Grunt to bunt (?)
(2007-06-02 13:28:57) |
komentarze (0)Z okazji wczorajszego Dnia Dziecka postanowiłem napisać kilka słów na temat jednego z fundamentalnych dziecięco-młodzieżowych atrybutów, mianowicie buntu, oraz kryzysu jaki aktualnie bunt przechodzi.
A na czym polega kryzys buntu? Otóż na tym, że nie ma przeciw czemu się buntować. Wszechobecny tzw. "system" potrafi bowiem bunt doskonale wykorzystać na swoje potrzeby. Czym jest system? Aktualnie jest to najogólniej mówiąc kaplitalistczny globalizm (ta nazwa wydaje mi się bardziej trafiona niż globalny kapitalizm). Po szczegóły odsyłam do Żakowskiego i Naomi Klein.
Ostatnim buntem na szerszą skalę, któremu udało się (wprawdzie na krótką skalę pozostać autentycznym) był ruch punków w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 70-tych ubiegłego wieku. Zakładam tu, że bunt autentyczny to taki, który godzi w system i jest przez niego zwalczany. Brytyjscy punkole mieli przez chwilę tę satysfakcję, że mogli czuć się jak wyrzut sumienia, czy chociażby wrzód na dupie systemu panującego w ich kraju. I trwało do tak długo jak system chciał z nimi walczyć. Ten ostatni autentyczny bunt skończył się w chwili, gdy system go przyswoił. Sex Pistols pojawili się w telewizji, zapewne pomiędzy reklamami margaryny i proszku do prania. W sprzedaży pojawiły się pocztówki pokazujące punków jako atrakcję Londynu obok Big Bena i Tower Bridge, do seryjnej produkcji odzieżowej trafiły skórzane kurtki z wymalowanymi nazwami kapel, koszulki, agrafki, i wszelkie inne punkowe akcesoria. Bunt został raz na zawsze skomercjalizowany.
W dzisiejszych czasach nieświadoma tej sytuacji młodzież, która wchodzi w wiek gdzie potrzeba buntu pojawia się tak samo naturalnie jak pryszcze, nie musi się specjalnie wysilać, żeby wybrać swoją drogę "buntownika". Wersja hip-hopowa - nie ma sprawy, telewizja i radio ostro lansują tę wersję, półki sklepowe uginają się od płyt i odzieży specjalistycznej. Wersje mniej mainstreamowe, jak rockowa, metalowa, religijna, inteligencka to w zasadzie to samo - rynek dostarcza gotowych rozwiązań. Po prostu wybierz jak się chcesz buntować i kupuj - czyli napędzaj system.
Patrząc na przekaz płynący z prasy, radia i telewizji można nawet dojść do wniosku, że bunt jest tam nie tylko cicho wspierany, ale wręcz propagowany. Kiedyś jakieś tam wzorce dla młodzieży mówiły, żeby być grzecznym, szanować rodziców, uczyć się itp. Aktualnie przekaz medialny pokazuje jak bardzo wporzo są goście, którzy robią coś zupełnie odwrotnego. Historyjki o spożywaniu kwasów, paleniu ziółka czy współżyciu płciowym ze wszystkim co się rusza są na porządku dziennym. Historyjki o zabijaniu policjantów też ("Die, die, die pig, die!", to inteligentny cytat z numeru "Cop Killer" pana o ksywie Ice-T). Ciekawe jakie "buntownicze" postawy trafią do mainstreamowej propagandy w najbliższych czasach, kiedy wszystko co "zbuntowane" i "anty" już się młodzieży wyda zwyczajne (w sumie Ice-T mordował policję już w 1992).
Wygląda na to, że z nastaniem kapitalizmu kreatywny bunt skończył się również w Polsce. Czasy kserowania zinów i książek, oraz przegywania kaset nagranych w Jarocinie na radiomagnetofon marki kasprzak minęły już bezpowrotnie. To samo jeśli chodzi o autorską produkcję zbuntowanej odzieży (np. kiedyś szale dla kiboli robiła na drutach babcia/mama/dziewczyna, nadruki na koszulkach załatwiało się przez prasowankę z wyciętej kalki biurowej). W dzisiejszych czasach często dochodzi sytuacji, w której aby nastolatek kultury Zachodu mógł się buntowniczo zrealizować wydaje sporo pieniędzy swoich rodziców, a gadżety produkowane za głodową pensję przez jego rówieśnika gdzieś na Dalekim Wschodzie. Z punktu widzenia globalnego kapitalizmu takie ukierunkowanie buntu jest posunięciem genialnym. Bunt zamiast stymulować do rozwoju, szerszego spojrzenia na świat, służy teraz jako narzędzie do wychowania na dobrego konsumenta. Naprawdę, z punktu widzenia systemu jest to idealny układ.
Wygląda na to, że jedyne wyjście (stosowane niekiedy przez prawdziwych ortodoksów) to przysłowiowy wyjazd w Bieszczady i życie w leśnej głuszy, całkowicie poza społeczeństwem, poza systemem. Sad but true.
Jeszcze na koniec szybka dygresja na temat czasów buntu przeciwko komunizmowi w Polsce. Z dzisiejszej perspektywy widać jak bardzo ówcześni polityczni buntownicy nie potrafią teraz bez komunizmu żyć. Całe swoje życie poświęcili walce z komunizmem i teraz kiedy komunizm się skończył nie potrafią się odnaleźć bez dawnego wroga. W takiej sytuacji antykomunistyczni buntownicy zacznają na siłę szukać śladów komunizmu, bo całe zło świata tłumaczą sobie komunizmem i sposobu naprawy świata szukają w zniszczeniu komunizmu (urojonego, czy też prawdziwego - nieważne). I nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo robią się podobni do komunistów, którzy całe zło świata tłumaczyli sobie kapitalizmem a sposobu naprawy świata szukali w niszczeniu kapitalizmu. To była tylko taka dygresja na temat potencjalnego spustoszenia jakie może wywołać totalny bunt. Wprawdzie innego rodzaju, ale jest to poniekąd związane z tematyką naszego dzisiejszego wywodu.
No i już zupełnie na koniec: podsumowując wygląda na to, że punkowe hasło użyte w tytule notki można już odstawić do lamusa. Proponuję zmianę hasła na "grunt to podstawa".
* * *
Dlaczego telewizja jest nudna
(2007-06-02 22:33:58) |
komentarze (0)Od czasu do czasu zdarza mi się przez chwilę pooglądać telewizję i każde kolejne takie wydarzenie odchorowuję potem przez długi czas. Z własnej inicjatywy korzystam z TV wyłącznie jako kanału przekazu transmisji sportowych (siatkówka i nożna) i ledwie jestem w stanie przeboleć idiotyczne maratony reklamowe które na ogół kończą się gdy mecz już trwa. Ostatnio nawet minutowa przerwa techniczna w meczach siatkówki została zagospodarowana przez reklamę :/
Ale o reklamie parę słów będzie przy innej okazji. Przy tej okazji chciałem podzielić się obserwacją na temat zjawiska "rozcieńczania" zawartości audycji telewizyjnych. Pojawiło się ostatnio sporo programów utrzymanych w kiczowato rewiowej konwencji (Taniec z gwiazdami, Jak oni śpiewają, Idol, itp.). Teoretycznie meritum takiego programu powinien być występ "zawodnika", ocena sędziów, potem następny zawodnik - alleluja i do przodu. Jestem przekonany, że gdyby scenariusz przykładowego odcinka układał jakiś inżynier odcinek trwałby nie 90, ale maksymalnie 20 minut. Powód? Inżynier wywaliłby wszystko co nie jest związane z meritum. Czyli wszelkie bezmózgie wywiady przed/po występie, ujęcia "spontanicznie reagującej" widowni, anegdotki zza kulis musiałyby zniknąć.
Prawdopodobnie jednak to nie meritum jest w tych audycjach najważniejsze, ale właśnie te dla mojego inżynierskiego oka bezsensowne wstawki. Dialogi o niczym tych ładnych ludzi. O tym jak się stresowali przed występem i jak są zadowoleni po, o tym jak lubią i szanują swoich rywali, walczą z głodem na świecie i ogólnie są kiczowato wspaniali. Oceny "ekspertów", zawsze spektakularne - miażdżace, albo wynoszące pod niebiosa. Nieważne jaki był naprawdę poziom występu. W zasadzie to ten poziom na ogół jest mierny, więc chyba dlatego zostaje tak naprawdę schowany na drugi plan.
Zresztą zjawisko rozcieńczania właściwej zawartości dotyczy nie tylko kiczowatych rewii skupionych wokół rozmów ładnych ludzi o niczym. Bardziej boli mnie fakt, że transmisje sportowe mają ten sam problem. Dawno temu bramki z kolejki logowej polskiej extraklasy można było zobaczyć w magazynie Gol, który trwał 25minut. Teraz mamy magazyn Orange Ekstraklasa, który trwa minut 90. Mimo że meczy jest mniej. Czas jednak zapychają wywiady, analizy i felietony o niczym. Przecież wywiad z każdym piłkarzem wygląda tak samo. Nieważne kto strzelił, ważne jest zwycięstwo, zasługa całego zespołu. Aż kiedyś pomyślałem sobie, że gdybym został piłkarzem i strzelił jakiegoś ważnego gola, to w wywiadzie powiedziałbym z czystej przekory, że dobrze że jestem taki super, bo z tymi patałachami z drużyny nie da się grać i gdyby mi nie przeszkadzali strzeliłbym tych goli z 5.
Jeśli chodzi o transmisje meczy w TVP to do szewskiej pasji doprowadzają mnie analizy sytuacji meczowych prowadzone przez "expertów" pana Gmocha, Engela itp. gwiazdy. Szczerze mówiać g*wno mnie one obchodzą - wolałbym zobaczyć powtórki bramek. Ale te powtórki są na koniec - jako nagroda dla twardzieli, którzy przetrzymali cały wywód Gmocha.
A przecież tak wcale nie musi być. Ostatnio ściągnąłem z sieci 140 odcinków wspomnianego już kiedyś wcześniej programu Sonda nagrywanego w latach 80-tych. Różnica w poziomie audycji jest miażdżąca. Prowadzący Sondę prowadzą kulturalną dyskusję posługując się ładną polszczyzną, używając fachowej terminologii i zdań wielokrotnie złożonych. Uważają widza za inteligentnego partnera do konwersacji. Nie narzucają jednej wizji, ale pokazują problemy z wielu stron i pozwalają odbiorcy użyć inteligencji by wyrobił sobie własną opinię. Gdyby dziś w telewizji można było zobaczyć audycje na takim poziomie zostałbym zapewne tele maniakiem. TVP Kultura swoje robi, jednak to trochę za mało. Ale w sumie czego się spodziewać, skoro w dzisiejszych czasach wyznacznikiem dojrzałości (matura) jest rozumienie tego co się czyta. Kiedy ja się uczyłem nie był to wyznacznik dojrzałości, ale zaświadczenie, że się nie jest skończonym debilem.
* * *
O reklamie słów kilka
(2007-06-03 00:30:20) |
komentarze (0)Z reklamą spotykamy się w zasadzie na każdym kroku, tak więc coraz rzadziej zwracamy na nią uwagę. I nie ma w tym nic dziwnego trudno zwracać uwagę, skoro od dłuższego czasu reklama dowolnego produktu opiera się na dwóch elementach: seks i wizerunek szczęsliwej rodziny. Próby wyjścia z tego schematu kończą się na ogół niezrozumieniem ze strony szerszej publiczności. Ja np. nie rozumiem jak się ma to telefonii komórkowej biało-fioletowa ameba. Wtajemniczonych proszę o wyjaśnienie.
No a wracając do seksu i szczęśliwej rodziny jako koni pociągowych reklamy trudno już chyba znaleźć produkt, który nie byłby reklamowany przez z użyciem owych motywów. Wniosek jest oczywisty - to oznacza, że taka reklama jest skuteczna. I tu, w okresie ciągłych problemów z rekrutacją nowych programistów, pojawił się pomysł, żeby w kampaniach rekrutacyjnych skorzystać z tych sprawdzonych motywów.
Wyobraźcie sobie banner w jakimś serwisie pośrednictwa pracy w rodzaju pracuj.pl... Before: obrazek jakiejś patologicznej rodziny spożywców tanich trunków. After: obrazek szczęśliwej rodzinki trzymającej się za ręcę biegnąc wśród polnych kwiatów i hasło w stylu "Odkąd tatuś został programistą PHP w Ciao GmbH nasze życie nabrało sensu. Pokaż dzieciom, że je kochasz - wyślij CV do Ciao GmbH już dziś!".
Ewentualnie scenariusz według drugiego wzorca. Seksowna blondi ostentacyjnie odrzuca zaloty napotkanych słodkich metro chłopców z jednodniowym zarostem, przyżelowaną grzywką i wyrzeźbionym brzuchem, by rzucić się na szyję tego jedynego, wyjątkowego... kodera PHP zatrudnionego w Ciao GmbH. Hasło: "Radzisz sobie z OOP w PHP4? Operowanie na stringach nie ma przed Tobą tajemnic? Wyślij CV do Ciao GmbH, a wszystkie stringi (wraz z właścicielkami) będą należeć do Ciebie!"
Trzeba będzie pogadać z naszymi specami do rekrutacji. Może jeszcze da się zmienić kampanię i oprzeć ją na wzorcach sprawdzonych w reklamie.
* * *
O narzekaniu
(2007-06-04 20:58:01) |
komentarze (0)Ostatnio doszedłem do wniosku (niezwykle odkrywczego), że narzekanie nie prowadzi do poprawy sytuacji na którą się narzeka. Wniosek tylko wydaje się oczywisty - gdyby był taki naprawdę wielu ludzi doszło by już do niego przede mną.
I tak można sypać przykładami:
Narzekamy na brudne ulice. Same się brudne nie robią - gdyby każdy narzekający użytkownik ulicy przestał śmiecić prawdopodobnie podniosłoby to poziom czystości. Dotyczy to w zasadzie nie tylko ulic, ale każdego miejsca gdzie o czystości decydują użytkownicy, również wspólnej kuchni w biurze ;)
Gdyby każdy narzekający na żenująco niski poziom audycji telewizyjnych przestał je oglądać prawdopodobnie audycje podniosłyby swój poziom starając się odzyskać widzów. Niestety aktualna taktyka stacji telewizyjnych nie opiera się na sympatii widza, tylko jego uzależnieniu. Więc widzowie narzekają i oglądają.
Gdyby każdy narzekający na poziom usług komunikacji miejskiej płacił za bilety może by się ten poziom nieco podniósł.
Gdyby każdy narzekający na kiepską atmosferę na stadionach/w halach sportowych zacząć uczęszczać na mecze frekwencja znacznie by się podniosła i oprawa widowisk wiele by na tym
zyskała.
Gdyby każdy narzekający na poziom kultury (chociaże we Wrocławiu akurat na to trudno narzekać) zaczął chodzić do teatru, na koncerty, kupować płyty to na pewno by tę kulturę wspomógł.
Gdyby każdy narzekający na władzę głosował w wyborach...
I tak dalej, i tak dalej... Oczywiście nie odbieram nikomu prawa do narzekania. Jednak należy odróżnić tutaj zapisane w naszych genach narzekania dla samego narzekania od konstruktywnej krytyki. A przywilej takiej krytki przysługuje jednak tylko tym, którzy ze swej strony robią wszystko by krytykowanych problemów uniknąć.
Dawno dawno temu, kiedy Pudelsi byli jeszcze zespołem rockowym a nie kabaretem pana pajaca Maleńczuka nagrali numer z tekstem Piotra Marka, który ładnie pasuje na puentę do tej notki, a idzie mniej więcej tak: "Bo nie ma prawdy na ziemi, nie szukaj jej w niebie, chcesz zmieniać ten świat to zacznij od siebie". Zachowujmy się tak jak chcemy, żeby zachowywali się inni - proste.
* * *
Reklama w służbie patriarchatu
(2007-06-04 22:37:13) |
komentarze (0)Przywyczailiśmy się już (niestety) do tego, że w większości reklam kobiety są sprowadzane do swojej roli seksualności. Wszystkie te dedykowane dla samców reklamy piwa, narzędzi ogrodowych, kosmetyków itp. Chwyty oklepane i mało odkrywcze, krytykowane nie raz, nie tylko przez kobiety. Tym bardziej dziwi fakt, że ostatnio najbardziej antykobiece reklamy jakie zdarzyło mi się obejrzeć były właśnie adresowane do kobiet.
Produktów oczywiście nie kojarzę - jakieś kosmetyki dla kobiet. Przebieg reklamy pokazywał kobietę, która ma problem z nadmiarem tkanki tłuszczowej w okolicach pasa. Jako samiec żadnego tłuszczu tam nie zauważyłem, ale reklama była adresowana do kobiet, które zapewne mają bardziej wyczulony wzrok jeśli chodzi o ocenę kształtów innych kobiet. Anyway - bohaterka jest nieszcześliwa i wstydzi się swojego "brzuszka" przed swoim mężczyzną (oczywiście słodki metro chłopiec). Jednak po zastosowaniu reklamowanego specyfiku staje się znów dla niego atrakcyjna, życie nabiera sensu i wszyscy są szczęśliwi. Na czele z producentami owego kosmetyku oczywiście.
Tak więc nie wiem o co kobiety (feministki?) mają żal jeśli chodzi o seksistowskie reklamy piwa. Kobiety same siebie przedstawiają jako istoty dla których podstawowym problemem jest bycie atrakcyjną dla samca. Doprawdy mniej seksistowskie są reklamy przedstawiające kobietę zajmującą się domem - jest to jednak odrobinę bardziej dojrzała wizja dla kobiety niż bycie wyłącznie przedmiotem pożądania.
* * *
Rasizm wśród kiboli Śląska
(2007-06-09 20:59:57) |
komentarze (1)Parę dni temu odbyła się ostatnia kolejka drugiej ligi. W przedostatniej Śląsk podejmował Ostrowieckie KSZO. Mecz był dość interesujący, niestety frekwencja nie dopisała (tylko 3000 osób). I właśnie przy tej obniżonej frekwencji po raz pierwszy miałem okazję przekonać się, że historie o rasizmie na stadionach nie są kompletnie wyssane z palca.
Ponieważ pogoda była średniawa mało ortodoksyjni kibice postanowili zostać w domu i większość na trybunach stanowili prawdopodobnie młodzieńcy chowani przez młodzież wszechlolską. Oszczędzając kasę na bilety zajęliśmy z Jachem miejsca na trybunie odkrytej, w środku młyna*. Kibicowaliśmy dzielnie wspólnie z resztą, dopóki prowadzący doping nie zaintonował przyśpiewki wyśmiewającej czarnoskórego napastnika Śląska Benjamina Imeha. Ręce nam opadły, poczuliśmy się zażenowani i w przerwie zmieniliśmy sektor, żeby się od plebsu oddalić.
Ciekawe było to, że w meczu Imeh grał bardzo dobrze, ale prowadzący doping nie mógł tego widzieć, bo stoi tyłem do murawy. Kiedy w drugiej połówce strzelił bramkę młyn gwizdał gdy spiker przeczytał nazwisko strzelca (!). Śląsk zdobył gola, a "najbardziej oddani" kibice gwiżdżą, bo srzelił go czarny - byłem zdumiony. Kiedy Imeh dołożył drugiego gola gwizdów już na młynie nie było. Szkoda, że nie zdążył srzelić hat-tricka - może by się towarzystwo ocknęło i podziękowało oklaskami.
Teraz możemy spróbować się zastanowić co z problemem zrobić. Nauczanie ćwierćmózgich pajaców zdalnie sterowanych przez misjonarzy młodzieży wszechlolskiej, czy jakichś tam innych faszyzujących formacji nie ma moim zdaniem żadnego sensu. Jedynym sposobem, żeby atmosfera na trybunach nabrała cywilizowanego kształtu jest zwiększenie frekwencji, tak żeby 1000 pajaców nie stanowiło 1/3 ogółu, ale powiedzmy - 10%. Wtedy naprawdę trudno będzie im się przebić z lansowaniem głupich tekstów, i liczę na to, że normalni kibice stanowiący większość będą takie przejawy rasizmu i innych głupot tępić. Sam, gdybym umiał, zacząłbym gwizdać podczas tej rasistowskiej przyśpiewki ;)
W głosowaniu internetowym Imeh został przez kibiców wybrany zawodnikiem meczu. Otrzymał 89% głosów. To pokazuje, że tak naprawdę odsetek rasistowskich oszołomów wśród kibiców oscyluje wokół 10%. Podobnie wygląda to w innych, bardziej piłkarsko rozwiniętych krajach. Jednak tam, 10% ogółu kibiców przekłada się na 10% na trybunach. U nas niestety kibicowanie na stadionie kojarzy się ludziom (potencjalnym widzom) źle i niebezpiecznie, i stąd te proporcje są mocno zachwiane na korzyść radykałów. Sposób jak poprawić sytuację jest więc prosty - zapraszam normalnych kibiców na stadiony w celu prowadzenia normalnego dopingu. Do zobaczenia jesienią przy Oporowskiej :)
*) Młyn to sektor zajmowany przez najbardziej zagorzałych kibiców prowadzących doping.
* * *
Zjednoczenie przeciw kaczyzmowi
(2007-06-09 23:09:53) |
komentarze (1)Parę dni temu pojawiła się w necie inicjatywa mająca na celu odwołanie panującej nam kaczej władzy środkami prawnymi. Inicjatorzy zaczęli zbierać podpisy pod wnioskiem o rozpisanie referendum mającego na celu odwołanie prezytenta. Szczegóły do przeczytania tu.
Nie mam zamiaru wnikać w szczegóły czy jest to faktycznie sposób zgodny z prawem. Chciałem raczej poruszyć polski problem umiejętności zjednoczenia się jedynie w celu walki ze wspólnym wrogiem. Załóżmy, że wspomniana inicjatywa zakończy się sukcesem. Kaczy rząd upada, i co dalej? O tym już uczestnicy akcji nie pomyśleli. Nie proponują alternatywy, nie mają programu, nie proponują utworzenia żadnej formacji politycznej zdolnej przejąć władzę. Jest to dokładna kopia rewolucyjnej logiki stojącej właśnie za aktualnie rządzącymi ugrupowaniami! Ich z kolei logika jest dokładną kopią logiki rewolucyjnych socjalistów sprzed lat. W skrócie: jeśli jest źle odpowiedzialnymi za aktualny stan są kapitaliści/komuniści/układ/kaczyzm (niepotrzebne skreślić) więc jeśli się pozbędziemy przyczyny życie natychmiast nabierze sensu i wszyscy będą zadowoleni.
Oczywiście naprawianie przez niszczenie nigdy nie działa. Nigdy nie jest to łatwe, zawsze winny układ jest mocniej zakorzeniony niż się to z początku zdawało, więc trzeba niszczyć i przejmować pod kontrolę coraz większe obszary. Nie ma co się rozpisywać, jak to wygląda w praktyce każdy widzi. Zdumiewający jest brak postawowej wiedzy historycznej walczących w ten sposób. Każda rewolucja oparta na zniszczeniu kończy się bowiem tak samo. Może lepiej zaufać zachodniemu modelowi liberalnej demokracji opartej na społeczeństwie obywatelskim? (Wprawdzie teraz też w lekkim kryzysie). Po co szukać nowych rozwiązań, albo co gorsza sięgać do skompromitowanych starych, skoro można uczyć się na sukcesach innych zamiast na swoich błędach.
Teraz trochę patosu będzie ;) Jako naród pokazaliśmy nieraz, że jesteśmy w stanie się zjednoczyć i coś tam zaprezentować. Jeśli tylko wspólną energię ukierunkujemy na realizację wspólnego celu (przez budowę) zamiast walki ze wspólnym wrogiem (przez niszczenie) wróżę nam świetlaną przyszłość.
* * *
O odpowiedzialności państwa
(2007-06-09 23:54:41) |
komentarze (3)Tak się składa, że to druga pod rząd notka o zabarwieniu politycznym. Tym razem będzie krótka historyjka o tym dlaczego nie należy zabierać emerytur ubekom. Nie będę wnikał w to czym się UB zajmowało, tylko pokażę na przykładzie czym jest ciągłość państwa i odpowiedzialność państwa względem prawa.
Załóżmy, że jesteś kontrolerem biletów MPK. Wybrałeś tę pracę ponieważ gwarantują wysoką emeryturę, możesz się wykazać łapiąc ludzi łamiących prawo jeżdżąc na gapę. I tak prowadzisz sobie życie kanara przez szereg lat wysyłając, zgodnie z obowiązującym prawem, gapowiczów przed oblicze sądu grodzkiego. Po nabyciu prawa do emerytury korzystasz z niego i szastasz swoją kontrolerską emeryturą na prawo i lewo.
I wtedy dochodzi do przewrotu politycznego. Do władzy dochodzi Partia Darmowych Przewozów i ustanawia bezpłatne przewozy taborem MPK dla wszystkich. Instytucja kanara zostaje zlikwidowana. Ponadto pojawia się pogląd, że każdy były kontroler współtworzył aparat represji (mimo że działał zgodnie z obowiązującym wówczas prawem) w związku z czym traci prawo do swojej emerytury.
Oczywiście masz prawo czuć się oszukany, skoro pracowałeś i nabyłeś przywileje zgodnie z prawem, po czym zabrano Ci zgodnie z innym prawem, o nadejściu którego nie miałeś pojęcia 30 lat temu. Jak w takiej sytuacji jakikolwiek obywatel może zaufać państwu, które nie respektuje prawa które samo stanowi? Skąd mamy mieć gwarancję, że państwo za jakiś czas nie zmieni zdania i to za co aktualnie nagradza nie będzie powodem do napiętnowania, pozbawienia fukncji publicznych i uwięzienia? Z punktu widzenia obywatela prawo jest stanowione przez państwo - a państwo jest jedno, wszystko jedno czy nazywa się PRL, RP, czy IV RP. Mamy chyba prawo spodziewać się, że prawo stanowione przez państwo nie będzie działało wstecz - jest to absolutny fundament zaufania publicznego.
Jeśli chodzi o ten problem podobnie wygląda sytuacja związana ze współpracą obywateli z milicją/policją. Czy jeśli teraz pomogę policji złapać złodzieja i dostanę za to medal, a za 20 lat nowa władza uzna naszą aktualną policję za organizację przestępczą to powinienem się obawiać o swoją wolność?
Prezentowane przez aktualną koalicję podejście do ciągłości odpowiedzialności państwa wobec prawa jest najlepszym sposobem, żeby społeczeństwo raz na zawsze zniechęcić do współpracy z organami państwowymi. Jest to propagowanie państwa antyobywatelskiego i utrwalanie podziałów my-oni.
Polecam władzy zastanowienie się jeszcze przez chwilkę nad celowością inicjatywy pozbawiania byłych ubeków emerytury. Pojawiający się argument poczucia sprawiedliwości społecznej był już motorem niejednej rewolucji (a one zawsze źle się kończą). Poczucie sprawiedliwości społecznej jest subiektywe i niemierzalne - nie może więc służyć do decydowaniu o winie, czy niewinności. Mierzalne i w założeniu obiektywne jest prawo. Podczas swojej pracy ubecy działali zgodnie z obowiązującym wtedy prawem, ich emerytury też zostały zgodnie z tym prawem ustalone. Jak dla mnie nie ma tematu.
* * *
Bezpretensjonalna reklama
(2007-06-10 00:49:24) |
komentarze (1)Jeśli chodzi o reklamę guru jest dla mnie moja siostra. Każde wspólne oglądanie TV, a co za tym idzie reklam jest okazją do wspólnych drwin na ich temat. Zwłaszcza jeśli chodzi o rosnący poziom pretensjonalności.
Matka wychodząca z toalety po udanej defekacji prosto w ramiona rozradowanych dzieci. Trudno o bardziej pretensjonalne zestawienie niż gówno i miłość macierzyńska.
Podobnie jak hasła w stylu pokaż dziecku, że je kochasz i kup mu jogurt. Doznawanie ekstazy seksualnej przy tak trywialnych czynnościach jak mycie włosów, czy konsumpcja sera. I tak dalej, i tak dalej.
Tu właśnie Baśka zaproponowała rewolucję w konstrukcji haseł reklamowych. A może zamiast tych żałosnych pretensjonalnych tekstów nie mających się nijak do produktu wprowadzić hasła trafiające w sedno w najprostszy możliwy sposób. Na przykład dla reklamy cukierków slogan nie powiniem brzmieć "niebo w ustach", czy "jesteś wyjątkowy" lub jakikolwiek podobny bełkot, tylko na przykład "wpierdol se cuksa". Krótko i zajebiście, jak mawiała Dona z Kilera. Nie lepiej zamiast pokazywać dziecko bawiące się ze szczeniakiem wśród rolek papieru toaletowego zaproponować hasło "Marka A. Wytrzyj dupę"? Na pewno nie byłoby pretensjonalnie :)
I na deser niezapomniany zestaw reklam z Dnia Świra.
* * *
Dream Theater & Riverside in concert
(2007-06-17 00:41:46) |
komentarze (0)W minionym tygodniu (konkretnie we wtorek) miałem przyjemność wybrać się na koncert Riverside i Dream Theater. Koncert odbył się w katowickim Spodku, na szczęście jednym z uczestników wycieczki był Tomek - szczęśliwy posiadacz samochodu, dzięki któremy mieliśmy szybki i wygodny transport - dzięki :) A oprócz Tomka i mnie wrocławskie środowisko programistyczne reprezentowali rownież Czajnik i Marwi.
Po przyjeździe do Katowic, ku mojej niezmiernej radości okazało się, że już nie śmierdzi żulem! Ostatni raz kiedy tam byłem (mecz Polska-Austria) zapamiętałem z Górnego Śląska głównie wszechogarniającą woń dworcowego żula. Ta trauma została na szczęście we wtorek zaleczona.
A teraz do rzeczy. Koncert miał się rozpocząć o 20 i rozpoczął się punktualnie - rzecz niebywała. Zaczęli supporterzy - Riverside. Niestety nagłośnienie mieli fatalne. Przez pierwsze dwa numery było słychać wyłącznie stopę i klawisze. Później, po małych poprawkach pojawiły się pozostałe bębny, wokal i gitara. Basu nie było słychać do końca występu. Niestety pomimo poprawek brzmienie było naprawdę kiepskie. Stereofoniczny pogłos gitary rozpływał się poza tempem, co sprawiało wrażenie przypadkowości dźwięków. Na szczęście znam Riverside już z innych koncertów, bo gdybym poznał ich właśnie na tym koncercie to zapewne na takim poznaniu by się skończyło. Kapela jakby nie było porządna, nagrania studyjne bardzo wysokiej jakości a tu taka brzydka wtopa. Liczę na poprawę przy następnym tournee ;) Jesienią ma się ukazać nowa płyta, więc zapewne będzie też koncert we Wrocławiu.
Riverside zagrali dość krótko - zaledwie 40 minut. Potem przez kolejnych zaledwie 30 minut trwała zmiana sprzętu i gwiazda wieczoru, Dream Theater zaczęła występ ok. 21:15. No i było jeden z najlepszych występów jakie kiedykolwiek widziałem. Technicznie i muzycznie chłopaki są niesamowici - każdy z nich jest wirtuozem, a kawałki są melodyjne i bujające. Oczywiście na tyle na ile można tak powiedzieć o progresywnym metalu ;) No i można by tu rozpływać się nad doskonałymi, czystymi i granymi szybko i w punkt solówkami Petrucciego, nad popisami Portnoya czy szybkimi paluchami Myunga, jednak to nie było dla mnie tego wieczoru najistotniejsze. A najistotniejsze było, że w końcu, po raz pierwszy od dość dawna muzyka mnie porwała i utopiła. Wyłączyło mi się liczenie metrum, patrzenie na ręce itp. Po prostu chłonąłem dźwięk - i to było niezwykłe :)
Niestety, od kiedy się zacznie samemu coś grać traci się trochę na odbiorze koncertów - podchodzi się do muzyki trochę za bardzo analitycznie. To widzę po sobie (i po Czajniku ;) ). Mam nadzieję, że uda mi się tego oduczyć, bo jednak przeszkadza to trochę we właściwym, totalnym odbiorze. Tego sobie i wszystkim mającym podobny problem grajkom życzę.
A już niedługo (07.07.2007) w Krakowie zagra Porcupine Tree. Wybieram się tam i liczę na szoł co najmniej tak dobry jak w zeszłym roku w Łodzi.
* * *
Perkusja jest fajna
(2007-06-17 02:13:03) |
komentarze (0)Dzisiejszego popołudnia ogarnęła mnie przemożna chęć pogrania sobie (nie na kompie, tylko na instrumencie). Niestety reszta bandu w rozjazdach, więc nie było z kim pojamować. W akcie desperacji kupiłem sobie pałki i postanowiłem, że skoro będę grał sam, to poćwiczę sobie obsługę perkusji. W drodze do salki wpadłem jeszcze do Czajnika pożyczyć basówkę (taki fajny GMR) i efekty. Generalnie byłem w takim nastroju, żeby grać gęsto i głośno - to chyba drobiazgowe sprzątanie mieszkania tak mnie naładowało energią do grania ;)
A próba indywidualna wypadła całkiem produktywnie. Okazuje się, że kaczka i chorus potrafią bardzo inspirująco wpłynąć na dźwięk basu. Mam nadzieję, że uda mi się praktycznie wykorzytsać te efekty na potrzeby naszych kawałków.
No ale o ile granie na basie to w zasadzie nic specjalnego, to granie na perkusji jest już dla mnie czymś jak najbardziej specjalnym. A grało się super - jak zawsze kiedy się zaczyna z jakimś instrumentem ;) Oczywiście było nierówno, ale wyżyłem się konkretnie. Po paru minutach ćwiczenia na zwolnionych obrotach nawet zaczęły mi wychodzić jakieś dramenbejsowe połamańce. Perkusja wciąga: pomaga odreagować stres, wyładować się fizycznie, a także jest w stanie wprowadzić w stan transu medytacyjnego (o ile się równo gra).
Tak więc serdecznie polecam drogim czytelnikom zakup pałek i walenie po garach w celu wyczilowania przed/w trakcie/po ciężkim dniu.
* * *
Dowcip o kanarach
(2007-06-17 03:02:51) |
komentarze (0)Jakiś czas temu przypomniała mi się ciekawa historia, która przydarzyła mi się parę lat temu. Jechaliśmy z kumplami (pozdro Kaliban, Marian, Majki) do Karpacza na weekend. Jako że pociąg wyjeżdżał skoro świt trzeba było na dworzec dojechać jeszcze przed skoro świtem. Były to czasy, kiedy jeszcze jeździły tramwaje nocne, a linia 40 miała swój długi postój na Grunwaldzie. I właśnie czekałem w tym tramwaju na odjazd, kiedy wsiadło dwóch wesołych podchmielonych młodzieńców afiszując się mocno faktem iż nie mają zamiaru płacić za przejazd. Wracające z imprezy dziewczyny nabijały się z tych koleżków, dwóch podpitych gości siedzących przede mną przysypiało, a ja obserwowałem sytuację.
Młodzieńcy co chwilę sprzedawali publiczności dowcip na temat znikomych możliwości umysłowych kontrolerów biletów MPK ku uciesze dziewcząt. Jednak po przejechaniu Mostu Grunwaldzkiego podpici imprezowicze siedzący przede mną rozbudzili się po wysłuchaniu kolejnego dowcipu na tyle, żeby wyciągnąć swoje legitymacje kontrolerów i wyprosić dowcipnisiów z wozu przu Urzędzie Wojewódzkim. Totalne zaskoczenie - młodzi podpici goście, przysypiający po imprezie wywalają z tramwaju młodych gapowiczów-dowcipnisiów - rownież wracających z imprezy. Miny wszystkich w tramwaju pamiętam do tej pory ;)
I tak jechaliśmy bez przygód przez kolejny jeden przystanek. Na Dominikańskim dosiadło się dwóch wąsaczy po których od razu było widać, że są kanarami. Goście szybko wzięli się do pracy zaczynając właśnie od przysypiających kanarów przde mną. Tamci oczywiście nie chcieli pokazać swoich biletów, za to chętnie pokazali legitymacje z pracy :)
Kiedy wysiadałem przy Dworcu dwa zespoły kanarów kłóciły się o to, czy legitymacja kanara upoważna do przejazdu bez biletu - ciekaw jestem jak się ta historia skończyła, który kanar któremy wlepił mandat itp. To była moja jedyna styczność z kontrolą biletów w nocnym tramwaju/autobusie. Jedyna, ale za to jaka :)