ISO 9000 a sprawa polska
(2008-03-16 22:54:10) |
komentarze (1)Od jakiegoś czasu uczęszczam na zajęcia podyplomowego studium zarządzania jakością na PWr. Zajęcia są na ogół ciekawe, jednak jedna rzecz sprawia, że momentami nie mogę wysiedzieć na wykładzie, gdyż wykręcają się we mnie z żalu wszystkie trzewia. A sprawą tą jest notoryczne kaleczenie języka polskiego przez nieudolne tłumaczenie z angielskiego norm ISO 9000.
I tak słowo "release" zostało przełumaczone jako "zwolnić". Oczywiście, jeśli chodzi o zwolnienie kogoś z aresztu jest to całkiem na miejscu, jednak jeśli chodzi o wprowadzenie na rynek nowego produktu, wcale się ono nie sprawdza. Czy słyszał ktoś kiedyś, że Microsoft zwolnił nową wersję systemy Windows? Albo Volvo zwolnił w styczniu 100 autobusów z poprawionymi wycieraczkami? Zapewne nie, bo to jest nie po polsku. Po polsku używa się zwrotu "wypuścić na rynek". Panowie tłumacze - "release" ma też takie znaczenie po polsku.
Podobnie ze słowem "development", przetłumaczonym jako "rozwój", zamiast np. "wytwarzanie". Zgodnie z normą w takim razie pan murarz Staszek zajmuje się rozwojem domu, natomiast pan firmy programistyczne zajmują się rozwojem oprogramowania. Hasło "rozwój oprogramowania" kojarzy się raczej z długotrwałym procesem historycznym, a nie z klepaniem kodu. Bo klepanie to jest właśnie "wytwarzanie". I to słowo, w przeciwieństwie do "rozwoju" pasuje to każdego produktu lub usługi.
No ale bez wątpienie największym gwałtem na polskiej mowie, czynionym przez nieudolne tłumaczenie norm jest słowo "audit". Ten nowotwór pojawił się jako próba tłumaczenia angielskiego słowa o takim samym zapisie. Jednak w polsce takiego wyrazu NIE MA, i nigdy nie będzie, bo reguły tworzenia polskich słów na bazie obcych nakazują połączenie "di" zastępować "dy". I tak mamy w polskim słowo kredyt - nie kredit, depozyt - nie depozit, dyrektora - nie direktora, itd. Zresztą - poprawna forma: "audyt" została już wprowadzona do polskiego przy okazji opisywnia audytów finansowych. Jednak fakt ten umknął uwadze, pożal się Boże, tłumaczy odpowiedzialnych za normy. Teraz rozumiem dokładniej męczarnie jakie opisywał Beksiński, związane z obcowaniem tłumaczeniami list dialogowych psutymi na potęgę przez polskich "specjalistów".
I na koniec jeszcze taka mała anegdotka. Kiedy studiowałem na izecie doszła do moich uszu historyjka, jaka rzekomo miała wydarzyć się w Warszawie na jakiejś konferencji związanej z oprogramowaniem, na początku lat 90tych. Otóż prelegenci z Warszawy wygłaszając swoje teorie notorycznie stosowali wymowę "kompjuter" zamiast "komputer". Aż pojawił się na mównicy człowiek z Wrocławia i swoją wypowiedź zaczął od stwierdzenia, że jak słyszy słowo "kompjuter" to mu się "djupa" ściska. Ja parafrazując to hasło stwierdzę, że ilekroć słyszę "audit", to ściska mi się "odbit" ;)
* * *
Jajo Regana
(2008-03-16 23:31:50) |
komentarze (0)Wspomniałem już kiedyś pewnie, że jestem miłośnikiem Wrocławia, jednak jest w naszym mieście jedna rzecz, która doprowadza mnie do szewskiej pasji. A są to bezsensowne zmiany nazw ulic. Wrocław jest raczej znany z klimatu otwartości i niechęci do wszelkich radykalizmów, jednak zmiany nazw ulic przeprowadzane są z gorliwością właściwą wojującemy skrzydłu Młodzieży Wszechlolskiej.
Najbardziej jaskrawym przykładem bezmyślnej zmiany nazwy jest przechrzczenie placu 1. Maja na plac JP2. Jakby nie można było poczekać 2 lata i oddać Wojtyle nowo powstałego ronda na pl. Grunwaldzkim. Niestety włodarze miasta poddali się ogólnopolskiej sraczce papieskiej objawiającej się m. in. nadawaniem imienia Wojtyły jak największekszej ilości obiektów w jak najszybszym czasie. Doprawdy trudno mi pojąć komu przeszkadzało iż patronem placu była data święta Św. Józefa Robotnika, patrona robotników? Ani ja, ani nikt z moich znajomych nie posługuje się nazwą placu JP2 i nie wygląda na to, żebyśmy mieli zacząć.
Kolejny przykład to zmiana placu Czerwonego na plac Solidarności. Informacja dla odpowiedzialnych za tę zmianę ignorantów - plac nazywał się Czerwony, gdyż taki miał zaraz po wojnie kolor pochodzący od ceglanego gruzu i pyłu. Czerwony to tylko kolor - to nie był plac Stalina, dlaczego nie mógło pozostać na swoim miejscu?
I kolejny przykład, Przodowników Pracy zmienia się w Hallera. Czyżby władza nie lubiła pracy? Najpierw zabiera plac dacie święta pracy, potem ulicę przodownikom. Tak się składa, że ci przodownicy odbudowali wrocławski przemysł i starali się pracować jak najlepiej dla miasta i regionu, a teraz okazuje się, że przekreśla się ich starania odbierając ulicę. Przodowników Pracy to nie to samo Pionu Śledczego Urzędu Bezpieczeństwa, to była pozytywna nazwa i jeśli komuś kojarzyła się z totalitarnym ustrojem to zachęcam do wizyty u psychiatry celem zdiagnozowania nerwicy natręctw.
Są jeszcze inne kontrowersyjne pomysły, np. zmiana nazwy ul. Ofiar Oświęcimskich na coś innego (Pańska chyba), bo niby obóz się już nie nazywa Oświęcim, tylko Auschwitz. Poza tym, wspomnienie komór gazowych i krematoriów opodal miejsc gdzie spożywa się hektolitry piwa mogłoby się źle kojarzyć. Podobna sprawa ze zmianą nazwy Hali Ludowej na Halę Stulecia. Wprawdzie hala powstała pod taką nazwą, jednak przez większość czasu swojego istnienia nazywała się Ludowa. Nazwa wpisana na listę dziedzictwa UNESCO to Stulecia, jednak z punktu widzenia polskiej historii to właśnie ta nazwa bardziej godzi w "polskość" niż słowo "ludowa". Stulecie o którym jest mowa dotyczy bowiem rocznicy pokonania wojsk Napoleona (a więc również polskich) przez pruską armię.
No ale największy popis przeniesienia na pole nazewictwa ulic walki z komunizmem (to dość osobliwe, że można mówić o walce z trupem pogrzebanym 20 lat temu) dopiero przed nami. Otóż fragment obwodnicy śródmiejskiej ma zostać nazwany imieniem Ryszarda Kuklińskiego. Polskiego oficera, który w latach 1971-1981 sprzedawał CIA najściślejsze tajemnice polskiego wojska. Czyli zdrajcy. Niestety wygląda na to, że uważa się, że PRL to nie była Polska, więc zdradził nie Polskę tylko jakiś inny kraj. No ale to jest sprawa na całkiem inny referat, więc nie będę się teraz rozpisywał.
Na koniec apel do włodarzy miasta - zapytajcie czasami mieszkańców o zdanie zanim każecie im zmieniać adresy zameldowania, dokumenty, druki, pieczątki, wizytówki itp. Zmiana nazwy ulicy jest uciążliwa dla mieszkańców i dobrze by było gdyby była naprawdę uzasadniona. Wspomniane przeze mnie przykłady to absurdy - absolutnie nie we wrocławskim stylu.
* * *
O jakości w marketingu
(2008-03-28 20:11:18) |
komentarze (4)Jak już wspomniałem jakiś czas temu zapisałem się do podyplomowego studium zarządzania jakością. W tej chwili powinienem uczyć się do jutrzejszego testu, jednak nie potrafię wkuwać na pamięć rzeczy, które uważam za bezużyteczny bełkot, więc postanowiłem, że swoje frustracje przeleję na niniejszą stronkę.
Jak już pewnie gdzieś wspomniałem zajmuję się zawodowo wytwarzaniem oprogramowania. Przez kilka lat jako programista, ostatnio jednak jestem odpowiedzialny za zapewnianie jakości. Na zajęciach w studium uczą nas ostatnio jak wielkie znaczenie dla wzrostu jakości ma wprowadzanie norm. Tak się jednak składa, że w firmach software'owych w których pracowałem nikt żadnych norm nie wdrażał, a soft powstawał całkiem niezły. Wyjątkiem był Siemens, który bardzo się starał o zaliczanie jakichś poziomów CMMI. No ale tam powstawał soft kiepski.
Normy ISO określają wymagania jakim ma sprostać przedsiębiorstwo, żeby wytwarzać towary wysokiej jakości. Problem tylko polega na tym, że normy te są na tyle ogólne, że dostosowanie się do zaliczenia audytu wydaje się być osiągalne dla każdego. Wystarczy wygenerować w firmie odpowiednią ilość dokumentacji i instrukcji. Przecież audytor, który pojawi się celem sprawdzenia "jakości" nie będzie mierzył czy produkt jest porządnie wykonany. Będzie mierzył za to "zaangażowanie kierownictwa w jakość". Tylko nie znam jednostki opisującej tę wartość w układzie SI. Anglosasi mówią o takich zjawiskach "bullshit".
Można sobie zadać pytanie, skąd instytucje normalizacyjne wiedzą jak ma być opisana właściwa jakość. Odpowiedź brzmi: od samych przedsiębiorstw. Kiedy przedsiębiorstwa uznają, że norma jest nieżyciowa wtedy mówią: "My robimy inaczej, uaktualnijcie normę". ISO uaktualnia normę zgodnie z tym co robi firma, potem audytor inkasuje wynagrodzenie za sprawdzenie, że firma działa zgodnie z normą, którą sama współtworzyła. I jakoś się kręci.
Doskonałym przykładem absurdów normalizacyjnych jest Polski Komitet Normalizacyjny, o którym wspomniałem już dwie notki temu. Organizacja mająca dostarczać normy jakościowe dla polskich przedsiębiorstw żyje ze sprzedawania nie swoich tekstów w formie sterty kartek spiętej zszywkami. O jakości tłumaczenia którą można porównać to pukania w dno od spodu pisałem wcześniej. Jeśli uznać za jakość również bylejakość to można PKN jakoś zrozumieć. I tak powoli dochodzimy do sedna. PKN jest pierwszym przykładem na to, że hasło "jakość" to nic więcej niż dobry marketing.
Mówi się, że dzisiejsze czasy to czasy w których fundamentem sukcesu przedsiębiorstw jest ukierunkowanie na jakość. To nieprawda. Fundamentem sukcesu jest ukierunkowanie na marketing i sprzedaż. Konsekwencją tego jest nawet celowe obniżanie jakości, prowadzące do zwiększenia sprzedaży. Brzmi niedorzecznie? Bynajmniej. Czasy kiedy firma sprzedawała produkt, który służył niezawodnie przez dziesiątki lat mamy już za sobą. Teraz produkuje się produkty, które szybko zaczną odmawiać posłuszeństwa i pozwolą producentowi zarobić na serwisie, bądź też na sprzedaży kolejnego, bardziej nowoczesnego modelu. Przykłady z życia wzięte:
1. Na początku tego stulecia AMD wypuścił na rynek procesory Duron. Były wydajne i tanie, więc cieszyły się sporą popularnością. Sztuczka polega jednak na tym, że od razu powstał rdzeń pozwalający na pracę z częstotliwością 800MHz, jednak celowo spowolniono go do 600MHz przed wypuszczeniem na rynek. Były też oczywiście dostępne wersje szybsze (650, 700, 750, 800), jednak były droższe. A tak naprawdę był to ten sam rdzeń. Celowo obniżano jakość (wydajność) niektórych modeli, żeby podbić cenę tych "szybszych". A to był ten sam rdzeń :)
2. Jak to jest możliwe, że nie mając pojęcia o systemach jakości, ISO, audytach i tym podobnych bzdurach brukarze z Breslau byli w stanie zbudować ulice, które utrzymują poziom po 100 latach użytkowania, natomiast dzisiejsze certyfikowane z każdej strony konsorcja nie są w stanie położyć asfaltu, który nie popęka w ciągu 20 lat? Przecież podobno mamy czasy, których na jakość jest położony niespotykany wcześniej nacisk. Dodam tylko, iż podejrzewam, że praca brukarzy kosztowała mniej czasu i pieniędzy.
3. Jak to się dzieje, że moi rodzice korzystają od 15 lat z tych samych patelni i nadal są one proste i mają stabilnie zamocowane uchwyty, natomiast kupiona przez mnie patelnia z turbo ergonomicznym uchwytem, 14 warstwami bóg wie jakich tworzych jest już zdeformowana i odarta z tych cudownych warstw, a uchwyt jest mocno niestatbilny? Pecha mam?
4. Generatory Siemensa z lat 20stych do tej pory działają w elektrowniach wodnych przy Uniwersytecie. Znajdziecie dziś maszynę elektromechaniczną, która będzie działać za 90 lat ?
I można tak sypać przykładami. Można sobie zadać pytanie, dlaczego skoro jest z tą jakością tak dobrze, to jest tak źle? Otóż dlatego, że te wszystkie pseudo związane z jakością sprawy tak naprawdę służą nie jakości produktu, ale jego sprzedaży. Podobno to dobrze wygląda, jeśli produkt został wytworzony zgodnie z ISO-5341235:2001. Działać już nie musi, grunt, że audyt został zaliczony i norma utrzymana. Organizacje normalizacyjne zarabiają bezpośrednio, a producenci pośrednio - robiąc sobie w ten sposób dobry PR. Jako klienta nieszczególnie mnie interesuje czy patelnia powstała zgodnie z jakimś dziwnym znormalizowanym procesem. Ma działać. I wolę, żeby producenci nakłady poświęcone na generowanie papierów i opłacanie certyfikacji przeznaczyli na poprawę produktu. No ale ja niedzisiejszy jestem :>