| Start | Blog | CV | Polecam | Linki |
Leberkaes mit Spiegelei(2009-10-31 21:27:59) | komentarze (0) Czyli bawarska specjalność nie będąca golonką ani wurstsalatem, co sprawa, że nawet ją polubiłem. Lub też innymi słowy garść przemyśleń z dłuższej niż zwykle wyprawy do Monachium. Jak już wspomniałem po zmianie pracy zacząłem w Monachium na stanowisku takim samym jak miałem w Ciao, poszerzonym jednak o obowiązki rekrutera do tworzącego się polskiego oddziału. No i w tych dodatkowych obowiązkach poszło mi na tyle dobrze, że od grudnia zacznie w mieście stu mostów 8 osób, a kolejne 2 są już dogadane do startu w następnych miesiącach. Taka to wydajność rekrutacji przez GG, w oparciu o istniejące powiązana społeczne, nazywane przez złośliwych kumoterstwem i nepotyzmem. A wspominam o tym dlatego, że ten fakt oznacza skrócenie mojego pobytu w Monachium do zaledwie dwóch miesięcy, co jest znaczną zmianą w stosunku do roku, o którym była mowa na początku mojej pracy tutaj. No ale do rzeczy. Sprowadziłem się do Bawarii pod koniec września nie mając w zasadzie przygotowanego gruntu pod zamieszkanie tutaj. Na szczęście nowy pracodawca zgłosił mój przypadek do firmy zajmującej się formalną stroną związaną z rejestracją w Monachium. A to oznacza pozwolenie na pobyt, na pracę, ubezpieczenie zdrowotne, pewnie jakieś dokumenty o których nawet nie mam pojęcia oraz pomoc w znalezieniu mieszkania. Zanim udało się znaleźć mieszkanie miałem szczęście mieszkać u kolegi z poprzedniej pracy, w takiej trochę hipisowskiej komunie. Dom w okolicach Laim/Passing zamieszkiwało w zależności od pory roku, tygodnia i odbywających się imprez od 4 do 15 osób. Co ciekawe mój prawowicie mieszkający tam gospodarz nie miał nawet kluczy do domu, bo przecież i tak jest ciągle otwarty. Zajmowałem tam materac zioma, który jeszcze nie wrócił z wakacji. Z przerwą na jedną noc, kiedy to zostałem przerzucony na podłogę na innym piętrze kiedy do materac przyjechała okupować jego siostra z okazji Oktoberfest. Na szczęście w dniu kiedy właściciel materaca wrócił dostałem klucze do mojego mieszkania. Warunki może nie były zbyt komfortowe, brakowało czasami ciepłej wody, obecności ogrzewania nie stwierdziłem no i ogólnie widywałem czystsze pomieszczenia, jednak 9 noclegów kosztowało mnie zaledwie jedno piwo i dwie flaszki więc nie mam powodów do narzekania. Zwłaszcza, że nie miałem dotychczas przyjemności mieszkać w akademiku czy mieszkaniu studenckim, więc to mogła być ostatnia szansa na taką przygodę. W każdym razie tuż przed pierwszym października przeprowadziłem się do mieszkanka na Augustenstrasse, czyli w bardzo fajnej lokalizacji. Zwyczaje rządzące w Monachium wynajmem mieszkań są o wiele bardziej sformalizowane niż we Wrocławiu. Korzyści są takie, że odbierane mieszkanie jest czyste i pozbawione usterek, minusy takie, że agencje pośrednictwa, które o to dbają cenią sobie swoje usługi. Po wprowadzeniu się do mieszkania pozostawało mi tylko nabycie nieco dóbr pierwszej potrzeby tj. patelni, garnka i czajnika, oraz zorganizowanie dostępu do netu. O ile zakupy poszły w miarę gładko (ciekawostka - tu jest bardzo mało hipermarketów, dużo za to małych sklepów "lokalnych") o tyle dostęp do netu wymaga nieco biurokracji. W Polsce trwało by to jeden dzień, w Monachium 2 tygodnie i podobno to bardzo dobry wynik. Minus był taki, że usługa nie działała jak trzeba i byłem zmuszony moją koślawą niemczyzną wyjaśniać problem przez jakąś infolinię. Fakt, że mi się udało uznaję za swoje największe dotychczas osiągnięcie lingwistyczne. Większe nawet niż kupno kanapki z szynką, serem i warzywami w Paryżu. Kiedy już jako tako się zadomowiłem i miałem trochę czas na zwrócenie uwagi na samo miasto doszedłem do wniosku, że w przeciwieństwie do Londynu jest bardzo czyste i przyjazne. Komunikacja miejska oparta głównie o kolej i rowery również bez zarzutu. A rowerów jest tutaj mnóstwo. Jeśli Wrocław przoduje w Polsce pod względem liczby rowerów (podobno tak jest) to i tak od Monachium dzieli nas przepaść. Ścieżki rowerowe i parkingi przy każdej stacji U-Bahn sprawiają, że naprawdę bardzo dużo ludzi tu z nich korzysta. Myślę, że to u nas kwestia kolejnego pokolenia, może dwóch. Z miesięcznej perspektywy mogę powiedzieć, że mieszka się tu naprawdę przyjemnie. No ale żeby nie było zbyt różowo to wysoki poziom usług publicznych ma swoją cenę. Obliczyłem sobie, że przelicznik wysokości pensji tutaj wynosi netto = brutto * 0.56. Znacznie mniej niż w Polsce. No i tak sobie na razie mieszkam, zwiedzam to i owo i niestety nie wszędzie można się podeprzeć angielszczyzną, co było nieco uciążliwe w Deutsches Museum, gdzie ekspozycja jest bardzo ciekawa dla inżyniera, jednak bariera językowa nie pozwala się do końca nią nacieszyć. Jak coś ciekawego się jeszcze wydarzy to pewnie wspomnę, ale wszedłem już w pewną rutynę, więc coraz mniejsza na to szansa. Nie ma komentarzy. |