oprogramowania. No ale jak wspomniałem mieli tylko 10 miesięcy na przygotowanie się.

Warszawska centrala też zabłysnęła kilka razy przy organizowaniu dla nas delegacji. Zmuszanie nas do wyrabiania sobie prywatnych kart kredytowych amex (co obniża zdolność kredytową) oraz płacenie za ich wyrobienie z własnej kieszeniu (potem były zwroty) to praktyki nie dość, że pozbawione sensu, to jeszcze niemożliwe wydłużające tak prosty proces jak zorganizowanie delegacji. Lokowanie ludzi w hotelach na lotnisku, rzekomo w centrum, oraz późniejsze rozliczenia ciągnące się tygodniami to znak firmowy korporacyjnej kultury w M$.

I tak dalej i tak dalej... Nucąc sobie pod nosem "fuck you I won't do what you tell me" złożyłem wypowiedzenie ostatniego dnia sierpnia, korzystając z tygodniowego okresu wypowiedzenia dla nowo przejętych firm (polski kodeks pracy to jednak fajny papier). No i nie musiałem na robotę czekać długo, bo okazało się, że paru innych sfrustrowanych kolegów z monachijskiego Ciao również odeszło, przechodząc do innej firmy. I szczęśliwym zbiegiem okoliczności potrzebowali w tej firmie kogoś takiego jak ja na stanowisko QA managera. I szczęśliwym zbiegiem okoliczności firma chce otworzyć oddział we Wrocławiu, a ja szczęśliwym zbiegiem okoliczności znam parę osób, które chętnie dołączą do tego oddziału. Tak więc teraz do końca listopada pracuję sobie w Monachium, a od grudnia rusza ok. 10cio osobowy (docelowo 25cio) oddział we Wrocławiu, gdzie też będę pracował.

No i tyle w temacie krótkiej i burzliwej przygody z M$. Pewnie mógłbym jeszcze opowiedzieć nie jedną paranoidalną anegdotę, ale chyba nie ma potrzeby. Mam nadzieję, że osoby czytające te słowa będą miały na uwadze, że M$ nie jest przesadnie przyjaznym miejscem do pracy i pomyślą dwa razy zanim tam aplikują. BTW: szukam kozaka do zespołu QA we Wrocławiu, szczegóły na priv ;)



*  *  *

Paris, Paris

Właśnie skojarzyłem, że chyba nie wspomniałem jeszcze na temat zeszłorocznej wyprawy do Paryża, zorganizowanej w ramach tzw. podróży poślubnej. Ponieważ z racji ponad roku, który upłynął od tej wycieczki nie pamiętam szczegółów podzieję się tym co pamiętam.

Paryż jest bardzo elegancko rozplanowany urbanistycznie - najlepiej z miast jakie było mi dane poznać do tej pory. Harmonia i porządek w rozkładzie ulic, placów, parków, spektakularna architektura - miód. Dodaję, że dotyczy to obszaru wewnątrz Bulwaru Peripherique (czy jak mu tam). Poza tym obszarem byliśmy tylko przez kilka godzin i wygląda bardziej "bronksowato" blokowiska, imigranci, biedota itp. Wtedy zrozumiałem mniej-więcej podłoże zamieszek na tych przedmieściach kilka lat wcześniej. No ale o achitekturze i urbanistyce Paryża lepsi ode mnie specjaliści napisali już wystarczająco dużo, więc nie będę wnikał.

Z miejsc, które odwiedziliśmy chyba najbardziej podobało mi się muzeum lotnictwa w Le Bourget. Na szczęście podobało się tam też Marcie - odkryła w sobie chyba żyłkę kosmonauty. Na szczęście (wbrew stereotypom na temat Francuzów) wszystkie ekspozycje były opisane również po angielsku.

Ciekawym miejscem są też katakumby - ogromne poziemne składowisko ludzkich kości, ofiar przeróżnych epidemii. Ilość zgromadzonych w jednym miejscu szkieletów robi piorunująco-przygnębiające wrażenie. Co ciekawe przy wyjściu ochrona sprawdza, czy aby nikt ze zwiedzających nie zabrał sobie jakiejś czaszki na pamiątkę. Pewnie mają doświadczenie z jakimiś studentami medycyny.

Byliśmy jeszcze w la Defense, takiej nowoczesnej dzielnicy biznesowej. Całkiem spoko, ale zdecydowanie wolę Paryż bardziej "tradycyjny".

No i chyba tyle zapamiętałem jeśli chodzi o zwiedzane przez nas atrakcje tustystyczne. Jeśli chodzi o życie w mieście to jest raczej przyjaźnie, aczkolwiek zgodnie ze stereotypem znajomość angielskiego nie jest gwarancją dogadania się np. w sklepie. Na szczęście frezeologia związana z zakupem kanapek (drogie, ale bardzo dobre) albo kolacji w tureckich knajpach (tanie i bardzo dobre) nie nastręcza przesadnych trudności. Komunikacja miejska jak w większości cywilizowanych miast oparta na metrze bardzo przyjazna i "wydajna". Chciałbym doczekać we Wrocławiu przyjaznej i wydajnej komunikacji, może przy okazji Euro2012.

A właśnie sobie przypomniałem, że jeszcze zwiedzaliśmy sobie Saint Germain by night i naprawdę jest tam klimatycznie. No i jeszcze by night koniecznie Marta każdego wieczoru chciała oglądać rozświetlającą się wieżę Eiffla - fajny widok, nie zaprzeczę :)

No i w zasadzie tyle, na koniec podzielę się jeszcze obserwacją Marty na temat narodu francuskiego. Mianowicie "lubią sobie coś postawić na środku i jeździć wokół tego samochodami". Obserwacja oparta na podstawie obecności dużej ilości rond, gdzie na środku stoi jakiś pomnik/kolumna/cokolwiek. Najlepszym przykładem będzie chyba rondo przy Łuku Triumfalnym.

No i to chyba tyle na temat francuskiej stolicy. Następna notka już będzie o francuskiej prowincji.

Na tej stronie:
- serwis-spolecznosciowy.pl
- Sposób na dobrobyt
- Tu byliśmy: Open'er 2010
- Święty węzeł 2.0
- Gdyby banki były jak poczta
- Hej kolęda
- A tak jeszcze kończąc bawarski wątek...
- Leberkaes mit Spiegelei
- Tam gdzie kończy się chaos...
- Paris, Paris

Archiwum:
2007
    Maj
    Czerwiec
    Sierpień
2008
    Styczeń
    Luty
    Marzec
    Maj
    Czerwiec
    Wrzesień
    Październik
    Grudzień
2009
    Luty
    Marzec
    Kwiecień
    Maj
    Czerwiec
    Październik
2010
    Styczeń
    Lipiec
    Sierpień

Bartek Wilczek © 2007