Jak się robi koncert charytatywny

Jakiś czas temu miałem przyjemność współorganizować koncert charytatywny, który odbył się w Firleju. Była to całkiem ciekawa przygoda, którą opiszę tu w paru słowach.

Kiedy pojawił się pomysł organizacji koncertu nie wiadomo było z której strony w ogóle ugryźć problem. Nie było żadnego punktu zaczepienia, a do rozwiązania było równanie wielu równań z wieloma niewiadomymi (klub, kapele, terminy). Na dobry początek odezwałem się do mojego jedynego znajomego pr0 muzyka, Lecha z Coffee Break, któren to nie dość, że wyraził chęć współpracy ze swoim składem, to jeszcze podesłał namiary na prawdziwych kozaków: Andrzeja Waśniewskiego (HooDoo Band) i, przede wszystkim, Natalię Grosiak. Jako klub-gospodarza wybrano Firleja, o którym wiadomo, że jest placówką żyjącą nie tylko ze sprzedaży piwa, ale potrafi się też zaangażować artystycznie. Boss Firleja Robert Chmielewski to człowiek niezwykle otwarty i pomocny, więc służył nam niejedną cenną radą.

Kiedy było już wiadomo gdzie i kiedy odbędzie się koncert (Robert zaproponował kilka terminów) trzeba było zsynchronizować kapele. I tu zaczęły się schody :] Okazało się, że HooDoo nie dadzą rady, Natalia nie zagra z Mikromusic ale z innymi przyjaciółmi (co moim zdaniem ostatecznie wyszło imprezie na dobre). Szczęśliwym zbiegiem okoliczności okazało się, że kolega z pracy (MM) ma znajomą kapelę, która właśnie wydaje płytę... tak się złożyło, że ta kapela to Lili Marlene :) (pisałem o ich koncercie jakiś czas temu). Ponadto inna kapela krewnych i znajomych również wyraziła chęć występu, mowa tu o gwieździe wrocławskiego electro-popu d'Archangel i mieliśmy już kompletny line-up, na konkretny termin. Podsumowując: wiedzieliśmy już, że Firlej, środa 07.11.2007, Natalia Grosiak (feat NOT ONLY & Marcelina Stoszek), Lili Marlene, d'Archangel. Firlej podjął się przygotowania i dystrybucji biletów, więc nam pozostała już "tylko" promocja.

Kanałów promocji zastosowaliśmy kilka, z różnym skutkiem. Najskuteczniejszy okazał się marketing szeptany, czyli odwoływanie się bezpośrednio do krewnych i znajomych, oraz ich krewnych i znajomych. Tutaj naprawdę odzew był spory (np. Zontek przyprowadził ponad 4 osób, Baśka 4). Trudno oszacować jaka była skuteczność pozostałych przedsięwziętych środków. Jedno jest pewne - najłatwiejsze jest dodanie imprezy do rozkładów jazdy na stronkach w necie (wrock.pl, cojestgrane, independent, activist itp), nieco trudniejsze jest przebicie się do radia (wprawdzie wyszło nam to trochę późnawo (dzień przed koncertem), ale osatecznie... yeah, było mnie słychać na antenie Polskiego Radia Wrocław i Radia RAM). Zdecydowanie najtrudniejsza jest promocja przez plakaty.

Projekt zmieniał się 3 razy, pierwszy zaproponowany przez graficzkę znajomą znajomej nie zawierał wszystkich wymaganych informacji, drugi - naszego autorstwa - wyglądał czytelnie, i to jedyne co można o nim powiedzieć dobrego. Natomiast trzeci plakat, zaprojektowany już przez znajomego pr0 wymiatacza wyszedł bardzo ładnie. Do wglądu tutaj.

Dzięki uprzejmości Betadruku (thx to Anita) dostaliśmy w promocyjnej cenie 200 (albo 300) wydrukowanych plakatów. Ich rozwieszanie po mieście to praca uciążliwa i czasochłonna, z kilku względów: - deszcz, śnieg i mróz - notoryczne zrywanie/zaklejanie przez organizatorów wrogich imprez - czujna straż miejska i policja Ja sobie nie zdawałem sprawy, że wieszanie plakatów jest nielegalne, skoro zaplakatowana jest każda ulica. Na szczęście strażnicy miejscy byli na tyle mili, że poinformowali o tym MK i mnie podczas akcji rozlepiania na Szewskiej. I nawet nie wzięli za to dużo, bo jedyne 100PLN :] Wzięli też plakat, jednak na imprezie się nie pojawili :P

Kiedy już przyszło do samego koncertu można go śmiało uznać za sukces, zarówno pod względem muzycznym jak i patrząc na frekwencję. Sprzedaliśmy 91 biletów, co można uznać za niezły wynik, mimo że w sali na 300 miejsc nie wyglądała ta liczba przesadnie imponująco. Strach myśleć ile ludzi by przyszło gdybyśmy należycie zabrali się za promocję (wcześniejsza obecność w radiu, więcej plakatów, bardziej fachowo rozlepianych) ;)

Na potwierdzenie, że muzycznie było nieźle polecam posłuchanie sampli z YouTube'a:

d'Archangel 1: http://www.youtube.com/watch?v=YTDo8zL31jE

d'Archangel 2: http://www.youtube.com/watch?v=QaFv1RWD_7c

Natalia: http://www.youtube.com/watch?v=IFVjPdaIXWI

Marcelina: http://www.youtube.com/watch?v=QiAfPaJq3Q4

Jeszcze na koniec uwaga krótka na temat współpracy z ZAiKSem i związanej z tym biurokracji. Aby nakłonić wspomniany ZAiKS do odstąpienia od opłaty za koncert (jest takie prawo chroniące własność artystów, które zakazuje zrzutkę z okazji każdego koncertu), bo koncert był charytatywny. W tym celu musiałem wypełnić 4 druki, oraz dostarczyć pełną listę wykonywanych utworów (zaznaczając autora tekstu i muzyki). Ze względów formalnych musiałem jeździć do ZAiKSu na Kasztanową 4 razy. Ostatecznie po zaakceptowaniu papierów zostały one przesłane do zatwierdzenia do Warszawy. Na decyzję ostatecznie się nie doczekaliśmy, bo zniecierpliwiony Firlej postanowił zapłacić, żeby domknąć wydatki przed końcem miesiąca. W ten sposób prościej jest znaleźć za free klub, zespoły, plakat, nagłośnienie o oświetlenie niż dogadać się z ZAiKSem. No ale to był jedyny problem na szczęście :)

Dwa słowa podsumowania: dzięki przybyciu całkiem sporej jak na środowy, deszczowy wieczór grupie słuchaczy udało się zebrać ~1700 PLN, które zostały przekazane na konto chorego na mukowiscydozę Łukasza Zadylaka. Ślicznie dziękuję wszystkim przybyłym na imprezę :) No i osobom, które tę imprezę współorganizowały, przede wszystkim ludziom z Ciao (AS - pomysłodawczyni & głównodowodząca, MK, TG), grafikowi (nieznamsie.com), drukarni (Anita & betadruk).



*  *  *

Ja, wiedźmin

Każdy chyba w ostatnch tygodniach miał okazję usłyszeć o polskiej superprodukcji w branży gier komputerowych, mianowicie o słynnym "Wiedźminie". Jako, że lubię sobie czasem pograć na kompie i podoba mi się wizja świata fantasy wg. Sapkowskiego postanowiłem sobie ową grę zakupić. Nie bez znaczenia był tu również fakt, że jest to produkcja polska, a rodzimy przemysł programistyczny należy wspierać. Szczególnie gdy samemu pracuje się dla germańskiego okupanta ;)

Doszły mnie słuchy o niebotycznych wymaganiach sprzętowych, jednak pamiętam, że kiedy kupowałem sobie kompa, to właśnie z myślą o uruchamianiu takich wypasionych gier, więc problemów się nie spodziewałem. Niestety było to dwa lata temu, i według ówczesnych kryteriów wypasioną grą był Half-Life2. Okazało się więc, że moja maszyna nie jest w stanie sprostać wypasionym wymaganiom w dzisiejszych realiach, co niestety pociągnęło za sobą bolesne inwestycje w sprzęt. I o ile sama gra kosztowała jedynie 80zł, to dołożenie 2GB RAMu, oraz wymiana zasilacza i karty graficznej pociągnęły za sobą wydatki 10 razy większe. Wprawdzie na starej konfiguracji udało się grę uruchomić, jednak przy domyślnych ustawieniach osiągałem zawrotną prędkość 2-3fps ;) Po wyłączeniu detali dało się nawet przejść prolog, jednak cała rozgrywka nie była przesadnie atrakcyjna, więc postanowiłem poczekać na nowy sprzęt przed kontynuacją przygody.

Podczas oczekiwania na kartę (thx to MK hardware dealer) skupiłem się na zapoznaniu z pozostałymi składnikami pudełka z grą (pomijająć samą grę ma się rozumieć). A było tego trochę: 3 książeczki, oraz płyta z muzyką i DVD z filmikami o tym jak gierca powstawała.

- książeczka pierwsza - opowiadanie "Wiedźmin" Sapkowskiego. Zawartość znana, ale fajny gadżet wprowadzający w tematykę.

- księżeczka druga - instrukcja do gry. Sprawiająca wrażenie napisanej na kolanie, noc przed oddaniem od druku. Straszna polszczyzna, zero polotu i dużo bełkotu. Za to na kredowym papierze.

- książeczka trzecia - poradnik do zadań. Tutaj nie dość, że styl opłakany, to jeszcze niespójności z późniejszymi nazwami w grze.

- płyta z muzyką - nie słuchałem

- płyta z filmikami - Bagiński pierwsza klasa, teledysk Vadera też niczego sobie, jednak opowieści z CD Projekt to już jakaś pomyłka. Brak związków pomiędzy pokazanymi wypowiedziami, za dużo "Yyy...", momentami takie światło, że nie było widać twarzy "bohaterów", wypowiedzi nie do końca składne, za to długie. Na szczęście przyzwoicie zmontowane i łatwo się po płycie nawigowało.

Jak więc widać do czasu odpalenia gry nastroje były raczej nieszczególne - wydanie pudełkowe, chociaż prezentujące się bardzo ładnie, to zdecydowanie przerost formy nad biedną treścią. Niestety, pierwsza styczność z samą grą to podobny ból. Interfejs taki sobie, jak dla mnie za małe cienkie literki i za dużo tła, no ale to w sumie szczegół. Prawdziwy problem to czas ładowania się stanu gry oraz lokacji. Potrafi to zajmować ok. minuty, na maszynie z 3GB RAMu i kartą graficzną z 512MB. No i w zasadzie to jedyny ból jaki mnie spotkał po odpaleniu. Kiedy zaczyna się rozgrywka robi się już pięknie :)

Grafika zrywa kask z bani, jak zwykł onegdaj mawiać Marian budowniczy mostów. Muzyka i dźwięki też na miejscu. To sprawia, że świat Wiedźmina jest po prostu ładny i z przyjemnością uruchamia się grę choćby po to, żeby popatrzeć na widoki, pozwiedzać ten świat. Sterowanie postacią jest proste, podobnie jak walka. Dla mnie są to atuty, ponieważ liczyłem na rozgrywkę luźną, bez pośpiechu, gdzie mogę skupić się na rozwiązywaniu zagadek bez zbytniego wczuwania się w machanie mieczem. A same zagadki/zadania są na dość wysokim poziomie. Zgodnie z zapowiedziami producentów fabuła nie jest liniowa, jednak obiecywane trzy zakończenia to tak naprawdę trzy, niewiel różniące się od siebie, warianty tego samego - jednego zakończenia. Ale w sumie to dla mnie nie problem. Fabuła i świat przesiąknięte są mocno duchem Sapkowskiego, trudno określić co jest dobre a co złe i które nasze wybory wpłyną korzystnie na dalszy rozwój wypadków. Niestety podejmowane przez nas decyzje nie mogą sprawić, że przegramy. Tak więc w zasadzie wszystko jedno jaką decyzję nie podejmiemy grę przejdziemy i tak, z małymi modyfikacjami w fabule.

Właśnie zdaję sobie sprawę, że większość tego tekstu to tak naprawdę narzekania, a przecież gra podoba mi się bardzo :) Przeszedłem już raz i zacząłem granie po raz drugi podejmując inne decyzje. Fabuła i ten świat są tak wkręcające, że gwarantują wiele godzin naprawdę doskonałej zabawy, oderwania się od rzeczywistości i wycieczkę do wymiaru fantasy. Jeśli ktoś jeszcze nie nabył, a ma maszynę, która podoła wymaganiom to stanowczo polecam :)



*  *  *

Halo, Salut România

Miałem w tym, w minionym roku przyjemność spędzić dwutygodniowy urlop w Rumunii. Tydzień w mieście, najdynamiczniej rozwijącym się w Rumunii, podobno ichnim Wrocławiu - Timisoarze. Drugi tydzień w górach Apuseni. Jechałem tam na zaproszenie kolegi z pracy (Ciao, mój pracodawca ma biuro również w Timisoarze) Sergiu, za które to zaproszenie mu serdeczenie dziękuję. Jechałem tam nasłuchawszy się opinii o tym jak to rumuńska gospodarka rozwija się w szaleńczym tempie goniąc polską, toteż wzmogły się we mnie polskie kompleksy i obawiałem się, że mogę zobaczyć tam, że Wrocław jest już nie dość, że 100 lat za Londynem, to jeszcze jakieś 10 za Timisoarą. Rzeczywistość jednak rozwiała moje obawy w sposób nie budzący jakichkolwiek wątpliwości.

Sama podróż przebiegała całkiem przyjemnie, pośpieszny do Krakowa, potem kuszetka do Budapesztu i przesiadka do Timisoary. Z pociągu najbardziej utkwiły mi pamięci dwie rzeczy: wagon francuskiej młodzieży wracającej z wycieczki do Krakowa. Szczeniaki miały max po 16-17 lat a ubierały się jak 25-30-letni czytelnicy Cosmopolitan w nieustannej walce o zdobycie partnera (full make-up, biżuteria, wielkie okulary - 100% lansu w lansie). Druga rzecz to węgierska straż graniczna dobijająca się do przedziału z okrzykiem "paszport kontrol!", zupełnie jakby jechali tam jacyś przemytnicy chińskich majtek, a rzecz działa się w latach stanu wojennego. Może nie mogli się pogodzić z nadchodzącą ratyfikacją porozumienia z Schengen, które mocno ograniczyło zapotrzebowanie na ich usługi ;)

W Budapeszcie z premedytacją zaplanowałem kilkugodzinny pobyt w oczekiwaniu na pociągo do Timisoary. Chciałem przekonać się ile prawdy jest w stwierdzeniu, że to najładniejsza stolica europejska. No i z tego co widziałem muszę przyznać, że nie jest to stwierdzenie bez pokrycia. Budapeszt, jak się później okazało, dostarczył najładniejszych widoków podczas całej tej dwutygodniowej wyprawy :) Ponieważ ten tekst ma być o Rumunii nie będę się rozpisywał na temat Budapesztu - wrzucę tylko fotkę przypadkowo spotkanego podwórka, jakich zapewne jest tam mnóstwo.


Takie podwórko w Budapeszcie
Zdjęcia zabytków znajdziecie sobie np. w Internecie ;)

Zaraz po przybyciu do Rumunii Sergiu zabrał mnie na 2-dniową imprezę organizowaną przez rodzinę jego kumpla z czegoś w rodzaju ichniego duszpasterstwa - Iosifa. Wiele mówi się o polskiej gościnności, jednak rumuńska okazała się wcale nie gorsza. Ludzie przyjęli pod swój dach na weekend 12 osób, zapewnili porządne warunki do spania, obfitość jadła, oraz rozrywek - byłem pod wielkim wrażeniem :) Apropos: polecam wycieczkę do jaskini niedźwiedziej (nie wiem dokładnie gdzie to było, ale jaskinia jest zawodowa). Jeśli chodzi o gościnność i wyżywienie... drugiego dnia gospodarze poczęstowali nas rumuńskim daniem regionalnym, zwanym przez miejscowych "sarmale". Okazało się, że ich danie regionalne jest identyczne z naszymi regionalnymi gołąbkami. Zarówno Rumuni jak i Polacy byli tym faktem mocno rozczarowani.

Miejscowość w której odbyła się owa impreza nazywa się Tinca, i w niej to właśnie zacząłem zapoznawać się z rumuńskimi zwyczajami. A pierwszy z nich to wysokie płoty, szczelnie zasłaniające podwórko przed ciekawskimi spojrzeniami przechodniów. Sergiu zapytany dlaczego tak się dzieje wyjaśnił, że prawdopodobnie jest to spowodowane strachem przed złodziejami, ja jednak bardziej skłaniałbym się do wniosku, że chodzi raczej o ukrycie bałaganu, który jest dobrze widoczny z okien autobusu, umiejscowionych jednak trochę wyżej niż oczy piechura.

Skoro już mowa o komunikacji autobusowej - dla Polaka jest to kompletna egzotyka. Dworce istnieją tylko w dużych miastach, przy czym ten w Timisoarze przypomina raczej rozmiarem dworzec w Bogatyni niż we Wrocławiu, czy nawet Zgorzelcu. No i rozkładów jazdy brak, kasa i poczekalnia zamknięta w sobotę. Na szczęście Sergiu był w stanie dowiedzieć się o godziny i kierunki odjazdów od barmanki w lokalu opodal dworca. No i całe szczęście, że dworzec i ten bar jednak znalazły się w tej miejscowości (Beiuş bodajże). W mniejszych miejscowościach nie ma nawet przystanków. Korzystanie z autobusu polega tam na zatrzymywaniu jadącego autobusu i wskakiwaniu. Kierowcy zatrzymują się i zabierają chętnych. Ale w jakie dni i w jakich godzinach owe autobusy przejeżdżają - tego nie sposób przewidzieć.

Jako przykład przytoczę historię powrotu z gór do Timisoary. Wyruszyliśmy do wioski przez którą przejeżdżają autobusy tak, by zabrać się tym, który rzekomo miał jechać ok. 16:00 - tak przynajmniej twierdził kierowca wiozący nas tam. Obecności przystanku oczywiście nie stwierdzono, więc rozłożyliśmy się z plecakami czekając w samym środku wsi. Po konsultacji z miejscowymi okazało się, że autobus oczywiście jedzie, ale jutro ok 9:00 rano. Mieliśmy szczęście, że z pomocą Sergiu i autostopu udało się nam dotrzeć do Beius, potem bus do Oradea, potem pociąg do Timisoary. Pozostali rozbili namioty i czekali cierpliwie na swoją kolej. Aha - ostatnia uwaga o autobusach... z Timisoary w góry jest ok. 270km. Autobus pokonał ten dystans w 7h.

Teraz szybka dygresja na temat kolei. Pociąg relaci Oradea - Timisoara był czysty, szybki i bardzo drogi. To było InterCity - taki normalny pociąg IC na poziomie. Dla odmiany pociąg osobowy relacji Timisoara - Arad sprawił, że PKP urosło do miary operatora luksusowego. Mówiąc w wielkim skrócie - cieszę się, że udało się na końcowej stacji odkleić od podłogi i siedzenia.

Rezerwacja biletów kolejowych to też ciekawa sprawa. Próbowałem tak z 7 razy, w różnych miejscach zarezerwować kuszetkę do Krakowa. Udało się dopiero w węgierskim Hatvanie, już u polskiego kierownika pociągu. W Rumuńskich kasach międzynarodowych albo nie było anglojęzycznej obsługi, albo połączenia telefonicznego z Bukaresztem, albo było za wcześnie, albo za późno, albo przerwa na lancz, albo cokolwiek. W każdym razie bilety polecam kupować w Polsce. PKP to naprawdę wyjątkowo kompetentny i przyjazny przewodnik - tak, sam jestem w szoku pisząc te słowa ;)

Teraz może coś pozytywnego, żeby nie było, że narzekam tylko - ostatecznie cały wyjazd bardzo mi się podobał :) A to głównie ze względu na ludzi - pod warunkiem, że to znajomi. Są bardzo pomocni, otwarci i gościnni. Góry tamtejsze są bardzo ładne, i mają tę zaletę (w przeciwieństwie do naszych gór), że jest tam bardzo mało tustystów i naprawdę można wyczilować na szlaku. Spokój, bezludzie - całkowite przeciwieństwo Tatr, Pienin, czy Karkonoszy.

Dobra, back to reality. O ile znajomi Rumuni są tacy, że do rany przyłóż, o tyle nieznajomi sprawiają wrażenie, że bardzo zależy im na wyciąganiu kasy z obcokrajowców. Prawdopodobnie zresztą tak właśnie jest. Sam się zresztą dałem oszukać w kantorze (wielkimi literami atrakcyjny kurs z małym rumuńskim wyjaśnieniem, że chodzi o kwoty powyżej 1000 RON, małymi literkami na dole śmieszny kurs dla mnie). Sergiu powiada, że trza uważać na złodziei rowerów itp. Ja ze swojej strony dołożę apel o uważanie na dzieciaki wąchające butapren z worków po mleku. W biały dzień, w centrum miasta. W sumie to nic mi żaden nie zrobił, ale czułem lekki dyskomfort.

Parę słów na temat miasta. Timisoara jest całkiem ładna, chociaż niemożliwie zaniedbana. Austro-węgierski okupant pozostawił sporo ciekawej zabudowy, której nie zniszczyła wojna, ani reżim Ceauşescu. Mogę śmiało polecić do zwiedzania kilka bardzo ładnych kościołów i placy. Na szczęście widać już rozpoczętą falę inwestycji i remontów, więc miejmy nadzieję, że już za kilka lat Timisoara będzie w stanie oczarować zagranicznego turystę. Hehe, tak gadam trochę jak niemiecki emeryt ;)

Póki co polecam zapoznanie się z Timisoarą przez Google Maps i Wikipedię. Ja miałem przyjemność zapoznawać się z miastem osobiście, podróżując rowerem. Niestety nie jest to przesadnie łatwe, ponieważ ścieżki rowerowe występują w ilościach śladowych, natomiast jakość chodników i ulic oraz wysokość krawężników i nagłych uskoków (tak tak, zdarzają się chodniki zakończone metrową "przepaścią") sprawia, że jazda jest wolna i mało komfortowa. Chociaż zapewne Sergiusz, spec od zjazdów po głazach wielkości telewizorów mógłby czuć się na timisoarskich szlakach jak ryba w wodzie :)

Drogi w mieście są w stanie, który sprawia, że narzekanie na Grabiszyńską czy Krakowską jest staje się bluźnierstwem ;) Poza miastem nie jest wiele lepiej. Nie zaobserwowałem ani metra autostrady. Droga tranzytowa z Węgier do Bukaresztu ma przepustowość podobną do np. ul. Osobowickiej. A może być gorzej. Poniżej znajduje się zdjęcie drogi krajowej, którą miałem przyjemność wracać do Timisoary z pewnej wycieczki.


Droga krajowa do Mosznicy
Tak tak, to XXI wiek, 6km od najbardziej dynamicznie rozwijającego się rumuńskiego miasta. Droga ma nawet swój numer i jest przedstawiona jako "country road" na mapie okolic Timisoary. Jej bieg zmienia się w zależności od powierzchni zaoranego pola, oraz kierunków wybranych przez ściekającą wodę deszczową. Empirycznie zweryfikowałem, że samochodem nie da się jej pokonać, jedynie jednoślad - ew. quad dałby radę. God bless bicycles.

Znów wygląda jakbym narzekał, ale ja tylko dzielę się swoimi obserwacjami na temat rumuńskiej egzotyki - Timisoara mi się naprawdę podobała i mam nadzieję, że tam jeszcze za parę lat wrócę, zobaczyć jak się pięknie rozwija.

No ale oprócz miasta zwiedziłem też rumuńskie góry. A dokładniej góry Apuseni. Jest to jak już wspomniałem mało uczęszczane pasmo, co ma taki plus, że niewielu turystów zakłóca konteplowanie przyrody i taki minus, że infrastruktura turystyczna jest, delikatnie mówiąc, niewystarczająca.

Dolina w której znajdowało się nasze obozowisko, Poiana Glavoi, to podobno pole namiotowe, jednak nie było tam ani toalet, ani pryszniców. Kiedy zaniepokojony spytałem Sergiu gdzie planuje w ciągu najbliższego tygodnia myć jaja popatrzył na mnie mocno zdziwionym wzrokiem - pewnie wyszedłem na polskiego mięczaka, rozpieszczone dziecko z dobrego domu, a może nawet emo ;) Brak toalet spowodował, że las na 50m wgłąb od linii drzew był zasrany i upstrzony różnokolorowymi kawałkami papieru toaletowego, tudzież jego substytutów. Na szczęście dla moich rozpieszczonych miejsc intymnych okazało się, że prowadzący przy wejściu do doliny sklepik metale (całkiem ciekawa mroczna ekipa) skonstruowali na użytek własny grawitacyjną kabinę prysznicową i udostępniali ją w zamian za dolanie wody do beczek wygrzewających się na dachu kabiny. Jak dla mnie niezły deal. Po zaadaptowaniu się do panujących warunków można było skupić się już na kontemplacji przyrody i spędzać dnie na szlaku. A że oznaczenia szlaków są w Rumunii trochę inne niż w Polsce było całkiem wesoło ;)


Wytęż wzrok - tu krzyżują się 3 szlaki
Otóż w Rumunii oprócz kolorów używa się również kształtów, co owocuje ciekawymi skrzyżowaniami, jakie możecie zobaczyć na powyższej fotce.

Tydzień w górach minął spokojnie i całkiem miło. Towarzystwo bardzo otwarte, chociaż to była jakaś rumuńska Oaza (znajomi Sergiu) - coś w sam raz dla mnie ;) Górki ładne i spokojne. Podróż powrotną opisałem na początku. To tyle - polecam Rumunię :)



*  *  *

Wyzwania współczesnej metrologii

Skończyłem studia techniczne, jestem inżynierem, zaliczyłem laborki z fizyki, wydawałoby się, że co jak co, ale mierzyć to powinienem umieć. A jednak - telewizyjno-reklamowa rzeczywistość, ilekroć mam okazję się z nią spotkać przekonuje mnie, że od mojej obrony miernictwo poczyniło gigantyczny postęp, nie do pojęcia już dla mnie po kilku latach. Będę wdzięczny za pomoc wszystkim, którzy zechcą objaśnić mi jak się mierzy kilka wymienionych poniżej wartości, których zmiany procentowe służą za konia pociągowego reklam szamponów:

- lśnienie włosów - tu może się mierzy jakoś natężenie światła odbijanego od testowego włosa.

- gładkość skóry - hmm... poziomicą może? taką malutką?

- młodość wyglądu - może szuka się 20 różnic w porównaniu ze zdjęciem sprzed 5 lat?

- wytrzymałość włosów - tu chyba wiąże się do włosów ciężarki i obserwuje jaki ciężar wystarcza do wyrwania testowego kosmyka

- sprężystość loków - no tu chyba siłomierz sprężynowy może pomóc

No ale to tylko takie moje spekulacje - strzały w oparciu o szczątkową wiedzę z laborek z fizyki. Będę wdzięczny za sprostowania od elektroników, którzy mieli zaszczyt dostąpić zaliczenia z metrologii. Dlaczego nikt nas nie nauczył jak się powinno mierzyć takie wartości które się bardziej przydają w codziennym życiu?

I dlaczego na szamponie nigdy nie jest napisane "szampon" w takim miejscu żebym to od razu widział? Jest napisane np. "świetliste refleksy", a skąd mam wiedzieć czy aby za owymi refleksami nie stoi jednak odżywka do włosów? Dlaczego kiedy chcę sprawdzić czy odżywkę należy spłukać, i ile czasu mam ją trzymać na głowie nie jest napisane "sposób użycia" tylko "porady l'Oreal"? I dlaczego, w przeciwieństwie to lasek z reklamy nigdy przy myciu włosów nie mam orgazmu? why? why?



*  *  *

Oszibarack live in Rura

Jakiś czas temu miałem okazję zobaczyć w akcji na żywo wrocławską formację Oszibarack w towarzystwie znakomitych muzycznych gości. Koncert odbył się w rurze, jak zwykle w masakrycznym ścisku, jak zwykle na wysokim poziomie muzycznym i technicznym :)

Oszibarack zagrał w gościnnie poszerzonym instrumentarium. Dokładniej poszerzonym o:
- gitarę której druty szarpał Cinas z Cool Kids of Death
- tubę
- trąbkę
- laptopa na którym udzielał się SpecTribe z Miloopy
- drugi wokal kobiecy tutaj Marsija z Loco Star - mi się podobało
- drugi wokal męski czyli L.U.C. z Kanału Audytywnego.

Zamiast rozpisywać się za bardzo na temat dźwięków polecam zapoznanie się z materiałami, które znalazły się później na YouTube. Jest czego posłuchać, a może nawet trochę na co popatrzeć ;) A więc 4 klipy:

- Stop calling me skinny feat Marsija & Cinas
http://www.youtube.com/watch?v=9K0mlPld5UU

- Chudzi kosmici... feat L.U.C.
http://www.youtube.com/watch?v=gl0BzUUbO9M

- reportaż z koncertu wywiad z Agimem
http://www.youtube.com/watch?v=bPsgMAuPGzA

- Numer do tekstu Wyspiańskiego
http://www.youtube.com/watch?v=_ldlDYSpwT0

Z mojej strony dodam uwagę zainspirowaną wizerunkiem scenicznym Cinasa. Znane mi są już przypadki, kiedy "gwiazdy" pomimo ogólnego gorąca i zaduchu panującego w ciasnych klubach występują w wełnianych czapach. Nie rozumiem żadnych racjonalnych ku temu przesłanek, ale cóż - lans rządzi się swoimi prawami. Cinas ten zimowy trend zmodyfikował trochę na swoje potrzeby - występuje otóż w czarnym wełnianym szaliku. I póki co jest w swoim lansie oryginalny, może właśnie wyznacza nowy trend i w Opolu zobaczymy śpiewającą w zimowym szaliku Dodę, albo Mandarynę ?



*  *  *

Na pohybel Stadionowi Śląskiemu

Jak powszechnie wiadomo, w minionym roku piłkarska reprezentacja Polski zakwalifikowała się do finałów Mistrzostw Europy 2008. Mecz decydujący o awansie (przeciwko Belgii) odbył się w Chorzowie, na Stadionie Śląskim. Drugi raz miałem okazję gościć na tym obiekcie w celu oglądania meczu piłkarskiego i drugi raz utwierdziłem się w przekonaniu, że ów obiekt do tego celu wcale się nie nadaje. I wielkim zdumieniem napawa mnie idea reanimowania tego skansenu na potrzeby Euro2012.

A teraz do rzeczy, postaram się opisać w paru słowach dlaczego ten obiekt jest "zły" ;) Po pierwsze obecność bieżni oraz niski kąt nachylenia trybun sprawiają, że odległość od trybun do murawy jest bardzo duża. Gdy oglądałem siedząc na łuku mecz z Austrią miałem ok. 50 metrów do bliższej mi bramki i ponad 150 do dalszej. Jak wyglądały gole i kto je strzelał dowiedziałem się po meczu, oglądając powtórki. Na stadionie nie było ani telebimu, ani nawet porządnej tablicy pokazującej składy i strzelców bramek, ani nawet (o zgrozo) nie było słychać co mówi spiker - o ile w ogóle mówił cokolwiek.

Ale problem widoczności dotyczy nie tylko miejsc na łuku. Na mecz z Belgią mieliśmy bardzo dobre miejsca, niedaleko wieży, na w połowie sektora. Na początku bardzo byliśmy z tego faktu zadowoloneni, ponieważ przed naszymi miejscami znajdowało się przejście ewakuacyjne - 2 metry bez krzesełek. Niestety, zaraz po rozpoczęciu spotkania miejsce to zostało szczelnie wypełnione przez kibiców, którzy kupili sobie tanie bilety na miejsca z których nic nie widać i udali się w górę sektora, stać w przejściu, przed oczami siedzących. Tak więc żeby cokolwiek zobaczyć, trzeba było cały mecz stać, mimo 110PLN wydanych na miejsce siedzące. Oczywiście ktoś taki jak steward czy ochroniarz na stadionie nie interweniuje w takich sprawach.

Inna sprawa, która dyskwalifikuje ten stadion jako poważny obiekt, to brak zadaszenia. Podobno przed rozpoczęciem meczu z Belgią przez kilka godzin odśnieżano krzesełka. Dobrze, że nie padało podczas spotkania. Jakiś czas temu pisałem o wyprawie na mecz do Londynu. Tam stadion walczącego o utrzymanie w lidze Charltonu był o wiele lepiej przystosowany do poważnych zastosowań niż polski, pożal się Boże, Stadion Narodowy. No i, o co nie trudno, stadion Charltonu jest po prostu ładniejszy.

Mam nadzieję, że Chorzów nie zostanie zakwalifikowany do współorganizacji Euro2012, bo jedyne co może nam zagwarantować to wstyd.

Tak jeszcze na koniec, tytułem ciekawostki... W listopadzie bodajże miałem przyjemość być na meczu Śląska Wrocław z Motorem Lublin. Siedziałem na krytej trybunie, z dobrą widocznością na murawę, a wynik meczu brzmiał 10:1 :) Nigdy jeszcze nie widziałem takiego pogromu. Dla ciekawych polecam ten link na YouTube: http://www.youtube.com/watch?v=VqeeNCmAMiU



*  *  *

Demokracja ważona

Od jakiegoś czasu mówi się tu i ówdzie o kryzysie demokracji, o populizmie, o teledemokracji itp. W wielkim skrócie chodzi o to, że o losach świata decyduje przysłowiowy "ciemny lud", zamiast społeczeństwa obywatelskiego. I obserwując taką tendencję język polityki, zamiast być językiem dojrzałego społeczeństwa obywatelskiego staje się językiem ciemnego ludu. O ile samą zmianę języka można uznać za mało szkodliwą, to działanie nakierowane na zadowolenie ciemnego ludu należy jak najbardziej uznać za niebezpieczne. Rządy coraz częście zmuszane są presją opinii publicznej do podejmowania decyzji niekorzystnych dla państwa, jednak dających szansę reelekcji. I koło się zamyka: masa decyduje o wyborze władzy, która to tak rządzi, żeby nie narazić się masie. I miast zajmować się prawdziwymi problemami zajmuje się public relations - budowaniem wizerunków, swojego, oraz politycznej konkurencji. Powód jest prosty: wiadomo nie od dziś, że nadrzędnym celem posiadających władzę jest jej utrzymanie. Kwestie merytoryczne są na dalszym planie.

Wydaje się, że skoro jest to zgodne z demokracją nic się nie da zrobić, ja jednak miałbym pewien pomysł, który mógłby pomóc przerwanie tego szaleństwa i skierowanie energii rządzących na rozwiązywanie problemów. Ponadto moja idea zakłada, że właśnie rozwiązywanie problemów a nie budowanie wizerunków dla siebie i rywali będzie nagradzane wyborczym sukcesem. Jak tego dokonać? Otóż zmodyfikować ordynację wyborczą w sposób, który głosowi każdego obywatela przypisze wagę. To pozwoli raz na zawsze pożegnać się z paradoksem polegający na tym, że głos profesora ma taką samą wartość jak głos idioty. Statystycznie profesorów jest mniej niż idiotów, stąd też właśnie o głosy tych drugich tak naprawdę toczy się wyborcza walka. Po wprowadzeniu wag walka wyborcza będzie się toczyć o głosy tych kumatych właśnie - elit (kulturalnych, intelektualnych etc.). A do elit nie tafi się argumentem, że dziadek Tuska był w Wermachcie - takie hasło wzbudzi co najwyżej uśmiech politowania nad zdolnościami autora. Tak więc jak łatwo sobie wyobrazić energię twórczą politycy będę pożytkować na konstruktywne działania, bo tylko w ten sposób będą w stanie zaskarbić sobie głosy najwięcej warte.

I teraz jak to zrobić? Dość prosto. Przed oddaniem głosu wyborca dostanie do rozwiązania krótki test z wiedzy o otaczającym go świecie. Parę podstawowych pytań z zakresu ekonomii, polityki współczesnej, gospodarki, etyki, prawa, etc. Nikt nie mówi tu o pytaniach na Bóg wie jak wysokim poziomie - celem testu jest zmiejszenie wagi głosów osobników słabo zorientowanych w realiach współczesnego świata, a nie zarezerwowanie czynnego prawa wyborczego dla omnibusów. I tak zgodnie z wynikiem testu głos wyborcy świadomego będzie miał wagę większą niż głos ciemnej masy.

Można mówić, że jest to pogwałcenie zasady równości obywateli - oczywiście, zgadzam się z tym jak najbardziej. Jednak nie jest to oburzające. Prawo nie pozwala zostać kierowcą autobusu osobie niewidomej. Nie jest to jej wina, ale nie nadaje się do bycia kierowcą. Inne reguły nie pozwalają służyć w czołgu żołnierzom mającym 2m wzrostu. Nie jest to ich wina, ale się nie nadają. Idea demokracji ważonej oparta jest na analogicznej implikacji:
jesteś niewidomy => nie możesz być kierowcą
jesteś za wysoki => nie możesz być czołgistą
jesteś nieświadomy => nie możesz decydować o losach kraju

Jeśli chodzi o szczegóły realizacji tego pomysłu to technicznie jest to dość proste. Należałoby z pomocą jakiejś komisji eksperckiej stworzyć listę kilku tysięcy pytań testowych i przy głosowaniu (elektronicznym) przedstawić wyborcy test, obliczyć wynik i zagłosować już z odpowiednią wagą. Nie widzę tu żadnych problemów nie do rozwiązania.

Tak więc jeszcze na koniec, tytułem podsumowania, wypunktuję jakie widzę zalety demokracji ważonej:
- minimalizacja wpływów na kształt polityki mas podatnych na medialną propagandę
- motywacja społeczeństwa do zwiększenia wagi swojego głosu przez budowanie świadomości obywatelskiej
- ukierunkowanie aktywności władzy na rozwiązywanie problemów państwa
- zakończenie szaleństwa dyktatury sondaży

No, mam nadzieję, że Mr. Tusk to czytał, teraz czekam na zmiany w konstytucji ;)



*  *  *

Zmiana danych osobowych

Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego w ciągu roku podajecie swoje dane osobowe w 100 miejscach, za każdym razem pisząc imię, nazwisko, adres, kod pocztowy, numer telefonu, PESEL, imię ojca etc, etc. Czy nie irytuje Was, że ilekroć te dane ulegną zmianie (np. adres zameldowania) należy powiadomić o zmianach 100 instytucji (pracodawca, przychodnia, ZUS, Urząd Skarbowy, allegro, whois)?

Mnie osobiście szlag trafia ilekroć wpisauję po raz n-ty "Bartłomiej, Wilczek, 2. grudnia 1980, w Bogatyni, bla bla bla". Zwłaszcza, że pomysł jak sprawę uprościć jest prymitywny jako konstrukcja cepa.

Ciekawe dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na to, żeby wszystkie dane wszystkich obywateli trzymać w jednym centralnym elektronicznym archiwum i udostępniać je dowolnym autoryzowanym podmiotom, na zdefiniowanym poziomie uprawnień? Pierwsza podstawowa zaleta to taka, że aktualizacja danych odbywa się w jednym miejscu, więc nie ma problemów z zachowaniem spójności. Druga podstawowa zaleta polega na tym, że zamiast wpisywać swoje dane w 100 formularzach wsuwamy do czytnika kartę czipową ze swoim identyfikatorem, uwierzytelniamy się PINem i udostępniamy swoje dane jednostce, która nas o nie prosi.

Oczywiście wszystkie podmioty korzystające z tego repozytorium muszą zostać zarejestrowane i musi im zostać nadany poziom uprawnień. Tak aby sklep internetowy mógł odczytać nasz adres, ale już niekoniecznie miał wgląd w dane przeznaczone tylko dla oczu ZUSu lub Urzędu Skarbowego. Taki np. sklep internetowy chcąc korzystać z bazy musiałby po pierwsze: zostać w bazie zarejestrowanym, a po drugie dostać uprawnienia od samego zainteresowanego - właściciela danych. To można dość prosto zaimplementować, uwierzytelnić się kartą z czipem i PINem, wszelkie dane o uprawnieniach zapisywać po stronie centralnej bazy, a nie sklepu oczywiście.

Sklep to tylko najprostszy, dość intuicyjny przykład - tu chodzi o wpisywanie danych osobowych. Ale jest mnóstwo zastosowań, danych się nie wpisuje, a system sprawdziłby się znakomicie. Na przykład patrząc na problem dostarczania zaświadczeń: o zarobkach, o uregulowanych stostunku do służby wojskowej, o niekaralności, o braku zalegania ze składkami itp. Teraz trzeba biegać po biurach, kasach, pisać tony papieru i tracić czas. Mając taki system sprawy zaświadczeń odbywają się bez wiedzy zainteresowanego. Po prostu jeden uprawniony podmiot odpytuje bazę o dane zapisane przez inny uprawniony podmiot. Proste.

Jeśli chodzi o uprawnienia do aktualizacji danych sprawa jest równie prosta. Rejestruje się określone podmioty (Urząd Skarbowy, ZUS, Urząd Miasta, USC, WKU itp.) i daje im prawa do zmian określonych pól. To nic odkrywczego w systemach informatycznych, jednak wydaje się, że dla administracji państwowej byłby to przełom nie do ogarnięcia.

Ciekawe czy kiedykolwiek doczekamy czasów gdy takie proste i skuteczne rozwiązania będą nam służyć oszczędzając przy tym czas i nerwy wielu milionom ludzi na świecie. Mam cichą nadzieję, że doczekam tego jeszcze za swojego życia. I bardzo frustruje mnie fakt, że opisane przeze mnie rozwiązanie jest naprawdę bardzo proste do zrealizowania, nie ma w nim nic odkrywczego, a jednak nie słyszałem by administracja państwowa wspomniała o czymś podobnym nawet w rubryce "nieśmiałe wizje i marzenia".

Na tej stronie:
- Jak się robi koncert charytatywny
- Ja, wiedźmin
- Halo, Salut România
- Wyzwania współczesnej metrologii
- Oszibarack live in Rura
- Na pohybel Stadionowi Śląskiemu
- Demokracja ważona
- Zmiana danych osobowych

Archiwum:
2007
    Maj
    Czerwiec
    Sierpień
2008
    Styczeń
    Luty
    Marzec
    Maj
    Czerwiec
    Wrzesień
    Październik
    Grudzień
2009
    Luty
    Marzec
    Kwiecień
    Maj
    Czerwiec
    Październik
2010
    Styczeń
    Lipiec
    Sierpień

Bartek Wilczek © 2007