Tam gdzie kończy się chaos...

(2009-10-31 19:21:46)  |  komentarze (0)

...zaczyna się korporacja. No więc chcąc nie chcąc po tym jak Microsoft kupił Ciao zostałem pracownikiem Microsoftu. Zapowiadało się obiecująco, skończyło się porażką i doprowadzeniem mnie do odejścia i postanowienia, że nie dam tej firmie zarobić już ani złotówki. Ale po kolei. W nowej pracy tzw. wkurw nieco odpuścił i postaram się teraz na spokojnie zniechęcić potencjalnych chętnych do pracy dla M$.

To co uderza rozsądnego człowieka (a za takiego się uważam) w M$ to brak jakiekolwiek logiki w działaniu i zrzucanie każdego niemalże aspektu funkcjonowania organizacji na sformalizowane procedury, oraz w przypadku oczywistego nonsensu jednych procedur obchodzenie ich przy użyciu innych. Przykład z mojego zespołu: szukaliśmy ludzi do pracy bo roboty dużo, a zespół dopiero powstał i jeszcze się nie uformował. Tymczasem M$ w związku z kryzysem światowym zamroził liczbę etatów i przyjmować nie można. Według M$ etaty to wyłącznie koszt, tymczasem wydawać by się mogło, że ludzie tworząc produkt zarabiają dla firmy pieniądze. Moje proste rozumowanie: kompletny team QA => lepsze testy => mniej bugów => mniej bugfixów => więcej czasu na nowe ficzery => więcej zysku, nie jest takie łatwe do zrozumienia w M$. Ostatecznie jednak chyba jakiś cudem skumali, że trzeba kogoś przyjąć jeśli firma ma więcej zarabiać, ale jak to zrobić skoro rozkaz z centrali nie pozwala na etaty? Ano prosto - rozkaz z centrali nic nie mówi o wydatkach na usługi, tak więc bez zatrudniania zleca się usługę ludziom z zewntąrz, tzw. konsultantom. Są wprawdzie drożsi i mają jeszcze kilka wad, ale przynajmniej zgodni z linią polityki. Pierwszy nonsens, nie ostatni. Problem polega na tym, że nie każdy może świadczyć usługi na rzecz M$, tylko zatwierdzeni dostawcy. No i przesłuchiwaliśmy przez tydzień ludków z trzech firm (bo na to nam pozwolono) a potem kiedy wybraliśmy 5 osób zmieniono zdanie pozwalając nam zatrudniać z jednej, zatwierdzonej firmy. Lepsi kandydaci akurat pochodzili z innych firm, no ale trudno - who cares?

Jeśli chodzi o paranoję wokół zatwierdzonych dostawców to jeszcze jedna zabawna historyjka się przydarzyła - na szczęście ja już nie pracowałem. Otóż wrocławski oddział żeby wszystko było zgodnie z linią korporacyjną od 1. lipca (pełne przejęcie i zniknięcie Ciao) zaczął podlegać pod polską centralę w Warszawie. Ta z kolei miała zaledwie 10 miesięcy na zorganizowanie pracy dla wrocławskiego oddziału, co przy tempie podejmowania decyzji (co w M$ znaczy odbijanie piłeczki i uchylanie się od brania odpowiedzialności) okazało się być czasem zbyt krótkim. I tak wrocławski oddział znalazł się bez certyfikowanych dostawców kawy, herbaty, mleka cukru i innych dóbr biurowych. I przez ok. 2 miesiące ludzie w aktach heroizmu fundowali sobie nawzajem herbatę czekając na wskazanie przez centralę firmy godnej dostarczania do M$. I tu ciekawa historyjka... pierwszy zatwierdzony został dostawca wody (te duże baniaki z dystrybutorem) więc żeby pozostać w zgodzie z procedurami dostawca wody został poproszony by w drodze wyjątku sprzedać też trochę kawy, herbaty itp. Dla normalnych ludzi paranoja, dla korporacji normalka.

Maksymalnie jednak zniechęcił mnie do pracy w M$ proces mapowania stanowisk jakie mieliśmy w Ciao na stanowiska w ścieżkach kariery M$, oraz okazana nam przy tym pogarda. Teoretycznie podstawą do mapowania była ocena zakresu odpowiedzialności i kompetencji na stanowiskach, praktyka pokazała jednak, że jedynym kryterium były aktualne zarobki. Już wyjaśniam o co chodzi. M$ generalnie płaci zapewne lepiej niż płaciło Ciao. A ponieważ kryzys, headcount freeze itp. więc zapewne postanowiono, że wydatki na wynagrodzenia mają pozostać na niezmienionym poziomie. A że w M$ wynagrodzenia są ściśle związane ze stanowiskiem w hierarchii, a kwoty miały pozostać niezmienione więc jedynym czynnikiem do manipulacji aby pozostać w zgodzie z widełkami były stanowiska. I tak kolega który był głównym webdesignerem z 7 latami stażu w Ciao został zdegradowany do stanowiska szeregowego software developera, co jest (według opisu w ścieżce kariery) stanowiskiem na które trafia się prosto po studiach. Ja zaliczyłem podobnie jaskrawy przypadek i z kierownika jakości zostałem szeregowym testerem.

Co jeszcze ciekawe - nikt w M$ nie chciał nam udostępnić opisu stanowisk i ścieżek kariery dopóki nie podpiszemy umów. Nie chcieli, żebyśmy wiedzieli jak nisko zostajemy zdegradowani. Większość programistów dostała w M$ stanowisko niższe niż najniższe w ścieżce - zostali developer associate - to coś co się daje praktykantom podczas studiów. Jedna osoba, nasz główny architekt, dostała stanowisko senior developera, co zgodnie z opisami stanowisk oznacza, że może przeprowadzać code review. Jedna na ~40 programistów. Z jednej strony oczywisty nonsens i niedopasowanie skostniałych M$owych ścieżek kariery do realiów aplikacji internetowych, z drugiej konsekwencja mapowania przeprowadzanego przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o tworzeniu oprogramowania.

I tu dochodzimy do tezy postawionej przez jednego z kolegów, że M$ jest firmą rządzoną przez HR. I po zastanowieniu muszę przyznać mu sporo racji. Niestety poziom szeroko pojętej "kumatości" tego HR jest niestety nie za wysoki. Przykład ze szkolenia dla nowo przyjętych pracowników: ja: "Czy M$ ma w Polsce jeszcze jakiś oddział programistyczny?" pani z HR: "tak, 10 osób w Budapeszcie". Amerykanka, co zrobić. Inny niezły tekst rzucono na szkoleniu dla managerów, kiedy to usiłowałem zasygnalizować prowadzącemu, że takie niesprawiedliwe mapowanie i brak jasnych reguł zabije motywację i może spowodować odejścia. Gość rzekł: "you're lucky to still have your jobs".

Takie właśnie patrzenie z góry na ludzi spoza M$ jest kolejnym zjawiskiem, które doprowadzało mnie tam do furii. Przodował w tym big boss, który odwiedzał nas od czasu do czasu celem prania mózgów. Na przykład coś w ten deseń: "codziennie setki ludzi na całym świecie studiuje informatykę marząc, by pewnego dnia móc dostać szansę pracy w najlepszej firmie softowej na świecie (czyli M$ ma się rozumieć), wy natomiast dostaliście tę szansę". Chyba spodziewał się, że będziemy go całować po stopach (albo nawet wyżej). Zamiast tego patrzyliśmy po sobie z wyrazem twarzy "wtf?". Miałem z nim wątpliwą przyjemność rozmawiać sam na sam celem wyjaśnienia dlaczego tak zostały ustalone stanowiska w moim teamie. Tak więc stwierdził, że cenimy w M$ "IQ people" i zapytał o moje wykształcenie (sic!). Ponieważ prezentuje się ono całkiem nieźle i nie miał się do czego przypierdolić stwierdził, że zostałem szeregowym testerem bo mamy bugi na produkcji. Oczywista bzdura, bo ludzie którzy przydzielali te stanowiska nie widzieli pewnie w życiu naszego sajtu, no ale widząc, że taka jest z nim gadka nie prostowałem nawet, że w tajemniczych okolicznościach moje stanowisko zostało dzień wcześniej awansowane o 4 poziomy, bo jeszcze by się głupio poczuł broniąc decyzji o moim pierwotnym zaszeregowaniu. Zresztą ten sam gość na wątpliwości koleżanki na temat ról pełnionych przez ludzi w M$ i u nas stwierdził, że nie mamy prawa porównywać się z ludźmi pracującymi w M$. Wtedy podjąłem nieodwołalną decyzję o odejściu.

Trochę wcześniej natomiast, kiedy jeszcze mówiono nam, że możemy zadawać pytania i wszystko zostanie wyjaśnione pozwoliłem sobie na wysłanie ok. 5 maili z prośbami o wyjaśnienia dla różnych podejrzanych decyzji. Ponieważ swoje wątpliwości podpierałem dokumetami wewnętrzymi M$ (tymi do których nie chcieli nam dać dostępu) nie mogli mnie spławić jakimiś standardowymi tekstami. I w ten sposób nie odpowiedzieli na żaden z tych maili, ale żeby mnie uspokoić podnieśli moje stanowisko znacznie. Aczkolwiek nie o to chodziło. Chciałem po prostu zrozumieć logikę jaka stała tymi decyzjami. Ale im dłużej tam pracowałem tym bardziej widziałem, że tam nie ma logiki. Są procedury, a te które służyły do wygenerowania dla nas umów najwyraźniej są tajne.

Same umowy które do nas przyszły z centrali w Warszawie to też materiał na skecz. Copy+Paste z umów dla sprzedawców. Łącznie z premią od wyników sprzedaży i refundacją rachunków za komórkę do jakieś tam wysokiej kwoty miesięcznie (następny atrybut sprzedawcy). Regulamin pracy również nie uwzględniał realiów wytwarzania oprogramowania. No ale jak wspomniałem mieli tylko 10 miesięcy na przygotowanie się.

Warszawska centrala też zabłysnęła kilka razy przy organizowaniu dla nas delegacji. Zmuszanie nas do wyrabiania sobie prywatnych kart kredytowych amex (co obniża zdolność kredytową) oraz płacenie za ich wyrobienie z własnej kieszeniu (potem były zwroty) to praktyki nie dość, że pozbawione sensu, to jeszcze niemożliwe wydłużające tak prosty proces jak zorganizowanie delegacji. Lokowanie ludzi w hotelach na lotnisku, rzekomo w centrum, oraz późniejsze rozliczenia ciągnące się tygodniami to znak firmowy korporacyjnej kultury w M$.

I tak dalej i tak dalej... Nucąc sobie pod nosem "fuck you I won't do what you tell me" złożyłem wypowiedzenie ostatniego dnia sierpnia, korzystając z tygodniowego okresu wypowiedzenia dla nowo przejętych firm (polski kodeks pracy to jednak fajny papier). No i nie musiałem na robotę czekać długo, bo okazało się, że paru innych sfrustrowanych kolegów z monachijskiego Ciao również odeszło, przechodząc do innej firmy. I szczęśliwym zbiegiem okoliczności potrzebowali w tej firmie kogoś takiego jak ja na stanowisko QA managera. I szczęśliwym zbiegiem okoliczności firma chce otworzyć oddział we Wrocławiu, a ja szczęśliwym zbiegiem okoliczności znam parę osób, które chętnie dołączą do tego oddziału. Tak więc teraz do końca listopada pracuję sobie w Monachium, a od grudnia rusza ok. 10cio osobowy (docelowo 25cio) oddział we Wrocławiu, gdzie też będę pracował.

No i tyle w temacie krótkiej i burzliwej przygody z M$. Pewnie mógłbym jeszcze opowiedzieć nie jedną paranoidalną anegdotę, ale chyba nie ma potrzeby. Mam nadzieję, że osoby czytające te słowa będą miały na uwadze, że M$ nie jest przesadnie przyjaznym miejscem do pracy i pomyślą dwa razy zanim tam aplikują. BTW: szukam kozaka do zespołu QA we Wrocławiu, szczegóły na priv ;)




Nie ma komentarzy.


Autor:
Tytuł:
Obrazek:
Tekst z obrazka:
Treść:
 
Bartek Wilczek © 2007