A tak jeszcze kończąc bawarski wątek...
(2010-01-18 21:46:06) |
komentarze (0)to dodam, że muzeum lotnictwa w Schleissheim jest całkiem ciekawym miejscem do zwiedzenia. Gdybym był złośliwy mógłbym zauważyć, że tamtejsze eksponaty (An-2, SZD-9 Bocian) pracują jeszcze pełną parą w Aeroklubie Wrocławskim ;) No ale to taki dowcip tylko - to porządny sprzęt a wiek nie ma znaczenia póki działa (no i tak jest bardziej freegańsko).
Parki bardzo przyjemne i duże - Englischer Garten jest większy od Hyde Parku nawet, nie wspominając o Parku Południowym. Okolice pałacu Nymphenburgowego również bardzo przyjemne do zwiedzania. W zasadzie jedyne zatłoczone, przez co mniej przyjazne, miejsce to Marienplatz. To taki tamtejszy odpowiednik wrocławskiego Rynku, jednak trzeba przyznać z pewnym nawet zaskoczeniem, mniej spektakularny.
Ale ale, pisząc te słowa przypomniałem sobie, że jest jedno bardziej zatłoczone miejsce. I jest to U-Bahn wiozący kibiców na mecz ligi mistrzów. Co miałem szczęście zbadać osobiście. Refleksje związane z oglądaniem na żywo mam mieszane. Z pozytywów zdecydowanie stadion i infrastruktura wokół niego. Przewiezienie w obie strony 55 tysięcy ludzi w czasie ok. 30 minut jest dla mnie całkiem niezłym wynikiem. Na stadionie nie ma chyba miejsca z którego byłoby źle widać murawę. Jest funkcjonalny i ładny - mam nadzieje, że Estadio de Maślice powstanie na czas i będzie wykonany na podobnym poziomie.
Tyle jeśli chodzi o opakowanie, sama natomiast "zawartość" już trochę mnie zawiodła. Na stadionie w zasadzie nie było dopingu. Było ciszej niż na Oporowskiej na meczu np. z Polonią Bytom. Młyn za bramką coś tam starał się śpiewać, a mimo to bardzo często było słychać kibiców przyjezdnych, siedzących na trybunie naprzeciw mnie (siedziałem nad młynem). Miażdżąca większość kibiców to tak zwane pikniki - przyszli sobie zjeść kiełbaskę i popatrzeć na mecz. Moim zdaniem mecz lepiej widać w telewizji, a na stadionie jednak wypada kibicować, no ale cóż - co kraj to obyczaj. Plus takiej piknikowej atmosfery jest taki, że służb porządkowych jest bardzo niewiele jak na taki tłum, chociaż oczywiście macanki na wejściu obowiązkowe.
No i cóż... to chyba tyle wspominków z dłuższej niż zwykle delegacji. Od nowego roku stara "ciaowa" ekipa zebrała się w dobrych humorach w nowym biurze, co owocuje od czasu do czasu całkiem interesującymi pomysłami rodzącymi się podczas kuchennych dyskusji (Karol nazywa takie spotkania "kitching" - ładne słowo). Niektóre z dyskutowanych idei postaram się w skrócie opisać na tych stronach o ile motywacja pozwoli.
* * *