Na pohybel kibicom-trębaczom
(2008-06-30 19:26:03) |
komentarze (0)Parę dni temu grała we Wrocławiu kobieca reprezentacja Polski w siatkówce, a że przepadam za oglądaniem siatkówki, a nieczęsto zdarza się okazja zobaczyć u nas mecze reprezentacyjnego szczebla postanowiłem się zainwestować w bilet i zobaczyć nasze gwiazdy z bliska. Udałem się na mecz w towarzystwie Kalibana, zajęliśmy miejsca i niestety z pierwszym gwizdkiem zaczęliśmy się lekko dołować. Nie z powodu stylu w jakim nasze reprezentanki zaczęły grać, ale z powodu "gorącej atmosfery na trybunach".
Z racji wizyt na piłkarskim stadionie Śląska jestem przyzwyczajony do głośnego dopingu, jednak prowadzonego we w miarę rozsądny sposób. Kibice piłkarscy potrafią śpiewać swoje przyśpiewki, klaskać, układać choreografię i ogólnie dbać o to, by oprawa meczowa była ciekawa i przystająca w miarę do wydarzeń na boisku. Siatkarscy kibice reprezentacji nie potrafią natomiast nic zaśpiewać bez pomocy nagrania z taśmy. Nie potrafią zorganizować równego klaskania. Potrafią za to głośno trąbić. Niezależnie od tego co się dzieje na boisku. Polki wygrały akcje - trąbią z radości. Polki przegrały - trąbią z żalu. Przeciwnik serwuje - trąbią, żeby przeszkodzić. Jest przerwa i nic się nie dzieje - trąbią, żeby coś się działo. Gdyby zabrać im trąbki i wyłączyć nagrania z przyśpiewkami doping by po prostu nie istniał.
Cieszę się, że na mecze piłkarskie wnoszenie trąbek jest w zasadzie zakazane, gdyż kibole, całkiem słusznie, uznali je za obciachowy atrybut piknika (niedzielnego kibica). Mam nadzieję, że kiedyś również atmosfera w siatkarskich halach oddali się od kiczowatej małyszomanii, a zbliży trochę do porządnego dopingu, jakiego doczekaliśmy na szczęście na meczach piłki nożnej (zwłaszcza klubowej).
No a tak przy okazji... Sam mecz był niestety kiepski. W naszej drużynie jedynie zagrywka funkcjonowała w miarę nieźle. Na poziom przyjęcia, wystawy, ataku, a szczególnie bloku spuśćmy litościwie zasłonę milczenia. Oby na olimpiadzie było lepiej :)
* * *
Apostazja - zrób to sam
(2008-06-30 20:16:37) |
komentarze (0)Już niedługo wstępujemy z Martą w związek małżeństwa i właśnie skończyliśmy przechodzić przez gąszcz kościelnych formalności. Ponieważ jestem niewierzący w ogóle, (Marta jest wierząca trochę bardziej) zdecydowaliśmy się na ślub kościelny jednostronny. Czyli Marta przysięga przed Bogiem, a ja nie. Problemy natury formalnej jednak pojawiły się ponieważ mimo swojej niewiary przyjąłem wszystkie dostępne mi dotychczas sakramenty (chrzest, komunia, bierzmowanie). Oczywistym jest więc, że moje relacje z Kościołem były delikatnie mówiąc niejasne. Drogi to postawienia spraw jasno były dwie: moje cudowne nawrócenie, lub też formalne wystąpienie ze wspólnoty. Jak się łatwo domyślić poszedłem tą drugą drogą i teraz potencjalnym zainteresowanym opowiem jak to się robi. Ostrzegam, że za wiele pisania nie będzie ;)
W zasadzie apostazja sprowadza się do wprowadzenia stosownej adnotacji w księdze chrztów. Aby jej dokonać należy udać się do proboszcza parafii w której przyjęto chrzest i w obecności księdza napisać oświadczenie o odstąpieniu od wiary. Ponieważ ksiądz może być na początku trochę zdziwiony lepiej jest wcześniej umówić się telefonicznie i powiadomić go jakiej sprawy będzie wizyta dotyczyć. Mi osobiście zajęło to ok. 20 minut. Rozmowa z księdzem była bardzo miła i rzeczowa. Jeśli ksiądz jest w porządku na pewno uszanuje świadomy wybór kierunku rozwoju duchowego/filozoficznego i nie będzie sprawiał trudności.
Po dokonaniu adnotacji w księdze chrztów na odpisie aktu chrztu będzie widniała informacja o wystąpieniu z Kościoła. To wszystko na ten temat.
* * *
Szyj na basie
(2008-06-30 21:12:43) |
komentarze (0)Dawno dawno temu, będąc jeszcze dzieckiem w wieku szkolnym (dokładniej podstawowym) zacząłem słuchać w dużych ilościach muzyki. Miałem to szczęście, że mój tatko polecił mi do słuchania 3. program polskiego radia, a i TVP podówczas serwowała muzykę o wiele ciekawszą niż dzisiaj. Nawet MTV wtedy jeszcze grało całkiem ciekawie.
I tak słuchając sobie przeróżnych kapel, nagrywając kolejne kasety audio i VHS coraz bardziej wkręcałem się w muzykę i coraz bardziej chciałem grać. Może nawet nie tyle chciałem, co marzyłem o tym, żeby grać. Po prostu nie sądziłem, żeby kiedykolwiek to było możliwe.
Minęło bardzo dużo czasu, i w 2005 roku okazało się, że w mojej sekcji w Siemensie na ~20 pracowników 7 grało na gitarach. Wliczając mnie i moje pobrzdękiwania na gitarce, którą dostałem na komunię ;) Sformowaliśmy skład (w zasadzie to nawet dwa, ale ten słabszy tzw. "faza ciemna" szybko zakończył działalność) złożony z czterech gitarzystów. Ustaliliśmy więc, że dwóch słabszych technicznie stworzy sekcję rytmiczną. I tak wziąłem się za bas, a Robson za perkusję. Gitary obsługiwali Bobeiro i Czajnik, z wokalem bywało różnie. Z tego składu do dziś ostał się Marcin Bober i ja. No i w tym roku udało się nam zagrać 3 całkiem przyzwoite koncerty we wrocławskich klubach. W przeważającej części ze swoim materiałem.
W zasadzie tak patrząc z boku to nic wielkiego - kolejna garażowa kapelka coś tam sobie pograła w knajpie. Dla mnie jednak jest to dowód, że dla chcącego nic trudnego i wykazując się odrobiną uporu można (uwaga - będzie pretensjonalnie) spełnić swoje marzenie z dzieciństwa :)