Oto jak się lata (intro)
(2009-05-16 21:36:49) |
komentarze (0)Jak już pewnie dzieś wspomniałem pracuję aktualnie nad licencją samolotową PPL. Po przejściu kursu teoretycznego zakończonego wewnętrznym egzaminem w aeroklubie (o wiele łatwiejszego niż ten, który później mnie czeka w ULC) nadszedł czas na szkolenie praktyczne. Impreza miała zacząć się dziś, jednak ze względu na nieciekawą pogodę jaka rozpętałą się przed 11:00 (przejście frontu ciepłego) poprzestaliśmy dziś na 30 minutowym locie zapoznawczym. Stery trzymałem łącznie może przez 5-10 minut jednak wystarczyło to do doznania szoku poznawczego.
Pomijając sporą liczbę parametrów, które należy monitorować podczas lotu, oraz sterowanie wszystkimi kończynami największą różnicę w stosunku do prowadzenie "dwuwymiarowych" środków transportu stanowi całkowita zmiana percepcji położenia. Mój organizm nienawykły do ujemnych przeciążeń pojawiających się przy gwałtownym zniżaniu znalazł się po jakimś czasie na granicy zwrócenia śniadania :] Na szczęście poinformowany o tym fakcie pan pilot intruktor zaniechał jakiegoś bardziej gwałtownego hasania co pozwoliło mi dojść do siebie. Oczywiście jednak od razu pojawiły się myśli "a co jeśli się jednak do tego nie nadaję?" i wizje przedwczesnego zakończenia szkolenia, jednak zostałem na ziemi przez pozostałych instruktorów poiformowany, że to się zdarza u osób zaczynających loty na małych samolotach i nie ma się czym przejmować. Tzn. i tak się przejmuję i wygląda na to, że dobrze będzie wrócić do ćwiczeń rehabilitacyjnych narządu przedsionkowego. Ale jestem dobrej myśli - wydaje mi się, że ciężką pracą można sobie z tym będzie poradzić.
No a oprócz powstrzymywania pawia cóż się dziś działo... Polecieliśmy nad Pęgów, w okolice strefy pilotażu (jutro tam będę ćwiczył sterowanie), pan instruktor zademonstrował mi lot koszący nad lotniskiem, pokazał mi jak wygląda lotnisko z pewnej wysokości/odległości, żebym mógł je szybko zlokalizować jakby co. Widzieliśmy jak wygląda radiolatarnia VOR pod Trzebnicą i powoli oswajałem się z nawigacją VFR na małej wysokości. Doszedłem do wniosku, że bardzo łatwo się zgubić. Pooglądam dziś sobie jeszcze maps.google.com z okolicami lotniska i strefy i postaram się zapamiętać charakterystyczne obiekty: np. Odra, linia kolejowa na Poznań, szosa na Trzebnicę. Postaram się jeszcze jutro od czasu do czasu rzucić okiem na pomoce nawigacyjne w kabinie - bardzo przydatna rzecz, tylko trzeba przestać się gapić przed siebie ;) Ogólnie póki co widzę mnóstwo materiału do nauki. Po 10 minutach trzymania sterów latanie wydaje się być naprawdę trudne. No ale w sumie to dobrze :) Zagadnienia które są trudne są przez to ciekawe i dają dużo satysfakcji.
Tak więc jutro nauka obsługi sterów, a może nawet przepustnicy. Nawigacja pewnie jeszcze nieco na drugim planie.
W kolejnych notkach z cylku "Oto jak się lata" będę pisał jak przebieją kolejne z obowiązkowych 45 godzin szkolenia praktycznego. Myślę, że może się ta twórczość przydać kolejnym kandydatom na pilotów. Mam nadzieję, że wystarczy mi cierpliwości do regularnego pisania.
PS: dla ciekawych technikalia: uczę się w Aeroklubie Wrocławskim, lotnisko Szymanów (EPWS), samolot Cessna 150 (znaki SP-FMO, ale będzie chyba też latanie na drugiej Cessnie: SP-KAN). Akrobacji Cessna nie kręci.
* * *
Szybowiec nie chce spadać
(2009-05-16 22:00:38) |
komentarze (0)Notka nie jest chronologicznie zgodna z poprzednią, historia wydarzyła się w kwietniu, ale teraz mi się przypomniała. Po napisaniu wewnętrznego egzaminu teoretycznego w Aeroklubie pojawiła się okazja, żeby przelecieć się z intruktorem szybowcem za wyciągarką, tak więc jeszcze z dwoma innymi kandydatami na pilotów zdecydowaliśmy się skorzystać z okazji. I oto krótka opowieść o tym jak zapamiętałem taki przelot.
Po pierwsze: impreza jest wyjątkowo krótka. Szybowiec wyczepia się z wyciągarki na wysokości ok. 300m, co pozwala na wykonanie kręgu nad lotniskiem i lądowanie po ok. 4-5 minutach. Oczywiście jak się jest doświadczonym szybownikiem i warunki termiczne sprzyjają można wykręcić się wyżej już z takiej wysokości i wtedy fruwać naprawdę długo, ale nas ten przypadek nie obejmował. Dobra, wracając do tematu...
Na taki przelot po kręgu należy założyć spadochron. Nie do końca wiem po co w moim przypadku, bo gdyby coś się miało stać niedobrego nie wiedziałbym jak się wypiąć z pasów, otworzyć owiewkę kabiny, jak się wytoczyć, ani jak otworzyć ów spadochron. W każdym razie przepisy zostały spełnione. Start za wyciągarką wygląda tak, że owa maszyna ciągnie po trawie na stalowej linie przyczepiony szybowiec z prędkością ok. 100 km/h. Szybowiec dość szybko odrywa się od gruntu i mknie w górę niczym strzała pod kątem ok. 45 stopni. Wrażenie jest całkiem ciekawe, ale naprawdę fajnie robi się w momencie wyczepienia liny, wtedy szybowiec z owego kąta 45 stopni przechodzi nagle do lotu poziomego, a nawet lekkiego zniżania - tu następuje chwila niepewności, czy aby nie spadnie ;) Jednak dalsza część lotu pokazuje, że nie chce. Zniżając się z prędkością ~1m/s mamy przed zobą ~300s=5min lotu: wystarczająco dużo, żeby wykonać krąg. Ponieważ jednak szybowiec nie chciał opadać z prędkością 1m/s i na podejściu do lądowania był na zbyt dużej wysokości intruktor musiał (hehe, ten instruktor nawet nazywa się Musiał ;) ) wytracić wysokość ślizgami, co dostarczyło wrażeń "karuzelowych", ale było całkiem fajne :)
Jedyny minus dla mnie to taki, że tyle się działo na raz, że nie wiedziałem na co zwracać uwagę, czy na przyrządy, czy widoki, czy pracę sterów, przez co z pilotażowego punktu widzenia z tego lotu za wiele nie wyniosłem. Wyniosłem jednak przekonanie, że maszyny bez silnika nie chcą wcale spadać i bardzo porządnie trzymają się powietrza. Czyli nabrałem zaufania do powietrza - ono wcale nas nie ściąga na glebę, ale wręcz przeciwnie - trzyma nas w górze. A zaufanie do powietrza u lotnika jest zapewne tak samo ważne jak zaufanie do wody w przypadku pływaka.
* * *
Sonda po Muzycznej Bitwie
(2009-05-16 22:29:09) |
komentarze (0)Udało się nam w Bitwie dotrzeć do półfinału, a i finał był całkiem blisko. Nagraliśmy w całkiem przyzwoitym brzmieniu trzy kawałki na demo (roboczo nazwane na potrzeby serwisu MegaTotal "Straight from the brigde"), grali nas parę razu w radiu - całkiem produktywnie się ta cała impreza dla nas kończy. Z tego miejsca jeszcze raz chciałbym podziękować wszystkim wspierającym nas za głosy :)
I tu notka miała się skończyć, ale właśnie przed chwilą zajrzałem na strony PRW zobaczyć kto awansował do finału i muszę przyznać, że jestem bardzo negatywnie zaskoczony :/ Wszystkie ciekawe muzycznie składy zostały wykoszone. Bardzo boli mnie szczególnie brak MuH - kapeli zdecydowanie najbardziej kreatywnej z całej stawki. Finaliści są strasznie mało odkrywczy. I nie mówię tego z perspektywy rozgoryczonego przegranego - ze składów z którymi mierzyliśmy się w finale tygodnia uważam, że Apokalipsa i Sny były od nas bardziej profesjonalnie nagrane, aczkolwiek jeśli chodzi o samą muzykę to nie mam względem nich kompleksów. Ogólnie więc poziom "naszego" półfinały oceniam na wyrównany - wygrali Ci, którzy zmobilizowali więcej znajomych, lub też osobiście natrzaskali więcej SMSów.
No i tu chyba dochodzimy do sedna. Formuła głosowania przez SMSy bez limitów z jednego numeru prowadzi do chorej sytuacji, w której zespół mający nawet wąską grupę fanatycznych wyznawców jest w stanie wykosić każdego. Poziom muzyczny nie ma na wynik żadnego wpływu. Przy głosach liczonych pojedynczo z każdego numeru jest spora szansa, że słuchacze wysyłający głosy na kawałek który im się spodobał mieliby faktyczny wpływy na wynik. Niestety taki układ jest dla radia mocno niekorzystny finansowo. Przykładowo ja sam wysłałem dla naszej kapeli 30 SMSów w półfinale, gdybym wiedział, że i tak liczy się tylko jeden wysłałbym jeden. I radio byłoby na tym 29zł w plecy. Jak się jednak okazało, skoro nawet takie poświęcenie z mojej strony nie wystarczyło, to znaczy, że muzycy i fanatyczni wielbiciele (czytaj znajomi) innych kapel wykazali się jeszcze większą ofiarnością. No i mamy plebiscyt na ilość krewnych i znajomych oraz zasobność ich kieszeni jeśli chodzi o słanie SMSów, zamiast muzyki.
Wszystkie z czeterech kapel jakie dobrnęły do półfinału są wtórne - sorry. A było parę naprawdę ciekawych, szkoda, że nie potrafiących tak skutecznie zmobilizować elektoratu. Pozdrawiam z tego miejsca owe składy: przede wszystkim MuHy, a także Red Bus, Sandstone, AllSoundsAllowed no i nas - Sondę :)
* * *
Oto jak się lata (pierwsze strefy)
(2009-05-26 19:19:21) |
komentarze (0)Po locie zapoznawczym przyszła kolej na loty do strefy, mające na celu oswojenie się ze sterami. Polega to z grubsza na tym, że pilot intruktor startuje, ląduje i mówi jak mamy proruszać sterami w poszczególnych manewrach. I tak w strefie ćwiczy się zakręty, wznoszenie, zniżanie, lot w poziomie z utrzymaniem kierunku, oraz ogarnia się podstawowe przyrządy (prędkościomierz, wysokościomierz, wariometr, żyrokompas). Z tego co zapamiętałem z teorii dość trudne wydawało się koordynowanie zakrętu, jednak w praktyce okazało się, że nie jest to takie trudne. Najważniejsze (niekoniecznie najtrudniejsze) jest utrzymywanie prędkości w odpowiednich przedziałach, głównie dbając o to, żeby prędkość nie spadła poniżej minimalnej, szczególnie w zakręcie. Przy podejściu do lądowania dodatkowo trzeba dbać o to, żeby za bardzo samolotu nie rozpędzać. Jeśli ma się doświadczenia z szybowców to większość ze wspomnianych ćwiczeń ma się już opanowane.
Pierwsze takie loty mają to do siebie, że mimo iż trwają po 30 minut czas mija naprawdę na tyle szybko, że w ogóle się tego czasu nie czuje. Ani przez sekundę nie można sobie pozwolić na rozglądanie się i podziwianie widoków - za dużo uwagi skupiają na sobie przyrządy i stery. Warto się do tych ćwiczeń porządnie przyłożyć, bo ich celem jest pokazanie wszystkich (no prawie wszystkich) elementów, które składają się na krąg nadlotniskowy. A krąg to absolutna podstawa, bez której dalej ani rusz.