O roku ów...
(2009-02-17 10:40:00) |
komentarze (0)... i tak dalej. Rok 2008 przebiegł na wysokich obrotach i okazał się być całkiem owocnym. Udało mi się w końcu przekonać na własnej skórze, że wykazując odpowiednią determinację i rozsądnie dysponując czasem (czyt.: umiejętnie rozplanować pracę, sen i tzw. opierdalanie) można zdziałać naprawdę wiele. Ba, można nawet pozbawić się marzeń - przenosząc je w sferę planów.
I tak w roku minionym udało się:
- wziąć ślub z ukochaną kobietą (ważna i niezwykle ciekawa sprawa :) )
- wypisać się z kościoła (nawet nie spodziewałem się, że to będzie taka ulga - stanowczo polecam)
- zagrać z zespołem kilka koncertów
- ukończyć podyplmówkę
- przeprowadzić się do nowego mieszkania
- zmienić stanowisko w robocie
- zdobyć zaświadczenie lekarskie o zdolności do pilotowania samolotu (wtedy marzenie stało się planem)
Z tego miejsca dziękuję wszystkim, którzy czasami nawet nie zdając sobie z tego sprawy pomogli w tym wszystkim. Przede wszystkim żonie, a także rodzinie, kolegom z kapeli i z pracy.
* * *
Początek odysei lotniczej
(2009-02-17 10:55:34) |
komentarze (0)Kto był w moim dawnym pokoju w mieszkaniu rodziców w Bogatyni widział zapewne kolekcje książek i albumów o tematyce lotniczej, a parę lat temu zobaczyłby również ok. 10-15 modeli samolotów podwieszonych pod sufitem. Szczeniakiem będąc bowiem fascynowałem się samolotami i lataniem, jednak nasłuchawszy się o rzekomych niebotycznych wymaganiach zdrowotnych dla pilotów (a samemu będąc zdrowia raczej wątłego) zakodowałem sobie, że latanie na zawsze pozostanie dla mnie wyłącznie pięknym marzeniem.
I trwałem w tym przekonaniu do ok. 2007 roku, kiedy to w prasie pojawiła się seria artykułów o tym jak to licencja na pilota samolotów ultralekkich i turystycznych jest coraz bardziej dostępna i latanie staje się coraz bardziej popularnym hobby. Od tamtego czasu zacząłem szukać informacji na temat szczegółów. Kiedy dowiedziałem się, że wymagania na temat stanu zdrowia są bardzo podobne do wymagań dla kierowców (włączając wadę wzroku) stwierdziłem, że latanie jednak może być dla mnie osiągalne.
I tak w grudniu 2008 postanowiłem wybrać się na badania do Głównego Ośrodka Badań Lotniczo Lekarskich, aby przekonać się czy nadaję się do tego sportu. Miałem lekkie obawy związane z moją wadą wzroku i niskim ciśnieniem (które kiedyś nie pozwoliło mi oddać krwi). Pamiętając jednak, że wymagania są podobne do tych dla kierowców, udałem się do przychodni w przekonaniu, że uda mi się całą sprawę zakończyć w ciągu 2-3 godzin. Rzeczywistość okazała się jednak trochę bardziej złożona :]
Na liście badań do zrobienia było ok. 10 pozycji: morfologia, okulista, internista, EKG, audiogram, neurolog, laryngolog, orzecznik i jeszcze pewnie coś. Większość badań szła bez problemów - ciśnienie krwi miałem OK, więc ta obawa odpadła. Problem zaczął się u okulisty, badanie na widzenie obuoczne (to z układaniem trzech prętów w jednej linii) wykazało, że mam niepoprawnie skorygowany astygmatyzm. Na szczęście po założeniu poprawionych okularów badanie poszło już OK. No i dostałem receptę na nowe bryle.
Wydawało mi się, że już najgorsze mam za sobą (wzrok zaliczony, ciśnienie w normie), został mi na koniec tylko laryngolog. Myślałem sobie: luzik, popatrzy do uszu, rzuci okiem na audiogram który dobrze wyszedł i po zabawie. Pierwsza część badania tak właśnie wyglądała. Ale zaraz po niej pani doktor zaprosiła mnie na "próbę obrotową" :] Zakłada się na to badanie na głowę okularki rozmywające obraz, wyposażone w takie migające w oczy światełka i siada na fotelu, który zaraz zacznie się kręcić. No i podczas tego kręconego badania zdiagnozowano u mnie zaburzenia równowagi. Jakoś nie bardzo trzymałem się pionu po zakończeniu kręcenia ;) Pani doktor stwierdziła, że może to być spowodowane nieprawidłowo dobranymi okularami, poleciła natychmiast zmianę okularów na właściwe, oraz dała mi zestaw ćwiczeń na rehabilitację narządu przedsionkowego (whatever that means). Na wizytę kontrolną umówiliśmy się za 2 tygodnie. Potem jeszcze przez 1,5h czekałem na lekarza orzecznika, żeby móc odłożyć swoją teczkę do kancelarii i umówić się na następne spotkanie.
Co ciekawe rehabilitacja narządu przedsionkowego okazała się (wbrew temu co na początku pomyślałem) sprawą raczej prostą. Wystarczyło zmienić okulary oraz codziennie przez średno godzinę wykonywać ćwiczenia z listy (na przykład stanie na jednej nodze z zamkniętymi oczami przez 15 sekund) żeby zauważyć znaczącą poprawę. Na drugą wizytę wybrałem się przed świętami.
Kiedy po kręceniu w lewo byłem w stanie w sumie bez większego problemu trzymać pion myślałem, że już po sprawie, jednak okazało się, że to była dopiero jedna czwarta testu :] Potem było kręcenie w prawo oraz znów oba kierunki ale teraz w pozycji z głową skręconą w kierunku obrotów (trudniejszy wariant). Szczęśliwie udało mi się wyprostować i nie obrzygać gabinetu. Wprawdzie pani doktor miała lekkie zastrzeżenia co do mojego czasu reakcji, ale stwierdziła, że już się nadaję do latania, z tym, że mam co jakiś czas przychodzić do kontroli (pierwszą mam już za sobą, znów nic nie obrzygałem, czas reakcji był podobno lepszy, czyli OK).
I tak dostałem w końcu ten upragniony papier: Orzeczenie Lotniczo-Lekarskie, klasa 2, Nr 12411/2008.
Od stycznia uczęszczam na zajęcia teoretyczne w Szymanowie, pierwsze latanie pewnie będzie w marcu/kwietniu. A to dzieje się naprawdę :)
* * *
To ptak! To samolot! To balon meteorologiczny!
(2009-02-17 12:39:10) |
komentarze (0)Na zajęciach z meteorologii dowiedziałem się ostatnio o tym, że chodząc w otwartej przestrzeni bez kasku ryzykujemy życie. Nie znamy bowiem dnia ani godziny, kiedy może spaść nam na głowę balon meteorologiczny.
Zaczęło się od tego, że byliśmy ciekawi skąd wiadomo jaka temperatura panuje na jakiej wysokości. Otóż takie informacje zbiera balon.
Balon to skrzyneczka wypełniona miernikami, termometrami, barometrami itp. posiadająca swój GPS i nadajnik radiowy. Oczywiście do skrzyneczki doczepiony jest balon właściwy, wypełniony helem. Po wypuszczeniu balon unosi się, robi pomiary i nadaje je na bieżąco przez radio. Po osiągnięciu wysokości ok. 30000m jednak ciśnienie atmosferyczne jest na tyle małe, że ciśnienie gazu wewnątrz balonu rozsadza go, i balon stając się cięższym od powietrza opada lotem swobodnym z prędkością ok. 15 m/s.
I tu zaczyna się problem, bo nie za bardzo wiadomo gdzie owa skrzyneczka z aparaturą spadnie. A jako, że każdy jakiś większy ośrodek meteo wysyła dwa takie balony na dobę, więc w okolicach Wrocławia spada ponad 700 takich rocznie. Daje do myślenia, co?
Memento mori, nośmy kaski - tak na wszelki wypadek.
* * *
Meble kuchenne Wrocław
(2009-02-17 19:51:32) |
komentarze (1)Firma Gior Projekt jeśli chodzi o meble na wymiar zdecydowanie NIE zasługuje na uwagę. Początek, treść i formatowanie notki są trochę nietypowe, żeby dobrze się zaindeksowało w google. A teraz do rzeczy.
W zeszłym roku po odbiorze mieszkania trzeba je było jeszcze wykończyć. O ile ekipę od podłóg/kafli/ścian mogę z czystym sumieniem polecić jako rzetelnych i odpowiedzialnych fachowców (szczegóły dla zainteresowanych na maila) o tyle firmę która robiła meble kuchenne zdecydowanie odradzam. Wprawdzie jakość produktu ostatecznie wyszła nieźle - przynajmniej na razie tak wygląda, jednak jakość samej usługi jest zdecydowanie niska. Zwłaszcza, że cena za nią jest nieproporcjonalnie wysoka. Firma nazywa się Gior Projekt wykonuje meble na wymiar i mieści się we Wrocławiu
Komunikacja: mierna. Zarówno w stronę klienta, jak i w obrębie samej firmy. Wybieraliśmy z Martą kolor i model zlewu i baterii przez ok. 2h, odwiedzając siedzibę firmy kilka razy, wybraliśmy w końcu coś co nam pasowało, jednak najwyraźniej w firmie doszli do wniosku, że oglądaliśmy te zlewy tylko dlatego, że nas to kręci, bo zlewu nie zamówili. Zamówili później - termin o tydzień w plecy.
Terminowość: mierna. Ostatecznie skończyło się na prawie trzech tygodniach w plecy. Oczywiście pan szef firmy sprawę przedstawia w sposób z którego wynika, że odpowiedzialność za spóźnienie ponosi klient. Na przykład, rzekomo nie mógł zacząć prac dopóki nie dostał drugiej wpłaty. Ciekawe tylko, że wiedział, że nie zacznie na czas bo się źle zorganizował, co mi zresztą wcześniej oznajmił. W takim układzie ja nie płaciłem dopóki nie zacznie, i teraz wygląda na to, że ja ponoszę odpowiedzialność za spóźnienie. I tak na każdym kroku. Po prostu gość wziął sobie za dużo projektów na raz, wyraźnie tego nie ogarnia i zwala odpowiedzialność za obsuwy na klientów.
Jakość wykonania: średnia. W chwili gdy byliśmy umówieni na odbiór przewody od świetlówek nad blatami wisiały na wierzchu i świetlówki były wpięte do gniazdek nad blatem. Zlew natomiast nie był w ogóle podpięty do rur. To jest jakość na odbiór wg firmy Gior Projekt. Oczywiście znów odpowiedzialność za niepodłączenie zlewu została zrzucona na mnie, bo do wody nie było wystawionych zaworków, tylko zaślepki. A na projekcie były zaworki. To, że wkręcenie zaworków w miejsce zaślepek zajmuje średnio zręcznemu pawianowi ok. 5 minut nie ma znaczenia. Nie dało się tego zrobić i koniec. Wprawdzie rura odpływowa była z mojej strony doprowadzona jak trzeba, jednak panom monterom nie udało się również jej wpiąć przed odbiorem. Ostatecznie po wpięciu węży do zaworków jeden z nich pękł zalewając mi kawałek kuchni, na szczęście szybko to opanowałem. Jednak był kolejny obsuw na zmianę wężyka.
Ponadto jedna szuflada i jedna półka była do wymiany. Niestety umowa jest tak skonstruowana, że nie przysługują mi prawa do upustu z powodu niedotrzymania terminu lub niskiej jakości. Moja wina, więcej nie podpiszę takiej umowy. Mam nadzieję jednak, że i Wy, drodzy czytelnicy nie podpiszecie żadnej umowy z firmą Gior Projekt.
* * *
Muzyk nie ma lekko
(2009-02-17 20:28:42) |
komentarze (0)Po ok. 3 latach grania wzięło nas w końcu na nagranie demka. Wydawałoby się, że nie może to być przesanie skomplikowane jeśli wałkuje się na próbach te same wersje przez kilka miesięcy, jednak rzeczywistość pokazuje, że może :]
Nagranie dwóch kawałków zajęło nam 12 godzin, a miks/mastering zapewne tyle samo. Dlaczego tyle czasu? Ano, czysto techniczne aspekty takie jak rozwijanie przewodów, spinanie mikrofonów z mikserem i ustawianie tego wszystkiego tak żeby ładnie brzmiało to 2-3 godziny pracy jeszcze bez słyszalnego efektu. Potem zaczyna się już praca muzyczna.
I tak najpierw wszyscy razem nagrywamy tzw. pilota, który potem posłuży nam za podkład do nagrywania poszczególnych ścieżek. To jest akurat dość proste - gra się tak jak na próbie. Prawdziwa zabawa dla muzyków zaczyna się przy nagrywaniu instrumentów osobno. Największa trudność polega na graniu właściwie solo, co sprawia że wszystkie potknięcia wychodzą na wierzch. To co wcześniej zagrane z całym składem brzmiało OK nagle okazuje się trochę nierówne, trochę nieczyste, mało selektywne itp. Naprawdę trzeba się bardzo pilnować. Dlatego nagrywa się każde podejście po kilka razy, co potem daje realizatorowi/producentowi możliwość wyboru najlepiej zagranych fragmentów i sklejanie ich z różnych prób. Dodatkowo nagrywa się też jedną linię na kilka różnie brzmiących sposobów, eksperymentując z ustawieniami mikrofonów, czy brzmienia samego instrumentu i wzmacniacza. Takie podejście pozwala na wzbogacenie brzmienia finalnego miksu.
Tak tylko żeby pokazać ile może trwać takie nagywanie jednego instrumentu: 2 piosenki, w sumie 8 minut 16 sekund, nagranie basu zajęło nam ok. 1,5h. I to wcale nie było jakoś bardzo długo. Najwięcej roboty jest na ogół z wokalami i perkusją. Chociaż u nas akurat perkusja poszła w miarę szybko.
I kiedy już każdy grajek wygra i wyśpiewa swoje po kilka razy zaczyna się prawdziwa zabawa dla producenta :] A więc mając każdy ślad nagrany kilka razy zaczyna się budowanie z tego całego kawałka. W wielkim skrócie: trzeba każdą ścieżkę wygładzić, wyczyścić z błędów muzyków, "wyrównać". A potem zadbać o proporcje głośności pomiędzy instrumentami, oraz - co najtrudniejsze ale i stanowiące potem o finalnym efekcie - ustalić dla każdego instumentu odpowiednie brzmienie. Czyli dodać trochę pogłosu, dołożyć brzmienie w niższej oktawie, dodać echo, tremolo, chorus itd. I to wykonuje się dla każdej ścieżki tak, żeby grało ładnie w całości. To jak gotowy kawałek brzmi jest kształtowane właśnie na tym etapie.
Efekty pracy nad pierwszymi kawałkami można usłyszeć na profilu kapeli na myspace: http://www.myspace.com/sondaband. Zapraszam do słuchania i komentowania. Chcemy dograć jeszcze 4 numery, pojawią się tam w miarę postępu prac.
Korzystając jeszcze z okazji chciałbym wspomnieć, że nagywał i miksował na Tomek z Coffee Break, za co mu serdecznie dziękujemy :)