Na dobry początek

Witam Państwa!

Z przyjemnością zawiadamiam, iż niniejsza stronka osiągnęła już zdolność operacyjną pozwalającą na opublikowanie w sieci. Plan zakłada, że od czasu do czasu napiszę tu coś co uznam za interesujące. Z góry zapraszam do lektury. Teraz czas zainstalować stronkę na serwerze hostingowym, wish me luck.



*  *  *

Coffee Break @ Alibi | Podróż sentymentalna

Wczoraj (tj. w piątek 11.05) w Alibi odbył się koncert formacji Coffee Break. Ponieważ gra tam na basie mój znajomy i nauczyciel (2 lekcje so far;)) wybraliśmy się tam z Baśką (siostrą moją jedyną) posłuchać. BTW: Pozdro Lechu ;)

W ramach rozgrzewki obejrzeliśmy w TV jak Bełchatów rozpykał (niestety) w finale tegorocznych rozgrywek PLS drużynę z Jastrzębia. Rywalizacja do trzech wygranych meczów - mam nadzieję, że się jeszcze Jastrzębie podniesie.

Jeszcze przed wyjściem usłyszałem od współlokatorki Baśki, że wyglądam jak Mr. Wojewódzki :> Zapewne przez nowe okulary, oraz przez fryz, czesany przez wiatr podczas jazdy na rowerze. No nie ucieszyłem się za bardzo z tego porównania, zaczynam coraz poważniej zastanawiać się nad zgoleniem bani na zero. W sumie i tak już wiele tam do zgolenia nie zostało :>

OK, wystarczy dygresji. Kiedy dotarliśmy do Alibi frekwencja wśród publiki oscylowała wokół 5%. Z czego na parkiecie 0%. Możliwe, że było to wynikiem tego, iż impreza odbyła się z okazji rozpoczęcia "JUWENALII szkół niepaństwowych". Tak właśnie - szkoły państwowe mają początek juwenaliów, niepaństwowe juwenalii. I jak tu nie ulegać stereotypom, że prywatne szkółki to jednak jakby niższa kategoria wagowa? No a wracając do tematu - okazało się później, że młodzież z owych szkółek koncert odpuściła, by pojawić się w lokalu dopiero gdy zespół zwijał sprzęt i zaczęło się disco :]

Tak więc koncert kapela zagrała do pustego parkietu, gdyż cała publika zasiadła przy stolikach i dopingowała muzyków z pewnego dystansu. Zapewne kiepsko się tak gra kiedy nie widać dobrze dla kogo (poza akustykiem) ale zespół chyba dobrze się swoim graniem bawi bo nie dał po sobie poznać żeby mu cokolwiek przeszkadzało. Szkoda tylko, że zagrali dość krótko (niecałą godzinę) i nie było bisów.

A co do walorów muzyczno-brzmieniowych, to szczerze mówiąc (po przesłuchaniu sampli ze strony) spodziewałem się trochę większego smęcenia, a tu proszę - było całkiem ogniście :) Sekcja bardzo groovy (chłopaki grali przez jakiś czas koncerty z Mikromusic). Niestety nie bardzo rozumiałem o czym śpiewa wokalistka, ale mam nadzieję, że na jakimś kolejnym koncercie nagłośnienie wokalu będzie nieco lepsze. Ogólnie polecam - myślę, że za jakiś rok dwa kapela wskoczy na o wiele wyższy poziom. Trzymam kciuki, do zobaczenia na kolejnym jobie ;)

I ostatni wątek dotyczący pośredno kapeli. Druga wokalistka przez jakiś czas śpiewała w okazałej wełnianej czapie. Ilekroć widzę ludzi w takich czapkach w knajpie zastanawiam się gdzie znajduje się granica lansu :] Przecież jest niemiłosiernie gorąco, można się spocić siedząc z dala od sceny, a tymczasem grajkowie mają często słabość do stania w świetle reflektorów i grania, co jest jednak jakimś wysiłkiem fizycznym, w wełnianej czapce. Może zrozumiem w odpowiednim czasie :]

No i wątek sentymentalny: KNYSZA! Tak jest, każdy kto skosztował knyszy z budki przy Alibi przyzna iż jest to absolutna ekstraklasa wśród knysz. Bywały czasy, iż stanowiła ona fundament studenckiej diety - coś "prawie jak obiad" za jedyne 4zł (wersja z parówką) lub nawet 3 jeśli była tylko z warzywami.

Cały mój czwarty rok studiów nierozerwalnie związany był z koncertami w Alibi. Co poniedziałek odbywały się tam jam sessions bluesowo funkowe. Klub nie miał jeszcze rozmiaru stodoły i był bardziej rockowy niż disco. Studenci byli mniej plastikowi. Co poniedziałek można było trafić na inny jamujący skład. I tak dość regularnie grywał tam Alek Mrożek (Recydywa), Krzysztof Mandziara (dawniej Budka Suflera, aktualnie lutowanie wzmacniaczy dla Labogi), pojawiał się Cichoński, śpiewała Marzena Kipiel-Sztuka, formowali się The Crackers, rozwijał się Sufit (na gruzach którego aktualnie działa HooDoo Band). Całym tym cyrkiem zarządzał Jacek Baran ze składem Blues Connection i kultowym dla mnie o owym czasie gitarzystą Heniem Borsiakiem. Szkoda, że te jamy już zniknęły. Wprawdzie dzieje się coś podobnego w Zmierzchu, czasami HooDoo prowadzi jamy w Rurze, ale nie ma tego klimatu jaki dawało tamto ciasne Alibi z ekipą anytplastikowych studentów.

Po wakacjach (4./5. rok moich studiów) klub zmienił się w kolejną dyskotekę. Knyszobudka na szczęście działa tak jak działała gotowa zaspokajać głód imprezowowej młodzieży przez 24h. Serwując najlepszą w kosmosie knyszę z parówką :)



*  *  *

Retro notka 1, Mecz w Londynie (21.04.2007)

Ponieważ mój milusi blogasek został uruchomiony dopiero 12. maja a sporo ciekawego działo się również przed tą datą oto pierwsza część nadrabiania zaległości.

Jakieś półtora roku temu, kiedy zaczęły się tanie loty z Wrocławia do różnych interesujących miejsc w Europie wymyśliliśmy sobie z kolegami z pracy, że fajnie by było wybrać się na jeden dzień do Londynu, zobaczyć jak z bliska wygląda liga angielska. Przez półtora roku pomysł nie wykroczył poza etap pomysłu (ludzie mieli wakacje, delegacje, kupowali mieszkania, brali śluby) jednak w końcu, wiosną 2007 roku postanowiłem wyjazd doprowadzić do skutku. Ostatecznie poleciały 3 osoby z planowanych na początku ok. 7, z czego na meczu pojawiły się dwie (Tomek i ja). Marta w tym czasie wybrała się odwiedzić swoich londyńskich znajomków.

Wylecieliśmy ze Strachowic (lubię tę nazwę: port lotniczy Wrocław Strachowice ;) ) w sobotę o 11:45. Wylądowaliśmy o 12:50. Na 2h przed rozpoczęciem meczu. I tutaj po raz kolejny przekonałem się o potędze transportu publicznego w stolicy Zjednoczonego Królestwa. Dojazd z lotniska do miasta (na Liverpool Street Station) zajął łącznie z czekaniem na pociąg ok. 50 minut. Potem kupno biletów na busy i metro, jakieś jedzonko i heja na autobus i pociąg na stadion. Godzina do rozpoczęcia spotkania. Przejażdżka autobusem koniecznie na górnym decku double deckera. Trzeba korzystać - we Wro nie ma takich atrakcji. Potem jeszcze 15 minut pociągiem do Charltonu, potem follow the crowd na stadion. Zdążyliśmy wejść i zająć miejsca przed pierwszym gwizdkiem.

Wszystkie rozkłady jazdy zgodne co do minuty z tym co było do ściągnięcia z Transport for London. Spece ze ZDiK/MPK powinni się wybrać do Londynu zobaczyć jak to się robi. Może do Euro 2012 opanujemy podstawy.

Mecz. O utrzymanie w premierleague gra Charlton Athletic i Sheffield United. Stadion tego prowincjonalnego klubiku walczącego o ligowy byt jest o niebo lepszy niż jakikolwiek obiekt w Polsce. Na mecz o utrzymanie przyszło 27,111 osób. Tyle co na całą kolejkę Orange Ekstraklasy. Wszystkie te osoby bez problemów, bez kolejek na stadion weszły i bez problemów z niego wyszły. Na trybunach pełen przekrój społeczeństwa: fanatyczni szalikowcy, chłopcy wyrywający panny, stateczni panowie (stateczni do chwili gdy sędzia im nie podpadnie - wtedy rzucają mięsem), kobiety, dzieci, starcy, chorzy, wdowy, sieroty itp. - pełen przekrój. Atmosfera bardzo przyjazna: śpiewy, szale, barwy klubowe itd. Tyle o oprawie. Niestety poziom sportowy spotkania był niższy niż spotkania WKS Śląsk Wrocław - Polonia Warszawa, na którym byłem w ostatnią środę na Oporowskiej :> Wynik 1:1 po golach dość przypadkowych, lub jak też czasami mawiają gracze: "z dupy". Jednak nie dla poziomu sportowego tam jechaliśmy, tylko właśnie dla tej oprawy, organizacji, zobaczenia jak to wygląda na żywo w dużej skali. Wrażenia spore - bardzo polecam :) Szkoda, że nie udało się wybrać na mecz Tottenham - Arsenal (2:2), który odbył się tego samego dnia, jednak podczas gdy jeszcze siedzieliśmy w samolocie.

A bilety na mecz kupiłem przez net i Charlton był tak miły, że przesłał mi je pocztą lotniczą do Wrocławia :) WKS niestety każe jechać na Oporowską. Kolejny punkt gdzie można się uczyć od Brytoli.

Po meczu w ciągu 20 minut tłum 27 tysięcy ludzi rozjechał się pociągami i autobusami do domów. Bez żadnych komplikacji, stania w kolejkach - po prostu płynnie ludzie wsiedli do kolejnych pociągów i pojechali w swoją stronę. Bardzo znikomy procent mieszkańców korzysta w Londynie z własnych samochodów by przemieszczać się po mieście. Nie kalkuluje się (czas, paliwo, opłaty).

Po meczu czas na zwiedzanie miasta. Tomek nigdy wcześniej nie był w Londynie więc trasa obejmowała najpopularniejsze atrakcje: Trafalgar Square z kolumną Nelsona, St. James' Park, Buckingham Palace, Katedra św. Pawła, opactwo Westminster, Parlament i Big Ben. Potem metrem/busem na Picadilly Circus, Oxford Street i spacerkiem do Tottenham Court Road, gdzie byliśmy umówieni z Marzeną (kumpelą z Siemensa, która teraz przeniosła się właśnie do Londynu). Najpopularniejsze lane tam piwko (Stella Artois) ustępuje smakiem produktom naszych piwowarów, ale ostatecznie daje radę ;) Dość ciekawym zjawiskiem na jakie zwróciłem uwagę w klubiku gdzie spożywaliśmy alkohol, był starszy gość z brzuszkiem, siwizną i w kapeluszu, który zajmował tam etat di dżeja :) U nas DJ to jeszcze dość młody zawód, więc Ci, którzy zaczynali taką robotę nie zdążyli się jeszcze zestarzeć, w UK już tak. Ale fajnie grał.

Po piwkowaniu i obiadokolacji (coś a'la gyros jadłem, bardzo do rzeczy) pożegnaliśmy Marzenę i wybraliśmy się na wycieczkę "London by night", czekając na samolot który miał nas zabrać z powrotem do Wrocławia o 6:50. Dla mnie samo chodzenie po ulicach Londynu, które są logicznie zaplanowane i spójnie zabudowane jest już wystarczającą atrakcją, jednak wybraliśmy się jeszcze zobaczyć jak się nocną porą prezentuje Covent Garden, potem już ruszyliśmy w stronę Liverpool Street Station. Kawałek przeszliśmy ulicą o nazwie Strand, by potem zejść do Tamizy i spacerować wzdłuż Victoria Embankment.

O tym, że w Londynie jest super przemyślana urbanistyka już wspomniałem. Każda ulica dokądś prowadzi, skrzyżowania, parki, rozmieszczenie dominant, szczelne pierzeje - to wszystko sprawia, że ulice są przytulne. Architektura bardzo porządna - budynki są, oprócz tego, że dobrze rozplanowane, ładne i czyste. Nieważne, czy jest to stara zabudowa wiktoriańska (takiej chyba jest najwięcej) czy modernistyczna - wszystko jest w harmonii.

Brytole znakomicie poradzili sobie z problemem ciasnych ulic, który prowadzi (np. we Wrocławiu) do wyburzeń, żeby ulice poszerzać w celu uniknięcia całkowitego paraliżu komunikacyjnego miasta. Mianowicie mają metro! Zaczęli je budować w połowie XIXw. by 100 lat później wykorzystać je w pełni, zapewnić wystarczającą przepustowość komunikacji miejskiej i nie oszpecić centrum. Respect.

A wracając do Victoria Embankment - tam akurat warto zwrócić uwagę na tzw. małą architekturę. Czyli ławki, latarnie, śmietniki, zieleń miejska. Wszystko wygląda jak rzeźbione, w sumie chyba odlew z formy to też rzeźba. Niby niewiele, ale właśnie takie szczegóły decydują o "przytulności" miasta. We Wrocławiu dopiero się tego uczymy, i idziemy w dobrą stronę (Oławska).

Może wystarczy na razie tego słodzenia :] Miasto jest piękne, ale jest w nim kilka spraw, które mi nie pasują. Aha - mowa teraz będzie o centrum, które jest w Londynie ok. 100x większe niż we Wrocławiu. Po pierwsze - dzikie tłumy. Na każdym kroku. Nie ma przejścia dla pieszych, gdzie czekając na zielone światło nie zgromadzi się już mały tłum, który po zmianie światła zetrze się z tłumem zmierzającym z przeciwnego kierunku. (BTW: policja notorycznie przechodzi na czerwonym! reszta bierze przykład ;) ). Przejście przez most wesminsterski przez przystawania co 2m jest nie do wykonania. Tłum robi zdjęcia, tłum zwiedza, tłum sprzedawców sprzedaje tłumowi kupujących pamiątki, fastfoodowe żarcie itp. I każda ulica w ogromnym londyńskim centrum to potoki ludzi w obie strony.

Druga sprawa, to niewielka angielskość angielskiej stolicy. W sklepach sprzedają Murzyni, Pakistańczycy, hindusi (aka "ciapaci"). Busy prowadzą Polacy, piwo leją przestawiciele wszystkich chyba nacji, nawet dworzec kolejowy Liverpool Street Station zamiatali Polacy. Nie potrafię podać profesji wykonywanej w Londynie przez Anglików. Taki tygiel kulturowy sprawia, że angielskość, unikalność Londynu została mocno zatarta. Zastępuje ją globalna uni-kultura, mackultura - jak zwał tak zwał - wiadomo o co chodzi. Nie podejmuję się ocenić, czy jest to zjawisko dobre czy złe - w końcu gospodarka się kręci, PKB rośnie, konsumenci są zadowoleni, ale jednak czegoś mi tam brakuje: własnego charakteru.

Dla mieszkańca Wrocławia znającego angielski przeniesienie ze społeczeństwa naszego do londyńskiego ma przebieg dość bezbolesny. Nie doświadczymy szoku kulturowego, tylko znanych z Pulp Fiction "małych różnic". Które są na tyle małe, by się szybko zaaklimatyzować, jednak wystarczająco duże by nie czuć się w pełni swobodnie. Myślę, że chcąc szukać właśnie tego szoku kulturowego (ja chcę :] ) należy wybrać raczej kierunek wschodni. Parę lat temu byłem w Bułgarii, doświadczyłem namiastki Wschodu i było bardzo fajnie :)

OK, wystarczy na razie filozofii ;) Ostatnią atrakcją jaką odwiedziliśmy była galeria Tate Modern. Została ona urządzona w zamkniętej elektrowni. Tak więc wielka, industrialna budowla, w ciepłą wiosenną noc, ciekawa iluminacja i przede wszystkim: cisza. Nikt się tam nie kręcił i można było kontemplować sobie nocny kontakt z pięknie zagospodarowaną zabudową przemysłową. Polecam :)

Z niecierpliwością czekam również na plany rewitalizacyjne dla innej ślicznej londyńskiej elektrowni. Znanej z okładki płyty "Animals" Pink Floyd elektrowni Battersea.

Przy okazji budowy/rewitalizacji Tate Modern wybudowano nad Tamizą kładkę (Millenium Brigde), łączącą okolice galerii z katedrą św. Pawła. Tą właśnie kładką przeprawiliśmy się przez Tamizę, by jako ostatnie atrakcje wieczoru zobaczyć Tower of London i Tower Bridge. Twierdza jak twierdza - w nocy, z zewnątrz - nic specjalnego. Dość osobliwym zjawiskiem jest jednak kort do tenisa umiejscowiony w rowie, który prawdopodobnie służył jako fosa. Kort zapamiętałem będąc tam dwa lata temu - pozostał do dziś w niezmienionej postaci.

Ciekawszą atrakcją jest Tower Bridge - chyba najsłynniejszy londyński most, i najbardziej popularny motyw pocztówkowy obok Big Bena. Most zwodzony, mechanizm udostępniony do zwiedzania - niestety nie o 2 w nocy. Oczywiście wszystko należycie podświetlone, Tamiza, wieżowce City i robi się klimatycznie.

Z mostu wyruszyliśmy już najkrótszą drogą na dworzec Liverpool Street Station. Dotarliśmy tam o 3, jednak hol dworca miał zostać otwarty dopiero o 4. Tak więc godzina spania na ławce przed wejściem, zimno się już robiło, pojawił się nacisk na pęcherz, więc była to najbardziej surwiwalowa godzina wycieczki. Podróż pociągiem przespałem co do minuty, podróż samolotem podobnie - trudno w to uwierzyć, ale przespałem take off :]

Jeszcze na koniec 3 słowa o lataniu. Lotnisko Stansted jest wielkie, ale widać na każdy kroku, że dedykowane dla "low cost airlines". Lotnisko w Monachium jest o wiele ładniejsze, że o Strachowicach nie wspomnę ;) Nasz przewoźnik - Ryan Air natomiast podobno planuje z czasem rozdawać bilety za free i utrzymywać się z usług dodatkowych. Sądząc po przebiegu lotu wydaje mi się, że jest to możliwe. Gość siedzący za nami podczas lotu wydał pewnie jakieś 20Ł na browce, a i inni pasażerowie zostawili sporo kasy w samolotowym barze, kupując losy na loterię, zamawiając jakieś produkty z katalogu, który dostaliśmy, żeby sobie coś wybrać. A można było kupić wiele - łacznie z mega plakatami drużyn piłkarskich czy sprzętem ogorodowym (np. drabina). Sam wsparłem rynek usług dodatkowych kupując już w samolocie bilety na pociąg. Nawet dobry deal - zaoszczędziliśmy po 10Ł na głowę.



*  *  *

Retro notka 2: Niech nam żyją Bobry! (28.04.2007)

Wprawdzie tytuł notki, stojący w jawnej sprzeczności z popularnym ekologicznym hasłem "szanuj drzewa - jedz bobry" może sugerować, że jestem niewrażliwy na problemy dolnośląskiego leśnictwa, jednak to tylko pozory. Tytuł nawiązuje bowiem do ślubu i wesela moich bliskich znajomych: Marcina Bobera i Magdy, aktualnie również Bober. Pozdrawiam nowożeńców z tego miejsca :)

Ślub odbył się w Kościele Niepokalanego Poczęcia NMP w Chrząstawie Wielkiej, dobrze dopasowanym rozmiarem do ilości gości. Więc nie było tłoku, ani pustych ławek - było przytulnie, czyli tak jak powinno być :]

Msza - jak to msza - nothing special, ale kazanie było bardzo płomienne. Ksiądz mocno się zaangażował, nie plótł komunałów opartych na analizie poszczególnych wersów "Hymnu o miłości" (z listu św. Pawła do Koryntian). Zamiast tego opowiadał jakie to małżeństwo naprawdę jest cieżkie i szczerze mówiąc brzmiało to jakby starał się w ostatniej chwili zniechęcić narzeczonych do złożenia przysięgi :]

Kazanie brzmiało tym groźniej, iż zgodnie z zaleceniami księdza Marcin powinien ograniczyć spotkania z kolegami (co mocno by spowolniło nasz i tak już wolny proces pracy nad piosenkami). Nowym małżeńskim obowiązkiem Magdy natomiast miałoby być pilnowanie, czy aby Marcin codzinnie się modli - ciekaw jestem jak z tego wybrną ;)

No, kazanie było na tyle mocne, że kolega Mikołajczyk wpadł na pomysł nagrywania kazań ślubnych i późniejszego ich wydania. Mam nadzieję, że opracował już pierwszy stenogram, chętnie go przeczytam, mimo że na ogół nie gustuję w literaturze pełnej grozy. Temat kazania przewinął się jeszcze nie raz podczas rozmów toczonych już w czasie wesela, ktróre z kolei odbyło się w Chrząstawie Małej, a dokładnie w Gospodzie pod Czarnym Kurem.

Pierwsza miła niespodzianka: zespół. Żadne tam disco polo na dwa syntezatory Casio, gdzie 90% muzyki płynie z kulawego podkładu MIDI. Prawdziwy, żywy band! Perkusja, bas (info dla Czajnika: klon jazzbassa), gitara (IdCz: Telecaster Kamecki custom), klawisze i saksofon. Pierwsze wrażenie na temat kapeli bardzo pozytywne, i takie już to wrażenie pozostało, bo chłopaki grali naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Oczywiście mówimy cały czas o kategorii kapel weselnych ;)

Pierwszy taniec. Oprócz standardowego walca Młodzi pokazali układ z "Saturday Night Fever", a Grażyna siostra Marcina zaśpiewała - wyszło extra :)

Drugi taniec - tu niespodzianka, gdyż padło na mnie :o Magda zapewne przejęta, że przyszedłem na wesele sam porwała mnie na parkiet i dostałem szansę by nacieszyć oko zgromadzonych gości moimi drewnianymi ruchami :] Muszę jeszcze sporo popracować nad koordynacją ruchową - każde wesele mnie w tym utwierdza, jednak jakoś nie mogę się do tego zabrać :) W każdym razie dziękuję bardzo pani Magdzie Bober za ów drugi taniec - na przełamanie :) Potem już jakoś łatwiej niż zwykle było się odnaleźć na parkiecie.

Sama impreza weselna mniej więcej wiadomo jak wygląda. Oczepiny były w porządku: nie za krótkie, nie za długie - bez przesadnie głupkowatych zabaw. Wszystko na miejcu.

I tak wesoło czas mijał do momentu kiedy postanowiliśmy wyręczyć kapelę i zagrać coś samodzielnie. Lechu pokazał mi mniej więcej co należy grać na basie w "Sing it back" Moloko, poćwiczyłem przez 20 sekund i zagraliśmy. Okazało się, że zapamiętałem bardziej mniej niż więcej, ale i tak było fajnie :) Jako drugi i ostatni numer zagraliśmy jakiegoś rockendrolla, i pierwszy raz w życiu miałem okazję zagrać publicznie na perkusji :] Mam nadzieję, że nigdy nie obejrzę/odsłucham tego nagrania :D

I tak jakoś zrobiło się wystarczająco późno by wrócić do domu. To było najfajniesze wesele ever (so far), thx Bobry :)



*  *  *

Retro notka 3: Punk w CRK (05.05.2007)

Owej soboty desperacko poszukiwałem jakiegoś zajęcia na wieczór. Przeglądając imprezowy rozkład jazdy na wrock.pl znalazłem koncert trzech kapel o nic nie mówiących mi nazwach. Koncert miał się odbyć w Centrum Reanimacji Kultury (CRK) na Jagiellończyka. O tym miejscu słyszałem już wcześniej, więc skoro pojawiła się okazja naocznie i nausznie sprawdzić jak owo CRK funkcjonuje wybrałem się tam autobusem linii 142.

Przy Jagiellończyka 10, w podwórzu stoi budynek mieszczący prawdopodobnie (nie zwiedzałem dokładnie) wyłącznie squaterskie mieszkania oraz lokal gdzie można kupić piwko (butelkowane wyłącznie, i bardzo dobrze) oraz sala gdzie odbywają się koncerty i pewnie pozostałe wszelkiej maści performanse. Budynek ma swoją bramę i dziedziniec, więc CRK jest dość mocno oddzielone od reszty podwórka. Nie kręci się tam nikt przypadkowy, i nikt z bywalców nie musi kręcić się "na zewnątrz".

Na dziedzińcu kilka kanap zajętych już przez szanownych gości. Ekipa tutejsza jest mocno alternatywna - dawno nie widziałem takiej koncentracji dredów, gwoździ w brwiach itp. alternatywnych atrybutów w jednym miejscu. Bardzo wesołe, kolorowe i różnorodne towarzystwo.

A teraz do meritum - konczerto. Pojawiłem się w "sali widowiskowej" jeszcze gdy rozgrzewała się kapela Betoniarki, złożona z członków zespołu Klinika. Przykra sprawa, ale nie znam dokonań tych formacji - co zrobić. Granie w 100% punkowe - zero solówek, walnie otwartych akordów na dwóch przesterowanych gitarach. A kiedy jeszcze frontman zaproponował w ramach rozgrzewki "Zagrajmy srakę" odpadłem ze śmiechu :> Przypomniały mi się klimaty z podstawówki, przeglądy kapel w Bogatyni, występ zespołu "Zawiało z Miedziany" i ogólnie cała ta oldskulowo pankowa historia. Okazało się jednak, że nie dość, że "punk's not dead", to nawet ma się całkiem dobrze.

Występ w sumie wyszedł nawet nieźle, szczerze mówiąc po rozgrzewce spodziewałem się, że będzie gorzej. Nawet było parę dość ciekawych jak na punk aranży. Gorzej było dopiero potem, gdy pojawiła się druga kapela :> Nazywała się nie pamiętam jak, a teraz nie mam netu (piszę tę notkę offline) żeby sprawdzić. Grali jakiś morderczy hard core (czy jak tam się takie rzeźnictwo nazywa). I to grali bardzo nierówno. Wytrzymałem 3 numery, 142 i do domu.

A cała ta przyjemność kosztowała 10PLN - sporo jak na punków w squacie moim zdaniem :P

Muzycznie było kiepsko, ale wieczór nie był stracony:
- znalazłem miejsce gdzie może zagrać w zasadzie każda kapela
- wyleczyłem się trochę z instrumentalnych kompleksów ;)
- poznałem CRK - ciekawe miejsce, pewnie tam jeszcze wrócę

Po imprezie, zwłaszcza po tekście "zagrajmy srakę" miałem przez chwilę wkręta na punkowe tytuły i oczywiście pierwsze co się przypomina to Dezerter - "Burdel". Szukam więc teledysku na YouTube, znajduję, odtwarzam. Tekst zaczyna się od słów: "jestem głupi, mam pierdolca, w uchu kolczyk, w dupie stolca". W prawym górym rogu widnieje logo TVP Kultura :D



*  *  *

Retro notka 4: Śląsk - Polonia live (09.05.2007)

W minioną środę wybrałem się na mecz naszych dzielnych wrocławskich kopaczy z warszawską Polonią. Było całkiem sporo policji, mimo że nie było kibiców gości. I to w dodatku jacyś antyterroryści w kominiarkach. Przed wejściem koniecznie macanki, żeby sprawdzić czy nie wnoszę siekiery, tudzież alkoholu. Środki bezpieczeństwa z którymi nie spotkałem się 3 tygodnie wcześniej w Londynie na meczu gdzie ludzi było 4 razy więcej.

Na szczęście, ku mojemu zdziwieniu, jeśli chodzi o poziom atrakcyjności widowiska mecz polskiej drugiej ligi okazał się bardziej emocjonujący niż pierwszej angielskiej. Głównie za sprawą sędziego, który w trzeciej minucie, w kontrowersyjnych okolicznościach (wątpliwy faul taktyczny), wyrzucił z boiska wrocławskiego bramkarza. Śląsk grał przez prawie całe spotkanie w 10 przeciwko 11 rywalom i to grał lepiej! Było kilka sytuacji strzeleckich, wypracowanych głównie przez czarnoskórego napastnika Imeha, jednak nic nie wpadło i mecz zakończył się wynikiem bezbramkowym. Szkoda.

Ciekawostka pierwsza. Przy wejściu jakiś tam klub kibica rozdaje gazetki. Redagują je jacyś wszechpolacy. Możemy w tej piłkarskiej gazetce przczytać dlaczego żydowskie lobby broniące Geremka, który nie chce się poddać lustracji jest złe i antypolskie. Ponadto możemy się dowiedzieć, że Imeh, mimo że dla większości kibiców obok mnie był zawodnikiem meczu jest najgorszym zakupem Śląska w sezonie. Ostatnio kiedy byłem na meczu czytałem w tej gazetce paszkwile na jakiegoś innego czarnoskórego kopacza.

Ciekawostka druga. Kiedy tylko sędzia pokazał Janukiewiczowi czerwoną kartkę od razu większość kibiców stwierdziła, że mecz jest sprzedany i natychmiast znalazła wytłumaczenie dla skutecznej postawy Polonii w ostatnich spotkaniach. Przez tę aferę korupcyjną kibice nie potrafią już obejrzeć meczu tak, żeby nie widzieć drugiego dna. Mimo że sędzia nie gwizdał moim zdaniem przesadnie stronniczo.

Teraz kibice mają już włączony jakiś syndrom zdradzonej żony. Ta sama sytuacja, która u żony wiernego męża nie wywołuje emocji (np. spóźnia się do domu) u zdradzonej rodzi od razu najgorsze podejrzenia. Polscy kibice nie potrafią już uwierzyć, że sędzia się pomylił - od razu podejrzewają najgorsze - mecz jest ustawiony. No, tak mi się skojarzyło ;)

Oprawa meczu. Nie wiem ile dokładnie było kibiców - strzelam, że ok. 6000. Były śpiewy, barwy, było głośno - dobry doping był. Momentami miałem wrażenie, że głośniejszy niż na Charltonie, mimo o wiele mniejszej liczby kibiców. Ryzyko zadymy zerowe - nie wiem skąd ta powszechna opinia, że każdy ligowy mecz to przerażająca walka o życie.

Powrót z meczu to też ciekawe zjawisko. Tramwaj jest wypchany po brzegi, kibice śpiewają, skaczą bujając wagonem - całkiem ciekawie się to prezentuje. Polecam :)

Niedługo minie 30 lat od kiedy Śląsk jedyny raz zdobył mistrzostwo Polski. Ma być jakaś biba na stadionie przy okazji ligowego meczu. Postaram się wpaść i zapraszam :)



*  *  *

Pidżyn Fajter na służbie

Na prośbę Jacha wieści z frontu walki z gołębiami. A nie jest to walka prosta. Ponieważ toczyła się ona w kilku następujących po sobie etapach pozwolę sobie na branżowe przestawienie sobie owych etapów w postaci change loga.

Alzo: anti-pidżyn barrier, change log:
v.1.0 RC1 - kilka żyłek rozpiętych nad barierką
beta testing failed reason: pidżyny przełażą nad żyłkami
v.1.0 RC2 - żyłki rozpięte od barierki do sufitu
beta testing failed reason: pidżyny przełażą pomiędzy barierkami
v.1.0 RC3 - dodano żyłki pomiędzy barierkami
beta testing failed reason: pidżyny przełażą pomiędzy barierkami - pomiędzy żyłkami
v.1.0 RC4 - bardzo mocno zagęszczone żyłki pomiędzy barierkami
beta testing failed reason: pidżyny się bardzo mocno skompresowały i jakoś się nadal między tymi żyłkami mieszczą
v.1.0 stable - zainstalowano na barierce siatkę zakupioną u zewnętrznego dostawcy (Obi). Rozpięto dodatkowe żyłki nad murkiem z którego pidżyny wskakiwały pomiędzy barierki, celem uniemożliwienia im lądowania.
beta testing passed, czekamy na testy obciążeniowe.

Na razie wygląda na to, że z pidżynami spokój, ale kosztowało mnie to dwa dni ostrej developerki, testowania i integracji softu od zewnętrznych dostawców. Miejmy nadzieję, że warto było ;)

I na koniec dwie ciekawostki:
1. Wiecie, że w Obi nie przyjmują zwrotów desek sedesowych?
2. To, że w Tesco każdy robiący zakupy jest podejrzany o wynoszenie czegoś na lewo to normalka, ale ostatnio pani przy kasie sprawdzała, czy wynoszę jakiegoś towaru w... pudełku z sześcioma kielonami na gorzałkę. Gratuluję czujności operacyjnej - możliwy kanał przemytu sześciu cukierków, albo 5g orzeszków na wagę został spalony :>

UPDATE: Na życzenia Jacha fotka:


Bariera antygołębna

Nad murkiem, po zewnętrznej stronie rozpięto dwie żyłki, aby pidżyny nie mogły tam wylądować. Nad barierką poziomo, co 10 cm rozciągnięto żyłkę. W barierkę wpleciono siatkę z Obi.



*  *  *

Niedzielny chillout

W niedzielę, czyli wczoraj, zaraz po zrylisowaniu wersji RC3 blokady przeciwgołębnej wybrałem się na niedzielną wizytę do siostry. Rodzinne ploteczki urozmaiciliśmy sobie wspólnym oglądaniem TV. Niby żadna specjalna atrakcja, jednak obecność Baśki przy oglądaniu TV, jej zdolność do wnikliwej analizy i błyskotliwego komentarza prezentowanych na ekranie treści sprawia, że ta raczej mało interesująca rozrywka zyskuje dodatkowych walorów. Jako przykład przytoczę najkrótszą możliwą odpowiedź na pytanie "o co chodzi w serialu Magda M." które wczoraj postawiłem. Odpowiedź, przedstawiona w dość typowy dla naszej familii (rodzeństwa przynajmniej) sposób brzmiała: "laskę swędzi pizda, ale nie wie z kim się ruchać". I wszystko stało się jasne :]

Kiedy skończył się odcinek wyruszłem zwiedzać na rowerze miasto. Najpierw oklepana trasa: rundka wokół Wielkiej Wyspy (dla niewtajemniczonych: Biskupin, Sępolno, Zalesie, Zacisze). Potem natomiast wybrałem się zwiedzić Trójką Bermudzki (dla niewtajemniczonych: Traugutta, Kościuszki, Pułaskiego). Pierwszy raz przejechałem w całości ul. Mierniczą, jedną z niewielu (jeśli nie jedyną) na której zachowała się w całości zabudowa kamienicowa sprzed wojny. Z tego powodu ulica ta zagrała w wielu filmach. Faktycznie architektonicznie - wygląda całkiem nieźle. Gdyby tylko te kamienice wyremontować, albo chociaż domyć było tam pięknie. Zresztą cały trójkąt nie doznał wielkich zniszczeń i urbanistycznie prezentuje się bardzo ładnie, nic tylko remontować, odesłać pokażny poziom mieszkańców na odwyk i będziemy mieli piękną dzielnicę. Analogiczna sytuacja w przupadku Nadodrza, Ołbina, Śródmieścia.

Trójkąt ma jednak atrakcję, której nigdzie indziej we Wrocławiu nie ma. Mianowicie jest to kładka nad torami za Dworcem Głównym. Aktualnie kładka jest zamknięta (rok temu jeszcze była dostępna), ale obecny tam płotek nie stanowi wielkiego problemu do sforsowania. Wprawdzie trudniej przerzucić nad nim rower, ale przejście dla pieszego nie powinno stanowić żadnego problemu. Atrakcyjność kładki polega na tym, że jest drewniana, dość wąska (niecałe 2m), długa (strzelam, że ok. 300m), a z kładki mamy widok na hektary terenów PKP. Przejeżdżające pociągi, stare wagony stojące na bocznicach, opuszczone i działające warsztaty i magazyny, przetaczane lokomotywy itp. Wielki obszar zarezerwowany dla różnych aspektów kolei. Obowiązkowa pozycja do zwiedzania dla miłośników industrialnych klimatów. Od strony trójkąta wjazd od ul. Świstackiego, od strony Hubów wjazd od ul. Paczkowskiej. Polecam.

Tyle było rowerowania, wieczorem natomiast wybrałem się na koncert do Gumowej Róży. Zagrały dwie formacje, krakowski CashMere, oraz wrocławska Lili Marlene.

W przypadku pierwszego bandu na uwagę zasługuje postać wokalistki-skrzypaczki, która potrafiła pogodzić równoczesny śpiew i granie. Jeśli chodzi o brzmienie to bardzo mocno czuć było od nich Siouxsie and the Banshees. Nie to, żeby było w tym coś złego, jednak na dłuższą metę było to monotonne. Ponadto nie wiem czy były chociaż dwa numery z jakimś prostym metrum (np. 4/4) większość była mocno połamana (na 5, na 7, chyba nawet na 9 o ile dobrze policzyłem). Brzmiało to trochę jak sztuka dla sztuki - nie bujało.

Lili Marlene za to w życiowej formie. Ostatnio widziałem ich ok. roku temu i poczynili - jak na moje uszy - olbrzymi postęp. Wprawdzie piosenki te same, jednak brzmienie i aranże o wiele bardziej dojrzałe. Zdecydowanie są już gotowi na nagranie płytki - czekam z niecierpliwością. Jak na mój gust wychodzą już na czoło polskiej sceny oscylującej wokół indie rocka. No i tyle o Lili - krótko bo nie mam do czego się przyczepić. Kolejny mocny band nam rośnie we Wrocławiu :)



*  *  *

Czasem Rura, czasem Mleczarnia

Tak się jakoś składa, że tydzień (pn-pt) po tygodniu mijają (na ogół) w bardzo podobnyn rytmie, więc (na ogół) nie ma o czym pisać. Tak jest i tym razem :> Wyjąwszy środową kameralną imprezkę z krewnymi i znajomymi (Baśka - szacuneczek za lazanię;) ) oraz czwartkową próbę kapeli (całkiem produktywną) nic godnego uwagi się nie wydarzyło.

To i owo działo się natomiast w piątek. Na początek niestety Skra sklepała Jastrzębie po raz trzeci i ostatni, wynik rywalizacji o mistrzostwo Polski 3:2 dla Bełchatowa. Gratuluję, co zrobić? :> Potem było już tylko "stety".

Pierwsza atrakcja wieczoru to występ HooDoo Band w Rurze. Chłopaki grają najbardziej ognisty funk w mieście, a prawdopodobnie nawet w całym powiecie, albo nawet kosmosie. Groove, solówki, wokal - wszystko na miejscu, na bardzo wysokim poziomie technicznym. Pamiętam parę lat temu, kiedy trzon tej ekipy zaczynał jako Sufit, grywając na jam sessions Jacka Barana w Alibi. Już wtedy było ogniście, a teraz są 3 razy lepsi. Bardzo polecam - murowana dobra zabawa na cały wieczór, zwłaszcza, że koncerty chłopaków z przerwami i późniejszym jamowaniem mogą trwać naprawdę kilka godzin.

Tego samego wieczora, na szczęście później odbył się w Mleczarni, w ramach festiwalu WRO, koncert ekipy związanej z wytwórnią mik musik. Kiedy dotarłem na miejsce trwał już występ gościa o pseudonimie scenicznym The Complainer. Publiczności jednak powodów do narzekania nie dostarczył. Było żwawe electro-coś (nie znam się na tych gatunkach muzycznych niestety) zakorzenione mocno w klimacie lat 80tych.

Niestety nagłośnienie w klubie było delikatnie mówić kiepskie. Cały czas na granicy przesterowania, problemy ze zrozumieniem okrzyków wokalistów itp. I nie spodziewam się, żeby było to celowy zabieg mający na celu przybliżenie stylistyki brzmieniowej z lat 80tych.

No ale pomijając aspekty techniczne i skupiając się na muzyce pan Complainer wypadł bardzo dobrze. Jeśli można o bitach powiedzieć, że są inteligentne, to jego bity właśnie takie były. Brzmienia też fajne i mimo że stylistyka tkwi mocno w latach 80tych kawałki brzmiały bardzo świeżo. Jako ciekawostkę warto wspomnieć wykonanie znanego hiciora Depeche Mode sprzed 20stu lat: "Never let me down again". Mnie akurat to wykonanie nieco zawiodło - maksymalne uproszczenie tego numeru i pozbawienie go wykopu. Jednak wnioskując z reakcji sali większość była odmiennego zdania niż ja ;)

Osobna sprawa to wizualizacje robione na żywca przez jakiegoś tam odpowiedniego specjalistę. Wizualizacje w 100% "analogowe". Po prostu podczas występu "grafik" na taki oldskulowy szkolny projektor układał folie z jakimiś już przygotowanymi obrazkami, lub też rysował je na bieżąco. Animowanie obrazu polegało na przesuwaniu folii i dokładaniu dodatkowych artefaktów, plus oczywiście rysowaniu. Pierwszy raz spotkałem się z takim zjawiskiem, ciekawe czy przyjmie się szerzej :]

Zaraz po Complainerze scenę zajęli bracia o wdzięcznych pseudonimach artystycznych "CO" i "8rolek". Wydawca ich nagrań, mik musik, pisze o ich twórczości: "Jest bardzo złożoną konstrukcją, muzycznym bytem samym w sobie, kwintesencjonalnie pokazuje złożoność podejmowanych przez Bartka zagadnień, niemalże przysłowiowo daje wypadkową między podejściem informatycznym, programowo-programistycznym z czystą dozą muzycznego humanizmu, może wręcz humanitaryzmu. Jest bardzo digitalna i zarazem organiczna." Oczywiście zaraz po przeczytaniu tego opisu zsunąłem się z krzesła ze śmiechu :> Ten cytat powinien trafić do wikipedii jako przykład do hasła "pretensjonalny".

Na szczęście w praktyce nie brzmieli tak przerażająco jak można by to wywnioskować z powyższego opisu. Nie jestem teraz w stanie stwiedzić który z braci pełnił rolę MC wczorajszego wieczoru, jednak przestawił wyjątkową kreację sceniczną. Przestawił się słuchaczom jako Król, i będąc raczej grubszym niż chudszym zaprezentował się topless, w koronie na głowie i czerwonych szerokich spodniach w stylu Sindbada, wykonanych z czegość co z odległości kilku metrów wyglądało na ortalion. Wrażenie było z pewnością mocne, jednak jakby nie trafiło w mój kanon estetyki. Chwilę później, już podczas występu, specjalista od efektów specjalnych przewiązał prawe ramię Króla złotą wstążką, na lewym natomiast zainstalował coś w rodzaju bransolety w kształcie korony. Zrobiło sięjeszcze bardziej przerażająco, szczególnie, że Król zaczął coś opowiadać o swoich sutkach i w którymś tekście zachęcać publikę do usiądnięcia na jego intymnym organie. Dokładnie brzmiało to mniej więcej tak: "usiądź na mym chuju" :> Raperskie próby królewskiego fristajlowania pomińmy milczeniem.

Ogólnie wizerunek sceniczny jaki sobie Król budował był delikatnie mówiąc kiepski i zniechęcający do odbioru, jednak gdy skończył się lansować i skupił na graniu okazało się, że coś tam jednak potrafi ;) Muzyka bardzo wkręcająca, chyba ciekawsza niż granie Complainera. Mało się znam na takim graniu, ale bujało :)

Ogólnie koncert bardzo inspirujący w kontekście naszego grania. Fajnie by było wkomponować jakoś inteligentnie trochę elektronicznych brzmień i bitów do naszych numerów - zyskałyby na pewno na świeżości. Póki co niestety nie ma nikogo kto potrafiłby się tym zająć.



*  *  *

Nazwa dla zespołu

Wspomniałem już gdzieś wcześniej, że razem z kolegami założyliśmy sobie kapelkę. Gramy sobie próby, od czasu do czasu jakąś chałturę dla pracodawcy użyczającego sprzęt i salę. Niedawno jednak doszliśmy do wniosku, że grając ze sobą już ponad rok warto by było mieć dla zespołu nazwę. Okazuję się jednak, że wymyślenie rozsądnej nazwy dla zespołu to nie taka prosta sprawa.

W nazwach niekoniecznie mądrych brylowali oczywiście punkowcy. Teraz czas na garść przykładów (znanych i mniej znanych), zaczerpniętych głównie z forum 80's.
Dzieci Kapitana Klossa
Pancerne Rowery
Magister z Wyciętą Przysadką Mózgową
Zielone Żabki
Poszła Czołgiem
Jeden Milion Bułgarów
Defekt Mózgu
Plugawy Anonim
Różowe Czuby
Śmierć Kliniczna
Stalowy Bagaż
Tubylcy Betonu
WC Experience
Smar SW
Wisielec Adam
Wańka Wstańka And The Ludojades
Nagły Atak Spawacza
100 Twarzy Grzybiarzy
Brzytwa Ojca
Czarnobyl Zdrój
Centralne Ogrzewanie
Kalesony Boga Wojny
Kosmetyki Mrs. Pinki
Pogromcy Wdów i Sierot
Wściekła kiszka
Mocz tenora
Bruno Wątpliwy
Zbuntowany Kaloryfer
Imieniny Katarzyny
Joanna Makabresku
Grzmot w nocniku
Popłoch wśród dziewcząt
Ich Zwoje
Brak Tkanki
Tokarz Inferno
Podgniły Morświn
Miki Mausoleum
Zenon Reagan
The Pisiors
Złośliwy anemik
Przyczłapy do bulgulatora nr 6
Natchniony traktor
Rolniczy Kwadrans
Spruty Wór
Maanam onegdaj nazywał się "Maanam - elektryczny prysznic".

Jeden z moich kumpli grał przez jakiś czas w punkowym składzie o nazwie "Smród z dupy". Trzyma się konwencji ;)

Ale głupie nazwy to specjalność nie tylko prowincjonalnych kapelek o których wie garstka najbardziej oddanych wyznawców. Z zespołów znanych na całym świecie szczególnie mądrą nazwą nie grzeszą:
Led Zeppelin - ołowiany sterowiec. Prawie jak "Stalowy bagaż".
Fury In The Slaughterhouse - furia w rzeźni, na szczęscie grają lepiej niż się nazywają
Depeche Mode - tytuł francuskiego magazynu o modzie.
The Police - nazwa jak najbardziej punkowa
Dead Can Dance , Yes i wiele wiele innych

Ostatecznie nasz zespół został nazwany Sonda. Jest to hołd dla wybitnego programu telewizyjnego, który powstawał w latach 1977–1989. Program podejmował tematykę naukowo-techniczną. W każdym odcinku prezentowano wybrany problem w dość urozmaicony sposób. Aspekty techniczne przeplatały się z dyskusją, momentami trochę filozoficzną, na temat roli jaką omawiany wynalazek ma do spełnienia wobec ludzkości. Zresztą - nie będę się teraz nad programem rozwodził. Nazwa została wybrana ponieważ jest krótka, łatwo ją wymówić i zapisać, jest nawiązaniem do naszych technicznych korzeni i otwartych głów. Tak więc miejcie oczy szeroko otwarte, jeśli na mieście pojawią się plakaty o koncercie zespołu Sonda, to serdecznie zapraszam.



*  *  *

PHP6, czyli czego nowego nie będzie

Z racji wykonywanego zawodu interesuję się czasem trochę co się dzieje w programistycznym światku. Jako programista PHP doświadczony również trochę z bardziej dorosłymi językami odczuwam dotkliwie brak niektórych konstrukcji w PHP i z niecierpliwością czekam na wersję 6, która podobno miała nieść ze sobą skok jakościowy porównywalny z przeskokiem z wersji 4 na 5. Niestety, z bloga developerów PHP6 dowiedziałem się, głównie jakich nowych konstrukcji w języku nie przybędzie :> A więc:
- przestrzeni nazw
- deklarowania typów zwracanych przez funkcje
- deklarowania typów prymitywnych dla parametrów funkcji
- obsługi błędów ZendEngine przez wyjątki

Na osłodę - jaki przeskok jakościowy nas czeka:
- dodanie wsparcia do Unikodu (brawo, w końcu)
- dodanie ekwiwalentu goto (sic!): break label
- wywalenie register_globals, magic_quotes
- itp. detale

Jednym słowem, przy przejściu na PHP6, z punktu widzenia projektowania rozbudowanych aplikacji, nie zmieni się NIC. A każdą sugestię wprowadzenie dodatkowych udogodnień dla autorów dużych aplikacji autorzy języka zawsze mogą zbyć hasłem, że jest to "against the KISS approach of PHP". Co też ochoczo czynią :>



*  *  *

Rowerowy przewodnik po Wrocławiu

W minionym tygodniu odwiedził nasze biuro nasz koleżka z Rumunii Sergiu, który oprócz tego, że jest niezłym klepaczem jest też zapalonym rowerzystą. Jak więc łatwo się domyślić Sergiu nie był zainteresowany kosztowaniem efektów pracy polskich piwowarów, ale obejrzeniem miasta z perspektywy wycieczki rowerowej. I tak się złożyło, że zostałem jego przewodnikiem.

W miniony wtorek oglądaliśmy Wrocław wieczorową porą, jadąc z Ołtaszyna na Kromera przez centrum. Nie spodziewałem się, że zobaczę coś, czego bym wcześniej nie widział, a jednak... Udało mi się owego wieczora zobaczyć pierwszy raz w życiu wnętrze posterunku Straży Ochrony Kolei na Dworcu Głównym, gdzie otrzymałem pamiątkowy mandat za jeźdzenie rowerem przez przejście pod peronami. Wprawdze pan sokista bardzo miły, jednak tej atrakcji wieczoru nie polecam :]

Nauczeni doświadczeniem z dworca wokół Rynku rowery już prowadziliśmy. Tego wieczora zobaczyliśmy jeszcze tylko Ostrów Tumski, zostawiając sobie ważniejsze atrakcje na dzień kolejny.

Wycieczkę środową można by spokojnie umieścić w programie ubiegłorocznej wystawy z Rynku p.t. "Wrocławiowi dobrze przy Odrze". Tak więc miasto stu mostów, kanałów, śluz itp. Pojechaliśmy tradycyjnym szlakiem: od Mostu Grunwaldzkiego, przez Zwierzyniecki za zoo, obok Jazu Opatowickiego, Mostu Bartoszowickiego w stronę Stadionu Olimpijskiego. Jeździłem tam już z 1000 razy, jednak za każdym razem znajdę tam coś nowego, na co wcześniej nie zwracałem uwagi i za każdym razem mi się coś nowego podoba. W powrotnej drodze zahaczyliśmy o Stadion Olimpijski, Park Szczytnicki, Ogród Japoński, Halę Ludową, pl. Grunwaldzki, Most Pokoju, promenadę (od Muzeum Narodowego do Uniwersytetu) i udaliśmy się do Piwiarni na finał Ligi Mistrzów.

Mecz był smętny jak każdy mecz z udziałem Liverpoolu, więc możemy go spokojnie pominąć. Atmosfera w knajpie była natomiast bardzo pozytywna. Anyway - do czego zmierza ta notka: wydaje mi się, że Wrocław bardzo dobrze zaprezentował się przed kumplem który w sumie nie jedno miasto już widział. Kiedy tak jechałem z nim tą turystyczną trasą sam się dobrze bawiłem, doceniałem zmiany jakie w ostatnich latach się w mieście dokonują i poczułem się z Wrocławia jeszcze bardziej dumny :)



*  *  *

Po czym poznać, że kumpel stracił konto GG

Po pojawiających się statusach oczywiście. Jeśli znajomy ze studiów przez 90% czasu był na GG niewidoczny, ustawiając od czasu do czasu w miarę inteligentne statusy, a tu nagle jest non-stop online prezentując jako info złote myśli dziecka neostrady oznacza to niechybnie, iż numer został stracony.

I tak numer należący ongi do kalibana trzyma od paru dni opis: "Zycie to ostry miecz na którym Bóg napisal walcz! kochaj! cierp!" o którego autorstwo kalibańca nie podejrzewam :> Numer BG zajęła z kolei jakaś nastoletnia panna, która po rozstaniu ze swym lubym raczy mnie statusami o cierpieniu i mocy wybaczenia. Coś w stylu "ktoś Cię krzywdzi wybacz mu bo tak uczy Bóg". Z kilkoma innymi numerami jest podobna historia. Teraz kiedy odzywam się do kogoś po długiej przerwie przedstawiam się grzecznie i pytam, czy aby na pewno trafiam pod dobry adres - z dziećmi neostrady trzeba ostrożnie ;)



*  *  *

Pochwała piractwa

Dobry wieczór Państwu. Ostatnimi czasy policja (po raz kolejny) dobrała się do skóry detalicznym piratom komputerowym. To jest takim, którzy korzystają z lewego oprogramowania na własny użytek. Wyobraźmy sobie teraz, że zabezpieczenia oprogramowania, oraz działalność policji jest na tyle skuteczna, że korzystanie z takiego softu jest niemożliwe.

Mój scenariusz jest następujący:
- 95% użytkowników komputerów przesiada się na linuksy (nie stać nas by kupować oryginalnego Windowsa)
- Żaden początkujący programista/grafik/projektant nie nauczy się już żadnej komercyjnej technologii. Graficy będą rzeźbić w GIMPie (nie stać na Photoshopa, PaintShopPro), wymrą programiści .NET (nie stać na VS.NET), wymrą projektanci CAD itd. itp. Żadne wersje próbne itp. nie zastąpią w pełni fukncjonalnej wersji aplikacji, na której teraz możemy się uczyć. Szkoda, że nielegalnie, ale skoro nie da się inaczej - nie ma wyjścia.
- Rynek gier będzie musiał przenieść się w stronę linuksów

Efekt jest taki, że użytkownicy wchodzący na rynek pracy nie znają komercyjnych technologii, więc albo z powodu braku specjalistów firmy przesiadają się na darmowe technologie (PHP, MySQL, Linux, GIMP, Java itp.) albo szkolą za grubą kasę totalnie zielonych nowicjuszy. Gdybym był szefem takiej firmy przesiadłbym się na OpenSource. Zakładając, że nie tylko ja bym tak zrobił Microsoft, Adobe itp. ponieśliby spore straty. Tak więc w skali korporacyjnej gigantom komercyjnego oprogramowania totalny zakaz piractwa jest bardzo nie na rękę. Zresztą - istnieją całkiem mocne sposoby zabezpieczenia (klucze fizyczne na USB, uwierzytelnianie każdej sesji na serwerze bezpieczeństwa online (np. Steam)). Jednak producenci oprogramowania nie korzystają z tych zabezpieczeń w szerokiej skali - prawdopodobnie dlatego, że zdają sobie sprawę ile szkód może to tak naprawdę wyrządzić. Wygląda raczej na to, że sensem aktualnie stosowanych zabezpieczeń jest nie tyle uniemożliwienie korzystania z nielegalnego oprogramowania, co wzbudzenie wyrzutów sumienia i utwierdzanie użytkowników w przekonaniu, że piractwo jest złe.

Oczywiście - jest złe. Jeśli korzystam z oprogramowania powinienem za nie zapłacić, w przeciwnym razie jest to złodziejstwo. Od niedawna mnie stać, więc od niedawna płacę. Jednak aby dojść do tego pułapu musiałem zdobyć pracę, a żeby ją zdobyć musiałem znać się już trochę na narzędziach, na które nie było mnie wcześniej stać. Piractwo pomogło mi je opanować, i na dłuższą metę rozwinąć się na tyle, że mogę sobie teraz te narzędzia kupić. Paradoks?

Anyway - moim zdaniem jedyne rozsądne rozwiązanie dla tego problemu, to utrzymanie status quo (piractwo jest nielegalne, ale sprawdzamy tylko firmy i dajemy spokój prywatnym użytkownikom). Komisarz Holm z "Gangu Olsena" potrafił doskonale wyważyć proporcje pomiędzy poszanowaniem prawa, a zdrowym rozsądkiem. Wiedział kiedy patrzeć przez palce, a kiedy się angażować. Polecam naszym stróżom porządku obejrzenie paru odcinków "Gangu" w celach edukacyjnych.



*  *  *

Demokracja i społeczeństwo vs. populizm i masa

Tym razem nie będzie mojej autorskiej twórczości. Tak się niestety (a może stety?) często zdarza, że kiedy zaobserwujemy jakiś problem i analizując go dojdziemy do jakichś wniosków, okazuje się, że ktoś mądrzejszy od nas sformułował już te wnioski dawno temu. Kiedy ostatnio zastanawiałem się dlaczego społeczeństwa są tak tępe przypomniałem sobie przeczytany jakiś czas temu esej Jacka Żakowskiego p.t. "Bunt mas". W owym eseju autor polszczyzną wyższych lotów niż moja stara się wyjaśnić proces otępiania społeczeństw, czy też ich przemiany w masę, oraz przeciwstawia zasady rządzące demokracją i populizmem.

Zainteresowanych tą ciekawą, skondensowaną i przystępnie podaną diagnozą zapraszam do lektury.

Na tej stronie:
- Na dobry początek
- Coffee Break @ Alibi | Podróż sentymentalna
- Retro notka 1, Mecz w Londynie (21.04.2007)
- Retro notka 2: Niech nam żyją Bobry! (28.04.2007)
- Retro notka 3: Punk w CRK (05.05.2007)
- Retro notka 4: Śląsk - Polonia live (09.05.2007)
- Pidżyn Fajter na służbie
- Niedzielny chillout
- Czasem Rura, czasem Mleczarnia
- Nazwa dla zespołu
- PHP6, czyli czego nowego nie będzie
- Rowerowy przewodnik po Wrocławiu
- Po czym poznać, że kumpel stracił konto GG
- Pochwała piractwa
- Demokracja i społeczeństwo vs. populizm i masa

Archiwum:
2007
    Maj
    Czerwiec
    Sierpień
2008
    Styczeń
    Luty
    Marzec
    Maj
    Czerwiec
    Wrzesień
    Październik
    Grudzień
2009
    Luty
    Marzec
    Kwiecień
    Maj
    Czerwiec
    Październik
2010
    Styczeń
    Lipiec
    Sierpień

Bartek Wilczek © 2007